Wnętrze fortecy jawiło mi się niczym mozaika półświatła i cieni. Widziałem kontury ośmiu wielkich kół — każde o średnicy dziesięciu stóp — które rozmieszczone były po bokach fortu i osłonięte wewnątrz kadłuba. Na przodzie fortecy, w dziobie, siedział jeden żołnierz na wysokim, brezentowym krześle; otoczony był dźwigniami, tarczami i czymś, co wyglądało jak soczewki peryskopów; uznałem go za kierowcę. Tylny przedział zajmowały silnik i przekładnia. Tam dostrzegłem niezgrabną maszynerię; w ciemności silniki przypominały bardziej wyląg wielkich bestii niż jakikolwiek wytwór ludzkiej ręki. Wokół maszyn krzątali się żołnierze, w maskach i ciężkich rękawicach, jota w jotę przypominając dozorców, którzy służą jakimś idolom z metalu.
Z długiego sufitu zwisały ciasne, małe kabiny, które wyglądały na niewygodne. W każdej z tych kabin widziałem niewyraźny profil żołnierza. Każdy żołnierz nosił rozmaitą broń i przyrządy optyczne — nie znałem konstrukcji większości z nich — które wystawały na zewnątrz z kadłuba statku. Musiały tam być dwa tuziny tych strzelców i techników — wszyscy nosili maski i charakterystyczne brezentowe stroje oraz berety i wszyscy bez wyjątku gapili się na nas. Możecie sobie wyobrazić, jak Morlok przyciągał ich wzrok!
Było to posępne, zastraszające miejsce: ruchoma świątynia poświęcona ślepej sile. Nie mogłem się powstrzymać, by nie porównać tego z subtelną inżynierią Morloków Nebogipfela.
Podszedł do nas nasz młody żołnierz; po szczelnym zamknięciu fortecy zdjął maskę — wisiała mu na szyi jak zdarta twarz — i zobaczyłem, że rzeczywiście jest dość młody, a jego policzki otacza krąg kropelek potu.
— Zechciejcie podejść bliżej — powiedział. — Kapitan chciałby was powitać na pokładzie.
Pod jego kierownictwem utworzyliśmy szereg i zaczęliśmy ostrożnie iść — mierzeni bezlitosnym spojrzeniem milczących żołnierzy — w kierunku dziobu fortecy. Podłoga była rozwarta i musieliśmy gramolić się wąskimi, metalowymi chodnikami; gołe stopy Nebogipfela prawie nie wydawały dźwięku, kiedy dreptał po metalowych żebrach.
W pobliżu dziobu tej lądowej łodzi, tuż za kierowcą, znajdowała się kopuła z mosiądzu i żelaza, która wystawała ponad dach. Pod tą kopułą stała jakaś osoba — w masce i z rękami zaplecionymi za plecami — która zachowywała się jak dowódca tego pojazdu. Kapitan miał na sobie podobny beret i kombinezon jak żołnierz, który nas powitał, oraz metalowe epolety i broń ręczną przy pasie; jednak ten wyższy oficer nosił również siatkowy pas skórzany, z biegnącym przez ramię paskiem i żabką, a także inne insygnia oficerskie, włącznie z płóciennymi odznakami formacji i patkami. Pierś kapitana udekorowana była licznymi wstążkami za udział w różnych kampaniach.
Moses rozglądał się z ogromną ciekawością. Wskazał drabinę nad kapitanem.
— Spójrzcie — powiedział. — Założę się, że kapitan może kazać opuścić drabinę za pomocą tych dźwigni w szynie za jego plecami... Widzicie? A potem wznieść się do tej kopuły powyżej. W ten sposób może rozejrzeć się po terenie wokół fortecy, aby lepiej kierować technikami i strzelcami.
Wydawało się, że jest pod wrażeniem pomysłowości, którą włożono w tę potworną machinę wojenną.
Kapitan ruszył naprzód; widać było, że kuleje. Zdjął maskę, odsłaniając twarz. Zobaczyłem, że jest całkiem młody, najwidoczniej dość zdrowy — choć nadzwyczaj blady — i przypomina typ, który kojarzy się z marynarką wojenną: czujny, spokojny, inteligentny — w najwyższym stopniu kompetentny. Zdjął rękawicę i wyciągnął do mnie rękę. Uścisnąłem ją — była mała jak u dziecka i zniknęła w mojej dłoni — i spojrzałem w tę jasną twarz ze zdumieniem, którego nie potrafiłem ukryć.
