Jeżeli chodzi o Mosesa, to po prostu bolałem nad nim. Przypuszczam, że było to podobne do uczucia pustki, którego człowiek doznaje po śmierci dziecka lub młodszego brata. Moses zginął w wieku dwudziestu sześciu lat, a jednak ja — ta sama osoba — nadal żyłem w wieku czterdziestu czterech! Moja przeszłość została jakby wycięta spode mnie, jakby ziemia wyparowała, pozostawiając mnie zawieszonego w powietrzu. Ale poznałem Mosesa, choć była to krótka znajomość, jako osobę posiadającą własne cechy charakteru. Był wesoły, ekscentryczny, impulsywny, trochę śmieszny — tak jak ja! — i przesympatyczny.
Byłem odpowiedzialny za śmierć kolejnego człowieka!
Żadne mgliste wywody Nebogipfela o wielorakości historii — żadne argumenty, że Moses, którego znałem, nie miał nigdy stać się mną, lecz tylko jakimś innym wariantem mojej osoby — nie były w stanie złagodzić smutku, jakiego doznawałem po jego stracie.
Myśli zaczęły mi się plątać. Usilnie starałem się nie zamykać oczu, gdyż miałem obawę, że już nigdy się nie obudzę, ale dręczony uczuciem żalu i zamętem w głowie, ponownie zasnąłem.
Obudził mnie dźwięk własnego imienia, które wypowiedziane zostało dziwnym, płynnym, gardłowym głosem Morloka. Powietrze było takie paskudne jak dotychczas i nowe pulsowanie, wywołane upałem i brakiem tlenu, walczyło o miejsce w mojej czaszce z bólem z powodu wcześniejszych obrażeń.
W tamtym leśnym półmroku zmaltretowane oczy Nebogipfela wydawały się olbrzymie.
— Rozejrzyj się — powiedział.
Zieleń tłoczyła się wokół nas tak uporczywie jak dotychczas, a jednak zaszła w niej jakaś zmiana. Stwierdziłem, że patrząc uważnie, jestem w stanie śledzić ewolucję pojedynczych liści na gęsto porośniętych gałęziach. Każdy liść powstawał w szybkim tempie z pyłu, przechodził proces pewnego rodzaju odwrotnego więdnięcia i zwijał się w pączek. Odbywało się to w czasie krótszym od jednej sekundy, ale mimo to...
— Zwalniamy — wysapałem.
— Tak. Przypuszczam, że plattneryt traci swoją moc.
Odmówiłem modlitwę dziękczynną, gdyż odzyskałem dość sił, by już nie pragnąć śmierci na jakiejś bezwietrznej, skalistej równinie u zarania dziejów Ziemi!
— Czy wiesz, gdzie jesteśmy?
— Gdzieś w epoce paleoceńskiej. Podróżowaliśmy przez dwadzieścia godzin. Znajdujemy się mniej więcej pięćdziesiąt milionów lat przed teraźniejszością...
— Czyją teraźniejszością? Moją, roku 1891, czy twoją?
Dotknął twarzy, którą nadal pokrywała zakrzepła krew.
— W takich skalach czasowych to nie ma większego znaczenia.
Liście i kwiaty kwitły teraz bardzo wolno, prawie majestatycznie. Pojawiło się migotanie i chwile głębszej ciemności, które nakładały się na zielony półmrok.
— Rozróżniam już dzień i noc — powiedziałem. — Zwalniamy.
— Tak.
Morlok usiadł na ławce naprzeciwko mnie i chwycił jej krawędź długimi palcami. Zastanawiałem się, czy się boi, miał ku temu wszelkie prawo! Wydawało mi się, że podłoga samochodu się rusza i wybrzusza łagodnie pod ławką Nebogipfela.
— Co powinniśmy zrobić?
Pokręcił głową.
— Możemy jedynie czekać na rozwój wydarzeń. Nie panujemy nad sytuacją...
Trzepotanie dni i nocy stało się jeszcze wolniejsze, aż zaczęło równomiernie pulsować wokół nas niczym bicie serca. Podłoga zaskrzypiała i w jej stalowych płytach pojawiły się wzgórki...
Nagle zrozumiałem!
— Uważaj! — krzyknąłem, wstałem, wyciągnąłem ręce i chwyciłem Nebogipfela za ramiona. Nie stawiał oporu. Uniosłem go, jakby był chudym, włochatym dzieckiem, i cofnąłem się chwiejnie...
Przede mną wyrosło drzewo, rozdzierając metalowe poszycie samochodu jak papier. Ogromna gałąź przesunęła się w kierunku urządzeń sterowniczych niczym ramię olbrzymiego, drewnianego człowieka, który celowo tam sięga, i przebiła płytę czołową obudowy.
