— Dalej! Naprzód! — wołał ten człowiek.
Nie dostrzegłem żadnych przedstawicieli władz, nikt nie panował nad tym chaosem. Jeżeli byli tam policjanci lub żołnierze, musieli zostać zasypani lub zdarli odznaki i przyłączyli się do tłumu. Jakiś człowiek w mundurze Armii Zbawienia stał na schodach i wrzeszczał:
— Wieczność! Wieczność!
— Proszę spojrzeć. — Moses wskazał ręką. — Wyrwa w kopule biegnie w kierunku wschodnim, ku Stepney. To tyle, jeżeli chodzi o niezniszczalność tej cudownej kopuły!
Miał rację. Wyglądało to tak, jakby potwornie silna bomba zrobiła olbrzymią dziurę w betonowej skorupie, blisko horyzontu na wschodzie. Ponad tym głównym uszkodzeniem kopuła pękła niczym skorupka jajka i widać było wielką, koślawą wstęgę błękitnego nieba, która ciągnęła się aż do punktu znajdującego się bezpośrednio nad moją głową. Dostrzegłem, że to jeszcze nie koniec, gdyż gruzy — niektóre wielkości domów — spadały na cały ten obszar miasta, i wiedziałem, że zniszczenia na ziemi i straty w ludziach muszą być olbrzymie.
W oddali — chyba na północy — usłyszałem serię głuchych, dudniących odgłosów podobnych do kroków jakiegoś olbrzyma. Wycie syren rozdarło powietrze, a pękająca nad nami kopuła głośno skrzypiała.
W wyobraźni spojrzałem z powierzchni kopuły na Londyn, który w ciągu kilku sekund przekształcił się z wylękłego, lecz funkcjonującego miasta, w siedlisko chaosu i przerażenia. Na wszystkich drogach prowadzących na zachód, północ lub południe, z dala od wyłomu w kopule, utworzyły się łańcuchy uchodźców, a każdym ogniwem tych łańcuchów był człowiek, znikoma cząstka fizycznego cierpienia i nieszczęścia — czy to zagubione dziecko, czy małżonek lub rodzic, którzy stracili bliskie osoby.
Moses musiał przekrzyczeć hałas na ulicy.
— Ta przeklęta kopuła lada chwila zwali się na nas wszystkich!
— Wiem. Musimy dotrzeć do Imperiał College. Chodźcie, rozpychajcie się łokciami! Nebogipfelu, pomagaj nam w miarę możliwości.
Wyszliśmy na środek zatłoczonej ulicy. Musieliśmy iść na wschód, pod prąd. Oślepiony przez światło dzienne Nebogipfel został prawie przewrócony przez biegnącego mężczyznę o okrągłej twarzy, który ubrany był w roboczy garnitur i miał epolety na ramionach. Mężczyzna pogroził Morlokowi pięścią. Po tym incydencie Moses i ja ustawiliśmy Nebogipfela między sobą i trzymaliśmy go mocno za chude ramiona. Zderzyłem się z rowerzystą, który nieomal spadł z roweru. Wrzasnął na mnie i machnął kościstą pięścią. Zrobiłem unik. Rowerzysta, z krawatem przewieszonym przez ramię, ruszył chwiejnie w dalszą drogę, wjeżdżając w tłum ludzi za mną. Teraz natknęliśmy się na grubą kobietę, która z trudem wycofywała się w górę ulicy, wlokąc za sobą zwinięty dywan. Miała spódnicę zadartą nad kolana, a jej łydki pokryte były smugami kurzu. Co kilka metrów inni uchodźcy przydeptywali jej dywan lub przejeżdżali po nim rowerzyści i kobieta potykała się. Przez gogle maski widziałem łzy, które płynęły jej z oczu, kiedy zmagała się z tym absurdalnym, nieporęcznym przedmiotem, który był dla niej tak ważny.
Gdy widziałem twarz człowieka, nie było tak źle, gdyż czułem więź z tym urzędnikiem o zaczerwienionych oczach, czy tamtą zmęczoną ekspedientką, natomiast w maskach przeciwgazowych i w tamtym na przemian jasnym i przyćmionym świetle tłum był anonimowy i przypominał rój owadów. Poczułem się, jakby jeszcze raz przetransportowano mnie z Ziemi na jakąś odległą planetę koszmarów.
Rozległ się nowy dźwięk — cienki, przenikliwy gwizd przeszył powietrze. Wydawało mi się, że dochodzi z tamtej wyrwy na wschodzie. Otaczający nas ludzie przestali się przepychać, jakby nasłuchując, co to jest. Moses i ja spojrzeliśmy po sobie, nie wiedząc, co ten nowy, groźny dźwięk oznacza.
