Kurt Gödel stał z założonymi rękami przy nie zasłoniętym oknie w swoim biurze.
— Przynajmniej nie ma jeszcze gazu — powiedział bez wstępu. — Kiedyś widziałem skutki ataku gazowego. Tak się składa, że była to napaść angielskich bombowców na Berlin. Szedłem ulicą Unter der Linden i Sieges Allee i tam to zobaczyłem... To było takie niegodne! Wie pan, ciało psuje się tak szybko. — Odwrócił się i uśmiechnął do mnie smutno. — Gaz jest bardzo demokratyczny, nie uważa pan?
Podszedłem do niego.
— Profesorze Gödel, proszę... Wiemy, że ma pan trochę plattnerytu. Widziałem go.
W odpowiedzi podszedł żwawo do szafy. Mijając Nebogipfela w odległości zaledwie trzech stóp, Gödel nawet na niego nie spojrzał. Z wszystkich ludzi, których spotkałem w roku 1938, Gödel reagował najbardziej obojętnie na Morloka. Wyjął z szafy szklany słoik z substancją, która lśniła zielono i wydawała się zatrzymywać światło.
— To plattneryt — wysapał Moses.
— W rzeczy samej. Nadzwyczajnie łatwy do uzyskania drogą syntezy z karolinu — jeśli ktoś zna receptę i ma dostęp do reaktora jądrowego, by napromieniować substancję.
W jego oczach pojawiły się figlarne błyski.
— Chciałem, żeby pan go zobaczył — powiedział do mnie. — Miałem nadzieję, że pan go rozpozna. Z rozkoszną łatwością ucieram nosa pompatycznym Anglikom, którzy potworzyli te swoje wszystkie Rady, a nie potrafiliby rozpoznać skarbu, nawet gdyby go mieli pod nosem! A teraz dzięki niemu wydostanie się pan z tego padołu łez, czyż nie?
— Mam nadzieję — odrzekłem z zapałem.
— A zatem chodźmy! — krzyknął. — Do warsztatu PPC.
Uniósł słoik z plattnerytem, trzymając go w powietrzu jak latarnię, i wyprowadził nas z biura.
Jeszcze raz weszliśmy do labiryntu betonowych korytarzy. Wallis miał rację: wszyscy strażnicy opuścili posterunki. Choć natknęliśmy się na kilku naukowców lub może techników w białych kitlach, którzy przemierzali pospiesznie korytarze, żaden z nich nie próbował nas zatrzymać, czy nawet zapytać, dokąd idziemy.
A potem rozległ się huk od uderzenia kolejnego pocisku.
Światła elektryczne zgasły, a korytarz zatrząsł się i przewróciłem się na ziemię. Uderzyłem twarząw zakurzoną podłogę. Z nosa zaczęła mi cieknąć ciepła krew — moja twarz musiała już wtedy okropnie wyglądać — i poczułem, jak jakieś lekkie ciało, chyba Nebogipfela, zderzyło się z moją nogą.
Drżenie fundamentów ustało po kilku sekundach, ale światła się nie zapaliły.
Dostałem ataku kaszlu, gdyż w powietrzu unosiło się sporo betonowego pyłu, i odżył we mnie dawny paniczny strach przed ciemnością. Potem usłyszałem syk zapalanej zapałki, dostrzegłem szeroką twarz Mosesa, który przyłożył zapałkę do knota świeczki. Uniósł świeczkę, osłaniając płomień dłonią. Żółte światło rozlało się w korytarzu. Moses uśmiechnął się do mnie.
— Zgubiłem plecak, ale przezornie włożyłem do kieszeni trochę zapasów, które zalecał pan wziąć — wyjaśnił.
Gödel wstał trochę sztywno. Z ulgą zauważyłem, że tuli plattneryt do piersi, a słoik nie uległ uszkodzeniu.
— Przypuszczam, że ten pocisk musiał spaść na terenie College’u. Możemy się cieszyć, że żyjemy, bo te mury mogły z łatwością na nas runąć.
Poszliśmy dalej mrocznymi korytarzami. Dwukrotnie drogę zagradzały nam gruzy, ale przy odrobinie wysiłku zdołaliśmy przez nie przejść. Straciłem całkowicie orientację, ale Gödel, który szedł przede mną ze słoikiem jarzącego się plattnerytu pod pachą, posuwał się pewnie naprzód.
