— Niech pan posłucha, męczą mnie już te gierki. Zjawia się pan tu z pańskim... towarzyszem... i ubliża mi z powodu mojego ubrania. I nadal nie znam pańskiego nazwiska.
— Hmm — mruknąłem. — Być może jednak zna je pan.
Zacisnął długie palce wokół kieliszka. Wiedział, że dzieje się coś dziwnego i niezwykłego, tylko co? Bardzo wyraźnie zobaczyłem na jego twarzy mieszaninę podniecenia, niecierpliwości i lekkiego strachu, których tak często doznawałem w obliczu nieznanego.
— Proszę posłuchać — odezwałem się — jestem gotowy powiedzieć panu wszystko, co chce pan wiedzieć, tak jak obiecałem. Ale najpierw...
— Tak?
— Czułbym się zaszczycony, gdybym mógł zobaczyć pańskie laboratorium. I pewien jestem, że Nebogipfela też by to zaciekawiło. Proszę mi coś opowiedzieć o sobie — zaproponowałem. — Równocześnie dowie się pan o mnie.
Siedział przez chwilę, ściskając w ręku kieliszek. A potem szybkim ruchem napełnił ponownie nasze kieliszki, wstał i wziął świecę z gzymsu.
— Chodźcie za mną.
Niosąc świecę wysoko, poprowadził nas zimnym przejściem do laboratorium. Tych kilka sekund utkwiło mi żywo w pamięci: światło świecy rzucające olbrzymie cienie szerokiej czaszki Mosesa i jego marynarka oraz buty pobłyskujące w niepewnym świetle. Za moimi plecami stąpał cicho Morlok i w zamkniętej przestrzeni jego słodkawo-zgniły odór był silny.
W laboratorium Moses obszedł ściany i stoły, zapalając świece i lampy żarowe. Wkrótce zrobiło się tam jasno. Ściany były bielone i pozbawione ozdób — z wyjątkiem kilku notatek Mosesa, które poprzypinano tam w prymitywny sposób — a jedyna biblioteczka zapchana była czasopismami, tekstami norm i tomami tablic matematycznych oraz pomiarów fizycznych. Było tam zimno; będąc w samej koszuli, stwierdziłem, że drżę, i oplotłem się ramionami.
Nebogipfel podreptał do biblioteczki. Przykucnął i przyjrzał się badawczo podniszczonym grzbietom książek. Zastanawiałem się, czy umie czytać po angielsku, gdyż w Sferze nie widziałem śladu książek lub gazet, a napisy na wszechobecnych tam panelach z niebieskiego szkła były dla mnie obce.
— Nie mam specjalnej ochoty przedstawiać mojego życiorysu — odezwał się Moses. — Ani też — dodał ostrzejszym tonem — nie rozumiem jeszcze, dlaczego tak się mną pan interesuje. Chętnie jednak zagram w pańską grę. Przypuśćmy, że przedstawię panu moje najnowsze eksperymentalne odkrycia. Co pan na to?
Uśmiechnąłem się. Jakie to było zgodne z moim — jego — charakterem: poświęcanie całej swojej uwagi bieżącej zagadce!
Podszedł do stołu, na którym stały bezładnie stojaki do retort, lampy, kraty i soczewki.
— Byłbym wdzięczny, gdyby niczego pan tu nie dotykał. To może się wydawać bezładem, ale zapewniam, że jest w tym pewna metoda! Mogę panu powiedzieć, że muszę się piekielnie starać, by nie dopuszczać tu pani Penforth z jej ścierkami oraz szczotkami.
Pani Penforth? Chciałem odruchowo zapytać o panią Watchets, przypomniałem sobie jednak, że pani Penforth była poprzedniczką pani Watchets. Zwolniłem ją jakieś piętnaście lat przed moją wyprawą w czas, po tym, jak ją przyłapałem na podkradaniu przemysłowych diamentów z moich niewielkich zapasów. Pomyślałem odruchowo, żeby ostrzec przed tym Mosesa, ale kradzież nie wyrządziła mi poważniejszej szkody. I — pomyślałem z dziwnie ojcowskim nastawieniem wobec mojego młodszego wcielenia — Moses prawdopodobnie odniesie korzyść z tego, że od czasu do czasu bardziej się zainteresuje sprawami domowymi, a nie zostawi wszystkiego przypadkowi!
— Moją dziedziną jest fizyka optyczna — ciągnął Moses — to znaczy fizyczne właściwości światła, które...
