Światło rozjarzyło się jeszcze bardziej i zaczęło się odbijać migotliwie w probówkach, szkiełkach i innych urządzeniach w laboratorium.
Wycofaliśmy się do jadalni. Ogień zgasł już wiele godzin temu i w pokoju panował chłód, ale Moses jakby tego nie dostrzegał. Podał mi kolejną brandy i przyjąłem od niego cygaro. Nebogipfel poprosił o czystą wodę. Zapaliłem cygaro z westchnieniem, podczas gdy Nebogipfel obserwował mnie z czymś, co uznałem za tępe zdumienie — zapomniał o wszystkich ludzkich manierach, których do tej pory nabrał!
— No cóż — odezwałem się. — Kiedy zamierza pan opublikować te niezwykłe odkrycia?
Moses podrapał się po głowie i poluźnił jaskrawy krawat.
— Nie jestem pewien — odparł szczerze. — Wie pan, właściwie to mam tylko zbiór obserwacji dotyczących anomalii substancji, której pochodzenie jest niepewne. Mimo to być może są ludzie bystrzejsi ode mnie, którzy mogliby coś z tym zrobić... może odkryć, jak wyprodukować więcej plattnerytu...
— Nie — zaprzeczył Nebogipfel. — Środki do produkcji materiałów radioaktywnych zostaną wynalezione dopiero za kilkadziesiąt lat.
Moses spojrzał z zaciekawieniem na Morloka, ale nie podjął tematu.
— Ale pan nie zamierza tego publikować — powiedziałem bez ogródek.
Mrugnął do mnie konspiracyjnie — kolejny drażniący nawyk! — i powiedział:
— Wszystko w odpowiednim czasie. Pod pewnymi względami nie jestem podobny do prawdziwego naukowca... No wie pan, chodzi mi o ostrożnego, małego faceta, który w końcu dostaje się do gazet jako „wybitny naukowiec”. Widzi pan, jak taki facet wygłasza pogadankę, na przykład o jakimś tajemniczym aspekcie toksycznych alkaloidów, i może się panu wydać, że w ciemności podczas wyświetlania przezroczy słyszy pan to, czego ten facet nie dopowiedział. I być może dostrzega pan okulary w złotych oprawkach oraz płócienne buty porozcinane z powodu odcisków...
— Ale pan... — powiedziałem.
— Och, nie zamierzam potępiać cierpliwych wołów roboczych tego świata! Przypuszczam, że w najbliższych latach mnie też czeka harówka. Ale jestem także niecierpliwy. Widzi pan, zawsze chcę się dowiedzieć, jak sprawy się potoczą. — Pociągnął łyk brandy. — Mam już w dorobku parę publikacji, włącznie z jedną w Philosophical Transactions, i przeprowadziłem kilka badań, z których powinny powstać artykuły. Ale badania plattnerytu...
— Tak?
— Mam dziwną koncepcję, jeśli chodzi o tę sprawę. Chcę zobaczyć, jak daleko sam zdołam ją posunąć...
Pochyliłem się do przodu. Zobaczyłem, jak w bąbelkach w jego kieliszku odbija się światło świec i jak jego twarz ożywia się. Była to pora, kiedy panuje największy spokój, i wydawało się, że widzę wszystkie szczegóły, słyszę tykanie wszystkich zegarów w domu, z nadnaturalną przejrzystością.
— Co chce pan przez to powiedzieć?
Wygładził swoją śmieszną marynarkę dandysa.
— Już panu mówiłem o moich domysłach, że promień światła, który przechodzi przez plattneryt, zostaje przeniesiony w czasie. Mam tu na myśli to, że ten promień przemieszcza się między dwoma punktami w przestrzeni i nie towarzyszy temu żaden odstęp w czasie. Wydaje mi się jednak — dodał powoli — że jeśli światło może pokonywać te odstępy czasowe w taki sposób, to, być może, mogą temu ulec również przedmioty materialne! Mam koncepcję, że gdyby zmieszać plattneryt z jakąś odpowiednią substancją krystaliczną — może kwarcem lub jakąś krystaliczną skałą — wówczas...
Zdawało się, że odzyskał panowanie nad sobą. Odłożył kieliszek na stolik obok swojego krzesła i pochylił się do przodu. Jego szare oczy zdawały się lśnić w świetle świec, sprawiając wrażenie bladych i żywych.
