— Niemcy... — odezwał się Moses. — Odkąd pojawił się Bismarck, mamy z nimi same kłopoty. Czy ten stary łotr jeszcze żyje?
— Nie, ale ma zdolnych następców — odparł ponuro Filby.
Nie skomentowałem tego. Z mojej perspektywy, tak odległej teraz od widzenia Mosesa, wydawało się, że nawet ktoś taki brutalny jak Bismarck nie może usprawiedliwiać śmierci choćby jednego człowieka.
Filby opowiedział mi z zapartym tchem o kolejnych niesamowitych osiągnięciach techniki wojennej tego nieoświeconego wieku: o najeźdźczych, przeznaczonych do prowadzenia walk gazowych łodziach podwodnych, które miały prawie nieograniczony zasięg i zawierały pół tuzina pocisków rakietowych zaopatrzonych w zastraszającą liczbę bomb gazowych; o mnogości pojazdów pancernych, które według moich wyobrażeń przedzierały się wszędzie przez zmaltretowane równiny Europy; o kolejnych molochach, które mogły zanurzyć się pod wodą, pływać, lub zakopać się w ziemi. I temu wszystkiemu przeciwstawiony był równie straszny arsenał min i dział najróżniejszego rodzaju.
Unikałem wzroku Nebogipfela. Nie mogłem stanąć oko w oko z jego oceną! Gdyż to nie był wycinek na podniebnej Sferze, zaludniony przez odległych ode mnie potomków ludzkości: to był mój świat, moja własna rasa, która pogrążyła się w szaleństwie wojny! Jeśli chodzi o mnie, zachowałem część szerszej perspektywy, którą nabrałem we wnętrzu tamtego większego tworu. Ledwie znosiłem widok własnego narodu pogrążonego w takim szaleństwie i doznawałem bólu, słysząc uwagi Mosesa, które świadczyły o drobnych uprzedzeniach jego czasów. Nie mogłem go winić! Jednak niepokoiła mnie myśl, że moja wyobraźnia była kiedykolwiek tak ograniczona, tak podatna na wpływy i sugestie innych.
Dotarliśmy do prymitywnej stacji kolejowej. Nie była to jednak stacja, z której korzystałem w 1891 roku, by przejechać z Richmond do Waterloo przez Barnes. Ta nowa konstrukcja znajdowała się z dala od centrum miasta, tuż za Kew Road. I sprawiała dziwne wrażenie: nie było tam kas biletowych i rozkładów jazdy, a peron stanowił goły betonowy pas. Nowa linia kolejowa była bardzo prymitywna. Czekał na nas pociąg: była to nijaka, ciemna lokomotywa, która żałobnie buchała parą z poplamionego sadzą kotła, i stał tam jeden wagon. Lokomotywa nie miała żadnych świateł ani emblematów spółki kolejowej, do której należała.
Oldfield otworzył drzwi do wagonu; były ciężkie i miały gumową uszczelkę. Widoczne pod goglami oczy Oldfielda prześlizgnęły się szybko po okolicy. W słoneczne popołudnie roku 1938 Richmond nie było bezpiecznym miejscem!
Wagon zaliczał się do zwykłych: stały tam jedynie rzędy twardych, drewnianych ławek bez żadnych obić czy zdobień. Pomalowano go na jednolity, nijaki, brązowy kolor. Okna były szczelnie zamknięte i znajdowały się tam żaluzje, które można było opuszczać.
Zajęliśmy miejsca, siadając dość sztywno naprzeciwko siebie. Upał w wagonie w to letnie popołudnie był nie do wytrzymania.
Gdy Oldfield zamknął drzwi, pociąg niezwłocznie ruszył z szarpnięciem.
— Najwidoczniej jesteśmy jedynymi pasażerami — wymamrotał Moses.
— Cóż, to dziwny pociąg — powiedziałem. — Niezbyt wygodny, prawda, Filby?
— Nie jest to wiek, który sprzyja wygodom, staruszku.
Przebyliśmy kilka mil i krajobraz na tym odcinku był równie opustoszały jak w Richmond. Wydało mi się, że ten obszar jest prawie w całości rolniczy i w przeważającej części słabo zaludniony, choć tu i ówdzie dostrzegłem kilka osób, które harowały na polu. Przypominało to scenę z piętnastego, a nie dwudziestego wieku — z wyjątkiem zniszczonych i zbombardowanych domów, które zaśmiecały krajobraz, tu i ówdzie pocętkowany był okazałymi dachami schronów przeciwlotniczych: wielkich, betonowych skorup wpuszczonych do połowy w ziemię. Uzbrojeni żołnierze patrolowali okolice wokół tych schronów, spoglądając groźnie na świat przez gogle swoich owadzich masek przeciwgazowych, jak gdyby chcieli powiedzieć wszelkim uchodźcom: „Tylko się odważ!”
