— To wszystko związane jest z planowaniem — powiedział Moses. — I twierdzą, że jedynym rozwiązaniem alternatywnym jest ponowne pogrążenie się w stanie chaotycznego barbarzyństwa aż do ostatecznego wymarcia.
— Czy ludzie — nowocześni ludzie — są zdolni do takich epokowych czynów?
— Z pewnością poleje się krew i dojdzie do konfliktów na nie spotykaną dotychczas skalę — nawet oceniając według kryteriów tej bezmyślnej, straszliwej wojny — gdy większość narodów świata nie zgodzi się, by ci sprzymierzeni technokraci narzucili im z gruntu spaczony plan.
Napotkałem wzrok Mosesa i dostrzegłem w nim słuszny gniew i wściekłość na głupotę ludzkości, które kiedyś kierowały również moją własną, młodszą duszą. Chcąc nie chcąc, zawsze odnosiłem się z nieufnością do postępu cywilizacji, gdyż uważałem go za niestabilny budynek, który kiedyś musi runąć na głowy swych głupich twórców. Z wyjątkiem obecnej wojny, to nowoczesne państwo wydawało się największym szaleństwem, z jakim się zetknąłem od dłuższego czasu! Odniosłem wrażenie, jakbym widział myśli Mosesa w jego szarych oczach — wyzwolił się od strachu i stał się młodszą, bardziej zdecydowaną wersją mojej osoby — i poczułem, że jeszcze nigdy od chwili naszego spotkania nie był mi bliższy.
— A zatem — podsumowałem — sprawa postanowiona. Nie sądzę, by którykolwiek z nas mógł tolerować taką przyszłość.
Moses z zapałem skinął głową, Nebogipfel także wydawał się z tym zgadzać, a jeżeli chodzi o mnie, to ponownie postanowiłem raz na zawsze położyć kres podróżowaniu w czasie.
— Musimy uciec — oświadczyłem. — Tylko jak...
W tym momencie, zanim zdążyłem dokończyć pytanie, dom zadrżał.
Przewróciłem się, prawie uderzając głową o biurko. Rozległ się huk — dudnienie wewnątrz ziemi, podobne do odgłosu zatrzaskiwania drzwi. Lampy zamigotały, ale nie zgasły. Wokół mnie podniosły się krzyki — biedny Filby jęknął — i usłyszałem brzęk szkła oraz łoskot upadających mebli.
Budynek znieruchomiał. Kaszląc, gdyż podniosły się tumany kurzu, wstałem z trudem.
— Czy nikomu nic się nie stało? Moses? Nebogipfel?
Moses już pomagał Morlokowł, który nie był ranny, ale został przygnieciony przez przewrócony regał.
Zostawiłem ich i poszukałem Filby’ego. Staruszek miał szczęście; nawet nie spadł z krzesła. Wstał i podszedł do okna, które było pęknięte w poprzek.
Dotarłem do niego i położyłem ręce na jego przygarbionych ramionach.
— Filby, stary przyjacielu, chodźmy stąd.
Zignorował mnie. Z kaprawymi oczami i twarzą pokrytą skorupą kurzu uniósł zakrzywiony palec w kierunku okna.
— Spójrz — powiedział.
Zbliżyłem się do szyby, osłaniając twarz dłonią, żeby nie widzieć odbitego światła elektrycznych lamp. Reflektory paplającej maszyny pogasły, tak jak i wiele lamp ulicznych. Zobaczyłem zdesperowanych, biegających ludzi, porzucony rower, żołnierza z maską na twarzy, który strzelał w powietrze... A trochę dalej dostrzegłem pionowy snop jaskrawego światła, na tle którego unosiły się drobinki kurzu. Słup światła obejmował skrzyżowanie ulic, domy i narożnik Hyde Parku. Ludzie stali w jego blasku, mrugając jak sowy i osłaniając twarze rękami.
Jaskrawy snop był światłem dziennym. W kopule powstała wyrwa.
12. NAPAŚĆ NIEMCÓW NA LONDYN
Drzwi wyjściowe wisiały na zawiasach, najwidoczniej wyrwane pod wpływem wstrząsu. Zniknęli żołnierze, którzy nas strzegli — nawet wierny Puttick. Przed domem na Terrace usłyszeliśmy stukot szybkich kroków, wrzaski i gniewne krzyki oraz pisk gwizdków. Poczuliśmy zapach kurzu, dymu i kordytu. Wycinek jaskrawego i ostrego światła czerwcowego dnia zawisł nad wszystkim. Mieszkańcy pokrytego skorupą Londynu mrugali jak zaniepokojone sowy, zaskoczeni i przerażeni.
Moses poklepał mnie po ramieniu.
— Ten chaos nie potrwa długo. Teraz mamy szansę.