Potem gwizd ucichł.
W grobowej ciszy ktoś wykrzyknął:
— Pocisk! To przeklęty pocisk...
Teraz domyśliłem się, co oznaczały tamte odległe kroki olbrzyma na północy: salwy artylerii.
Cisza została przerwana. Wokół nas wybuchła panika, jeszcze straszliwsza niż dotychczas. Wyciągnąłem rękę nad Nebogipfelem i chwyciłem Mosesa za ramię. Bezceremonialnie zepchnąłem ich obu na ziemię. Potem zakryła nas warstwa ciepłych, wijących się ciał ludzkich. W tamtej ostatniej chwili, kiedy uderzyły mnie w twarz kończyny innych ludzi, usłyszałem cienki głos członka Armii Zbawienia, który nadal wykrzykiwał:
— Wieczność! Wieczność!
Potem nastąpił błysk, którego jasność dotarła nawet pod warstwę zwalonych na siebie ciał, i ziemia zadrżała. Zostałem wyrzucony w górę — zderzyłem się głową z innym człowiekiem — po czym upadłem z powrotem na ziemię i straciłem na chwilę przytomność.
Ocknąłem się i zobaczyłem, że Moses chwycił mnie pod pachy i wyciąga spod leżących ciał. Stopa zaplątała mi się w coś — chyba ramę roweru — i krzyknąłem. Moses dał mi chwilę czasu, bym uwolnił nogę, a potem oswobodził mnie.
— Nic się panu nie stało?
Dotknął mojego czoła koniuszkami palców i pozostała na nich krew. Zobaczyłem, że zgubił plecak.
Byłem oszołomiony i wydawało mi się, że ogromny ból tylko czyha, by zaatakować moją głowę. Wiedziałem, że kiedy minie mi to chwilowe odrętwienie, faktycznie będę cierpiał. Nie było jednak czasu.
— Gdzie Nebogipfel? — zapytałem.
— Tutaj.
Morlok stał na ulicy, nie doznał żadnych obrażeń. Stracił jednak czapkę, a jego gogle znaczyła siateczka pęknięć po uderzeniu jakiegoś odłamka. Jego notatki wskutek rozerwania teczki leżały porozrzucane i Nebogipfel obserwował, jak podmuch wiatru porywa kartki.
Wskutek wybuchu i wstrząsu ludzie byli rozrzuceni jak kręgle. Leżeli wokół nas w niewygodnych pozycjach, zwaleni na siebie, z wyciągniętymi ramionami, poskręcanymi stopami, otwartymi ustami, wytrzeszczonymi oczami; starzy przykrywali ciała młodych kobiet, jakieś dziecko spoczywało na plecach żołnierza. Powstało spore poruszenie i rozległo się wiele jęków, kiedy ludzie z trudem usiłowali wstać. Przyszła mi na myśl gromada owadów, które wiją się jedno na drugim. Tu i ówdzie zobaczyłem plamy krwi, ciemne na tle ciał i ubrań.
— Mój Boże — powiedział Moses z przejęciem. — Musimy pomóc tym ludziom. Czy pan widzi...?
— Nie — warknąłem. — Nie możemy. Jest ich zbyt wielu. Nie możemy nic zrobić. Mamy szczęście, że żyjemy. Czy pan tego nie rozumie? Teraz, gdy działa mają odpowiedni zasięg... Chodźmy! Musimy się trzymać planu. Musimy stąd uciec i wyruszyć w czas.
— Nie mogę tego znieść — jęknął Moses. — Nigdy nie widziałem czegoś podobnego.
Podszedł do nas Morlok.
— Obawiam się, że zobaczymy jeszcze gorsze widoki, nim to pańskie stulecie dobiegnie końca — oznajmił ponuro.
Ruszyliśmy. Szliśmy chwiejnie drogą, która zrobiła się śliska od krwi i odchodów. Minęliśmy jęczącego, bezradnego chłopca, który najwidoczniej miał strzaskaną nogę. Pomimo moich wcześniejszych upomnień Moses i ja nie mogliśmy zignorować jego rozdzierającego płaczu i wołania o pomoc. Leżał obok zwłok mleczarza. Podnieśliśmy go i posadziliśmy przy ścianie. Z tłumu wynurzyła się jakaś kobieta, zobaczyła cierpienie chłopca i podeszła do niego. Zaczęła wycierać jego twarz chusteczką.
— Czy to jego matka? — zapytał mnie Moses.
— Nie wiem. Ja...
Za naszymi plecami rozległ się ten dziwny, płynny głos, przypominający wezwanie z innego świata.
Читать дальше