W pobliżu Mortlake zobaczyłem czterech ludzi, którzy wisieli na słupach telegraficznych przy drodze. Ich ciała były wiotkie i poczerniałe, z pewnością powyżerane przez ptaki. Zwróciłem uwagę Filby’emu na ten przerażający widok — on i żołnierze nawet nie zauważyli obecności zwłok — na co mój przyjaciel rzucił mętne spojrzenie w tamtym kierunku i wymamrotał coś o tym, że „z pewnością przyłapano ich na kradzieży rzepy szwedzkiej lub podobnym przewinieniu”.
Zrozumiałem, że w tej wersji Anglii roku 1938 takie widoki są na porządku dziennym.
Wtedy — zupełnie bez ostrzeżenia — pociąg zjechał po pochyłości do tunelu. Zapaliły się dwie elektryczne żarówki na suficie i siedzieliśmy w ich żółtym świetle, spoglądając na siebie ze zmarszczonymi czołami.
— Czy to kolej podziemna? — zapytałem Filby’ego. — Przypuszczam, że jesteśmy na jakimś przedłużeniu linii Metropolitan.
Filby wydawał się zmieszany.
— Och, przypuszczam, że ta linia ma jakiś numer...
Moses zaczął majstrować przy swojej masce.
— Przynajmniej możemy zdjąć te straszne aparaty — powiedział.
Bond położyła mu rękę na ramieniu.
— Nie — zaprzeczyła. — Nadal jest niebezpiecznie.
Filby skinął głową na znak potwierdzenia.
— Gaz przedostaje się wszędzie. — Wydawało mi się, że zadrżał, ale trudno było mieć pewność, kiedy miał na sobie ten nijaki, luźny strój. — Jeśli człowiek tego nie przeszedł...
Po czym pokrótce, obrazowymi słowami, opisał nalot gazowy, którego był świadkiem na początku wojny, w Knightsbridge, kiedy bomby nadał zrzucano ręcznie z balonów, a ludzie jeszcze nie byli przyzwyczajeni do całego tego koszmaru.
Filby sugerował, że obecnie takie przerażające sceny nie były niczym niezwykłym w tym świecie pogrążonym w niekończącej się wojnie!
— Dziwię się, że nie doszło do całkowitego upadku morale, Filby.
— Wydaje się, że ludzie wcale nie są tacy słabi. Są wytrzymali. Oczywiście, zdarzały się chwile rozpaczy — ciągnął. — Na przykład pamiętam sierpień 1918 roku... Był to moment, kiedy wydawało się, że po tak długim czasie zachodni sojusznicy wreszcie pokonają przeklętych Niemców i zakończą tę wojnę. Ale potem doszło do Bitwy Kajzera — Kaiserschlachtu, wielkiego zwycięstwa Ludendorffa, który wdarł się między angielskie i francuskie linie obronne... Po czterech latach wojny w okopach był to dla nich wielki przełom. Poza tym strasznie zaszkodziło nam zbombardowanie Paryża, w którym zginęło wielu członków francuskiego dowództwa...
Kapitan Bond skinęła głową.
— Szybkie zwycięstwo na zachodzie umożliwiło Niemcom skierowanie uwagi na Rosjan na wschodzie. A potem, w 1925 roku...
— W 1925 roku — wtrącił Filby — przeklęci Niemcy utworzyli swoją wymarzoną Mitteleuropa.
Filby i Bond opisali mi z grubsza sytuację. Mitteleuropa: europejska oś, jeden rynek rozciągający się od wybrzeża Atlantyku aż poza Ural. W 1925 roku kajzer kontrolował tereny od Atlantyku po Bałtyk, poprzez rosyjską Polskę aż po Krym. Francja stała się słabym zapleczem pozbawionym wielu swoich zasobów. Z Luksemburga utworzono siłą niemiecki kraj federalny. Belgię i Holandię zmuszono do oddania swych portów do dyspozycji Niemców. Kopalnie we Francji, Belgii i Rumunii wykorzystano do wspierania dalszej ekspansji Rzeszy na wschód. Słowianie zostali odepchnięci, a miliony nierosyjskich obywateli uwolnione spod zwierzchnictwa Moskwy...
Читать дальше