Po kilku minutach dotarliśmy do przybudówki, którą Wallis nazwał Działem Rozwoju PPC. Moses uniósł świeczkę wyżej i światło rozeszło się w wielkim warsztacie. Z wyjątkiem braku świateł i jednego długiego, krętego pęknięcia, które biegło po przekątnej na suficie, warsztat pozostał mniej więcej w takim stanie, w jakim go zapamiętałem. Wszystkie przedmioty charakterystyczne dla warsztatu: części silników, zapasowe koła i gąsienice, kanistry z olejem i paliwem, szmaty i kombinezony, leżały na całej podłodze. Z wielokrążków przymocowanych do uchwytów na suficie zwisały łańcuchy, które rzucały długie, zawiłe cienie. Na środku podłogi dostrzegłem kubek nie dopitej herbaty, który najwyraźniej ustawiono tam celowo. Powierzchnię napoju pokrywała cienka warstwa betonowego pyłu.
Na środku stał prawie ukończony samochód czasu; jego poszycie ze spiżu armatniego lśniło w świetle świeczki Mosesa. Moses podszedł do pojazdu i przesunął ręką po obrzeżu pudełkowatej kabiny dla pasażerów.
— I to jest właśnie to?
Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu.
— Szczyt techniki lat trzydziestych. Wallis nazwał go „uniwersalnym transporterem.”
— Nie jest zbyt elegancki — stwierdził Moses.
— Chyba nie chodzi tu o elegancję — powiedziałem. — To broń do celów wojskowych, a nie statek wycieczkowy czy pojazd naukowo-badawczy.
Gödel zbliżył się do samochodu czasu, postawił słoik z plattnerytem na podłodze i zabrał się do odkręcania jednego ze stalowych pojemników przy spawanych do kadłuba pojazdu. Zacisnął ręce wokół dużej nakrętki i stęknął z wysiłku, ale nie mógł jej ruszyć. Odsunął się zdyszany.
— Musimy naładować kadłub plattnerytem — wyjaśnił. — Albo...
Moses postawił świeczkę na półce, przejrzał stosy narzędzi i przyniósł duży klucz francuski.
— Spróbuję tym otworzyć — zaproponował.
Zacisnął klucz wokół nakrętki i z pewnym wysiłkiem odkręcił ją.
Gödel wziął słoik i wlał plattneryt do pojemnika. Moses obszedł samochód czasu, odkręcając nakrętki pozostałych pojemników.
Podszedłem do tylnej części pojazdu, gdzie znalazłem drzwi zabezpieczone metalowym kołkiem. Wyjąłem kołek, opuściłem klapę i wszedłem do kabiny. W środku były dwie drewniane ławki, obie dość szerokie, by pomieścić po dwie lub trzy osoby, oraz pojedyncze składane siedzenie na przodzie, przed którym znajdowało się okno w kształcie szczeliny. Usiadłem na składanym siedzeniu dla kierowcy.
Przede mną była prosta kierownica — położyłem na niej ręce — oraz mały pulpit sterowniczy wyposażony w tarcze, przełączniki, dźwignie i gałki. Z podłogi również wychodziły dźwignie, najwyraźniej wprawiane w ruch nogą. Urządzenia sterownicze wyglądały na prymitywne i niewykończone. Tarcze i przełączniki nie miały oznaczeń, a z tylnej części pulpitu wystawały druty i dźwignie napędu mechanicznego.
Nebogipfel przyłączył się do mnie w kabinie i stanął przy moim ramieniu. W tej zamkniętej przestrzeni silny, słodkawy zapach Morloka był obezwładniający. Przez wąskie okno zobaczyłem Gödela i Mosesa, którzy napełniali pojemniki.
— Czy pan rozumie zasadę działania PPC? — zawołał profesor. — To oczywiście projekt Wallisa, ja miałem niewiele wspólnego z konstrukcją tego pojazdu...
Przysunąłem twarz do wąskiego okna.
— Jestem przy urządzeniach sterowniczych — powiedziałem. — Ale nie są oznaczone. I nie widzę nic, co przypominałoby licznik czasu.
Gödel nie podniósł głowy, nadal nalewał ostrożnie plattneryt.
— Podejrzewam, że takie niuanse, jak tarcze chronometryczne nie zostały jeszcze zamontowane. W końcu to niekompletny prototyp. Czy to pana niepokoi?
— Muszę przyznać, że perspektywa utraty orientacji w czasie za bardzo mi się nie uśmiecha — odparłem. — Ale to właściwie nie ma większego znaczenia... zawsze można zapytać rodowitych mieszkańców!
Читать дальше