— Dobrze. Przyprowadzę Nebogipfela i Filby’ego, a pan niech zabierze jakieś zapasy z domu...
— Zapasy? Jakie?
Zirytowałem się. Jakiż głupiec wyruszałby w czas, nie mając nic oprócz szlafroka i pantofli?
— Świeczki — wyjaśniłem mu. — I zapałki! Tyle, ile zdoła pan znaleźć. Przyda się każdy rodzaj broni, nawet nóż kuchenny, jeśli nie będzie nic lepszego. — Zastanawiałem się, co jeszcze. — Kamforę, jeśli jest. Bieliznę! Niech pan to wepchnie sobie nawet do kieszeni...
Skinął głową.
— Rozumiem. Zapakuję to wszystko do tornistra.
Odwrócił się od drzwi i ruszył do kuchni.
Pognałem do palarni. Nebogipfel już założył szkolną czapkę. Zebrał swoje notatki i wsuwał je do tekturowej teczki. Filby — biedny staruszek! — klęczał pod ramą okienną. Przycisnął kolana do zapadłej piersi i zakrył twarz rękoma, jakby przyjął obronną pozycję boksera.
Uklęknąłem przed nim.
— Filby, stary przyjacielu... — Wyciągnąłem do niego rękę, ale odsunął się ode mnie. — Musisz z nami pójść. Tu nie jest bezpiecznie.
— Bezpiecznie? A z wami będzie bezpieczniej? Ty... magiku, ty szarlatanie. — Jego oczy, załzawione od kurzu, błyszczały jak okienne szyby i obrzucił mnie tymi słowami, jakby to była najcięższa obelga, jaką można sobie wyobrazić. — Pamiętam cię... kiedy przestraszyłeś nas wszystkich na śmierć tą swoją upiorną sztuczką, w tamto Boże Narodzenie. Nie dam się oszukać po raz drugi!
Powstrzymałem się, by nim nie potrząsnąć.
— Pomyśl logicznie, człowieku! Podróżowanie w czasie to nie żadna sztuczka... i na pewno nie jest nią też ta wasza zażarta wojna!
Poczułem dotyk na ramieniu. To była ręka Nebogipfela; jego blade palce wydawały się jarzyć w odpryskach światła wpadającego przez okno.
— Nie możemy mu pomóc — powiedział łagodnie.
Filby ukrył głowę w drżących rękach poznaczonych wątrobowymi plamami i byłem przekonany, że już mnie nie słyszy.
— Przecież nie możemy go tak zostawić!
— A co zrobisz? Sprowadzisz go z powrotem do roku 1891? 1891 rok, ten który pamiętasz, już nawet nie istnieje... może jedynie w jakimś nieosiągalnym wymiarze.
Do palarni wpadł Moses z małym, wypchanym plecakiem w ręku. Założył epolety i do pasa miał przypiętą maskę przeciwgazową.
— Jestem gotowy — wysapał. Nebogipfel i ja nie odpowiedzieliśmy od razu i Moses po kolei na nas spojrzał. — o co chodzi? Na co czekacie?
Wyciągnąłem rękę i uścisnąłem ramię Filby’ego. Przynajmniej nie wzbraniał się i uznałem to za ostatnią, szczątkową oznakę przyjaźni między nami.
Już nigdy więcej go nie widziałem.
Wyjrzeliśmy na ulicę. Zgodnie z moimi wspomnieniami była to względnie spokojna część Londynu, ale dzisiaj ludzie tłoczyli się na Queen’s Gate Terrace, biegając, potykając się i wpadając na siebie. Mężczyźni i kobiety po prostu wylewali się z domów i miejsc pracy. Większość z nich nosiła maski przeciwgazowe, ale na twarzach, które zdołałem dojrzeć, zobaczyłem ból, cierpienie i strach.
Wszędzie widać było dzieci — przeważnie w szarawych mundurkach szkolnych, z małymi maskami przeciwgazowymi dopasowanymi do twarzy — gdyż szkoły najwidoczniej pozamykano. Dzieci włóczyły się po ulicy, wołając rodziców. Wyobraziłem sobie udrękę matki szukającej dziecka w olbrzymim mrowisku, którym stał się Londyn i wzdrygnąłem się na tę myśl.
Niektórzy ludzie dźwigali atrybuty roboczego dnia: aktówki i torebki, znajome i bezużyteczne, a inni już zapakowali swój dobytek i nieśli go w wypchanych walizach lub tobołkach sporządzonych z zasłon i prześcieradeł. Zobaczyliśmy jednego chudego, energicznego człowieka, który potykał się, pchając ogromny kredens kuchenny wypełniony bez wątpienia cennymi przedmiotami i wsparty na kierownicy oraz siodełku roweru. Koło roweru obijało się o plecy i nogi ludzi idących przed nim.
Читать дальше