Widocznie wylądowaliśmy w miejscu zajmowanym przez to drzewo w tej odległej erze!
Upadłem do tyłu na ławkę, ochraniając ramionami Nebogipfela. Drzewo trochę się skurczyło, kiedy przybliżyliśmy się do chwili jego narodzin. Trzepotanie dni i nocy stało się jeszcze bardziej ślamazarne. Pień zrobił się znacznie cieńszy, a potem rozległ się ogłuszający trzask i kabina rozpadła się na pół jak skorupka jajka.
Nebogipfel wypadł mi z rąk i wraz z gradem drewnianych i metalowych odłamków obaj runęliśmy na miękką, wilgotną ziemię.
KSIĘGA CZWARTA
PALEOCENSKIE MORZE
Leżałem na plecach, wpatrując się w drzewo, które rozdarło nasz samochód czasu, kiedy podróż dobiegła końca. Słyszałem w pobliżu płytki oddech Nebogipfela, ale nie widziałem Morloka.
Nasze drzewo, które zastygło teraz w bezruchu, łączyło się wysoko nade mną z innymi, tworząc gęsty i jednolity baldachim. Z ziemi wokół jego podstawy i pomiędzy potrzaskanymi częściami samochodu wyrastały pędy i odrośle. Upał był ogromny, powietrze wilgotne i męczące dla moich płuc, a świat wokół wypełniony odgłosami kasłania, trelami oraz westchnieniami dżungli. Tłem tych wszystkich dźwięków było niskie, głębsze dudnienie i dlatego podejrzewałem, że w pobliżu znajduje się duży zbiornik wody, albo rzeka — jakaś pierwotna wersja Tamizy — albo morze.
Przypominało to bardziej tropik niż Anglię!
Kiedy tak leżałem i patrzyłem, jakieś zwierzątko zeszło po pniu w naszym kierunku. Miało mniej więcej dziesięć cali długości i przypominało wiewiórkę, ale jego sierść była rzadka i długa, zwisająca na ciałku jak płaszcz. Trzymało w małych szczękach jakiś owoc. Dziesięć stóp nad ziemią stworzenie dostrzegło nas. Przekrzywiło ostro zakończoną główkę, otworzyło mordkę — upuszczając owoc — i syknęło. Zobaczyłem, że końcówki jego siekaczy wyglądają jak grzebyki o pięciu ząbkach. Potem zwierzątko odskoczyło od pnia. Szeroko rozłożyło przednie i tylne nóżki, a jego porośnięta sierścią skóra rozwinęła się z trzaskiem, upodabniając zwierzątko do pokrytego futerkiem latawca. Odleciało w górę, wtapiając się w cień i znikając z pola mojego widzenia.
— Niezłe powitanie — wysapałem. — Ten stwór przypominał latającego lemura. Ale czy zauważyłeś jego ząbki?
Nebogipfel, nadal poza zasięgiem mojego wzroku, odrzekł:
— To było planetaterium. A to drzewo nazywa się dipterocarps i niewiele się różni od gatunku, który będzie rosnąć w lasach W twoich czasach.
Wepchnąłem ręce w ściółkę leśną pode mną — była dość zgniła i śliska — i spróbowałem się obrócić, żeby go widzieć.
— Nebogipfelu, czy jesteś ranny?
Morlok leżał na boku, ale miał przekrzywioną głowę, tak iż patrzył w niebo.
— Nie — szepnął. — Proponuję, abyśmy zaczęli szukać...
Aleja nie słuchałem go dalej, gdyż tuż za jego plecami dostrzegłem zakończoną dziobem głowę wielkości końskiej, która przepychała się przez listowie i pochylała w kierunku wątłego ciała Morloka!
Przez chwilę byłem sparaliżowany wskutek szoku. Haczykowaty dziób otworzył się z mlaśnięciem, a okrągłe oczy patrzyły na mnie z wszelkimi oznakami inteligencji.
Wielki łeb opadł ciężko i dziób zacisnął się wokół nogi Morloka. Nebogipfel wrzasnął i wbił małe palce w ziemię. Skrawki liści przywarły do jego sierści.
Odczołgałem się do tyłu, kopiąc liście, aż oparłem się plecami o pień drzewa.
Rozległ się trzask łamanych gałęzi. Bestia przedarła się przez zieleń i ukazała moim oczom. Pokryty czarnymi, łuskowatymi piórami zwierz miał jakieś siedem stóp wzrostu, grube nogi, stopy zakończone pazurami i obwisłe, żółte cielsko. Trzepotał szczątkowymi skrzydłami, które były nieproporcjonalnie małe w stosunku do olbrzymiego tułowia. Ten ptasi potwór cofnął łeb i biedny Morlok został odciągnięty po papkowatym podłożu.
Читать дальше