— Nie jestem pewien, czy chcę dalej mówić! Niech pan posłucha: byłem z panem bardzo szczery. Teraz nadszedł czas, żeby pan był wobec mnie równie szczery. Czy pan to zrobi?
Zamiast odpowiadać, spojrzałem mu w twarz — w oczy, które, mimo iż otoczone gładszą skórą, niezaprzeczalnie były moimi własnymi, oczy, które codziennie widziałem w lustrze podczas golenia!
Najwidoczniej nie mogąc odwrócić wzroku, syknął:
— Kim pan jest?!
— Pan wie, kim jestem, prawda?
Chwila ciszy przeciągała się. Morlok przypominał ducha, którego obaj prawie nie dostrzegaliśmy.
W końcu Moses odparł:
— Tak. Chyba wiem.
Chciałem mu dać czas, żeby to wszystko przetrawił. Dla Mosesa realność podróżowania w czasie — jakiegokolwiek przedmiotu bardziej konkretnego od promienia świetlnego — nadal pozostawała w sferze fantazji! Taka nagła konfrontacja z fizycznym dowodem — a co gorsza, spotkanie z własnym wcieleniem z przyszłości — musiała być olbrzymim wstrząsem.
— Być może powinien pan uważać moją obecność tutaj za nieuniknioną konsekwencję własnych badań — podsunąłem. — Czy takie spotkanie nie jest koniecznością, jeśli pójdzie pan dalej ścieżką eksperymentów, którą pan sobie wytyczył?
— Być może...
Teraz jednak uświadomiłem sobie, że jego reakcja — daleka od lęku połączonego z podziwem, którego mogłem się spodziewać — wydawała się świadczyć o mniejszym szacunku. Wydawało się, że Moses poddaje mnie ponownej ocenie; obejrzał taksująco moją twarz, włosy, ubranie.
Spróbowałem zobaczyć się oczami tego zuchwałego dwudziestosześciolatka. To niedorzeczne, ale poczułem się onieśmielony; zaczesałem ręką włosy do tyłu — nie czesałem ich od roku Pańskiego 657 208 — i wciągnąłem brzuch, który już nie był taki płaski jak kiedyś. Na twarzy Mosesa pozostał jednak wyraz dezaprobaty.
— Niech pan się przyjrzy — powiedziałem z emocją. — Tak będzie pan wyglądał w przyszłości!
Pogładził się po podbródku.
— Nie ćwiczy pan zbyt często, prawda?
Wskazał kciukiem na Morloka.
— A on... Nebogipfel... czy on...?
— Tak — odparłem. — To człowiek z przyszłości, z roku Pańskiego 657 208. Znacznie się różni od obecnych ludzi. Sprowadziłem go w moim wehikule czasu: w wehikule, którego pierwsze, nie dopracowane plany już pan sporządza!
— Kusi mnie, żeby zapytać, jak potoczy się moje życie. Czy odniosę sukces, czy się ożenię, i tak dalej. Podejrzewam jednak, że lepiej dla mnie będzie, jeśli nie będę tego wiedział. — Spojrzał na Nebogipfela. — Ale przyszłość gatunku to całkiem inna sprawa.
— Wierzy mi pan, prawda?
Wziął swój kieliszek, zobaczył, że jest pusty i odstawił go.
— Nie wiem. Każdy może z łatwością wejść do domu i powiedzieć, że jest czyimś odpowiednikiem z przyszłości...
— Ale pan już sam pomyślał o możliwości podróżowania w czasie. I... proszę spojrzeć na moją twarz!
— Przyznaję, że istnieje pewne powierzchowne podobieństwo. Ale istnieje możliwość, że to wszystko jest jakąś psotą, którą spreparowano — być może z jakimś złośliwym zamiarem — aby ukazać mnie jako szarlatana. — Spojrzał na mnie surowym wzrokiem. — Jeżeli pan jest tym, za kogo się podaje — jeśli pan jest mną! — to z pewnością przybył pan tu w jakimś celu.
— Tak. — Usiłowałem opanować złość; usiłowałem pamiętać, że porozumienie z tym trudnym i dość aroganckim młodzieńcem to sprawa najwyższej wagi. — Tak. Mam misję do spełnienia.
Pociągnął się za podbródek.
— To dramatyczne słowa. Dlaczego jednak to ja miałbym odgrywać taką ważną rolę? Jestem naukowcem... a prawdopodobnie nawet nie; jestem partaczem, dyletantem. Nie jestem ani politykiem, ani prorokiem.
Читать дальше