— Nie spodziewałam się takiego tłumu pasażerów — powiedziała pani kapitan. — Chyba nie wiedzieliśmy, czego się spodziewamy, ale wszyscy jesteście tu mile widziani i dopilnuję, żeby was dobrze traktowano. — Powiedziała to przyjaznym tonem, ale musiała przekrzykiwać warkot silników. Obrzuciła Mosesa i Nebogipfela spojrzeniem bladoniebieskich oczu z pewną dozą humoru. — Witajcie na pokładzie „Lorda Raglana”. Nazywam się Hilary Bond i jestem kapitanem w dziewiątym batalionie Królewskiego Pułku Molochów.
To była prawda! Kapitan — doświadczony, ranny żołnierz i dowódca bardziej zabójczej machiny bojowej, niż kiedykolwiek mogłem sobie wyobrazić — był kobietą.
8. ODNOWIENIE STAREJ ZNAJOMOŚCI
Uśmiechnęła się, ukazując bliznę na podbródku, i zobaczyłem, że nie ma więcej niż dwadzieścia pięć lat.
— Proszę posłuchać, kapitanie — odezwałem się — chcę się dowiedzieć, jakim prawem nas zatrzymujecie.
Zachowała spokój.
— Moja misja to sprawa najwyższej wagi dla bezpieczeństwa państwa. Przykro mi, jeśli...
I wtedy Moses wysunął się naprzód; w swoim krzykliwym stroju dandysa wyglądał dziwnie nie na miejscu w tym brunatnym, wojskowym wnętrzu.
— Pani kapitan, w roku 1873 nie ma zagrożenia bezpieczeństwa państwa.
— Ale jest w roku 1938. — Zobaczyłem, że pani kapitan jest całkiem nieugięta; promieniowała od niej niewzruszona władza. — Moją misją jest zabezpieczenie doświadczeń naukowych, które przeprowadzane są w tym domu na Petersham Road, a w szczególności zniechęcenie kogokolwiek do anachronicznych zakłóceń ich prawidłowego rozwoju.
Moses zrobił grymas.
— „Anachroniczne zakłócenia”. Rozumiem, że mówi pani o Podróżnikach w Czasie.
Uśmiechnąłem się.
— Urocze słowo to „zniechęcenie”. Czy przywieźliście ze sobą dość broni, by skutecznie „zniechęcać”?
Teraz wystąpił Nebogipfel.
— Kapitanie Bond — powiedział powoli Morlok. — Z pewnością zauważyła pani, że pani misja to logiczny nonsens. Czy pani wie, kim są ci ludzie? Jak może pani zabezpieczyć badania, kiedy ich główny twórca — wskazał owłosioną ręką na Mosesa — jest właśnie uprowadzany z własnych czasów?
W tym momencie Bond popatrzyła na Morloka przez dłuższą chwilę, a potem skierowała uwagę na Mosesa — i na mnie — i wydało mi się, że po raz pierwszy dostrzegła podobieństwo między nami! Nieprzyjemnym tonem zadała nam wszystkim pytania, które miały potwierdzić prawdziwość uwagi Morloka i tożsamość Mosesa. Nie zaprzeczałem — i tak widziałem w tym niewielką korzyść dla nas — a być może, kalkulowałem sobie, będziemy traktowani uprzejmiej, jeśli zostaniemy uznani za historycznie ważne osoby; starałem się jednak jak najbardziej nie podkreślać mojej tożsamości z Mosesem.
W końcu Hilary Bond przekazała szeptem instrukcje żołnierzowi, który następnie poszedł do innej części pojazdu.
— Powiadomię o tym ministerstwo lotnictwa, kiedy wrócimy. Jestem pewna, że będą wami bardzo zainteresowani i będziecie mieli wiele okazji, by po naszym powrocie omówić sprawę z władzami.
— Powrocie?! — warknąłem. — To znaczy do roku 1938?
Wyglądała na podenerwowaną.
— Obawiam się, że paradoksy podróżowania w czasie trochę mnie przerastają; bez wątpienia mądrale w ministerstwie rozpłaczą ten cały mętlik.
Uświadomiłem sobie, że stojący obok mnie Moses wybucha śmiechem — głośnym, z domieszką histerii.
— A to dobre! — powiedział. — Och, to naprawdę dobre. Teraz nie muszę wcale budować wehikułu czasu!
Nebogipfel spojrzał na mnie ponuro.
— Obawiam się, że liczne ciosy zadane przyczynowości oddalają nas coraz bardziej od pierwotnej wersji historii — tej, która istniała przed pierwszym zadziałaniem wehikułu czasu...
Читать дальше