— Wiemy — wtrąciłem łagodnie.
Zmarszczył czoło.
— W porządku. No cóż, ostatnio zaprząta mi głowę dziwna łamigłówka. Chodzi o pewien minerał, którego próbkę zdobyłem przypadkowo przed dwoma laty. — Pokazał mi zwykłą ośmiouncjową fiolkę z podziałką, zatkaną gumowym korkiem. Buteleczka była do połowy wypełniona miałkim, zielonkawym proszkiem, który dziwnie lśnił.
— Czy widzi pan, jak ta substancja słabo prześwieca, jakby żarzyła się od wewnątrz?
I faktycznie materiał świecił, jakby się składał z drobinek szkła.
— Ale gdzie — ciągnął Moses — jest źródło energii tego świecenia? Tak więc rozpocząłem badania — z początku w wolnych chwilach, gdyż mam inne prace na głowie. Zależny jestem od datków i prowizji, które z kolei zależne są od wyników moich badań. Nie mam czasu gonić za chimerami... Ale później — przyznał — ten plattneryt zaczął mi zabierać coraz większą część mojego czasu, gdyż tak właśnie postanowiłem nazwać tę substancję, na cześć tajemniczego jegomościa, który mi ją podarował — Gottfrieda Plattnera.
— Nie jestem chemikiem — mówił dalej. — Nawet w zakresie trzech podstawowych gazów moja praktyczna wiedza chemiczna zawsze była trochę powierzchowna. Mimo to zabrałem się ochoczo do pracy. Kupiłem probówki, butlę gazową i palniki, papierek lakmusowy i całą resztę cuchnącego oprzyrządowania. Wsypałem zielony proszek do probówek, zalałem go wodą i kwasami — siarkowym, azotowym i solnym — ale niczego się nie dowiedziałem. Następnie wysypałem to wszystko na płytkę i potrzymałem nad palnikiem gazowym. — Potarł sobie nos. — Wybuch, który nastąpił, rozbił świetlik i strasznie poharatał jedną ścianę.
Chodziło o południowo-zachodnią ścianę i teraz — nie mogłem się od tego powstrzymać — zerknąłem w tamtym kierunku, ale nie było żadnych śladów, gdyż naprawę przeprowadzono gruntownie. Moses dostrzegł moje spojrzenie z zaciekawieniem, gdyż nie powiedział, która ściana została uszkodzona.
— Po tym niepowodzeniu — kontynuował — nadal nie zbliżyłem się do odkrycia tajemnicy plattnerytu. Jednak potem — ożywił się — zacząłem podchodzić do sprawy trochę bardziej logicznie. Przeświecanie to przecież zjawisko optyczne. Tak więc — rozumowałem — być może kluczem do tajemnicy plattnerytu nie były właściwości chemiczne, lecz optyczne.
Poczułem osobliwe zadowolenie — pewnego rodzaju szacunek dla samego siebie — kiedy usłyszałem to podsumowanie własnych procesów myślowych! I zobaczyłem, że Mosesowi sprawia przyjemność własna narracja: zawsze lubiłem opowiadać dobrą historię, obojętne jakiej publiczności; myślę, że jest we mnie coś z showmana.
— Tak więc odsunąłem na bok sprzęt do szkolnych eksperymentów chemicznych — ciągnął Moses — i rozpocząłem nową serię testów. I bardzo szybko natrafiłem na zaskakujące anomalie: dziwaczne wyniki dotyczące współczynnika załamania plattnerytu — który, o czym być może pan wie, zależy od prędkości światła w danej substancji. I okazało się, że zachowanie promieni świetlnych przechodzących przez plattneryt jest wysoce osobliwe. — Odwrócił się do stołu, na którym przeprowadzał eksperyment. — Proszę spojrzeć, oto najbardziej wyraźna demonstracja optycznych osobliwości plattnerytu, jaką zdołałem wymyślić.
Moses wykorzystał do testu trzy przedmioty ustawione w jednej linii. Znajdowała się tam lampa elektryczna z zakrzywionym lusterkiem i, być może w odległości jarda, biały ekran utrzymywany w pionowej pozycji przez stojak do retorty; między nimi, przytrzymywany przez zaciski do innej retorty, stał arkusz z tektury, który nosił ślady drobnych nacięć. Obok lampy leżały przewody, które ciągnęły się do ogniwa elektromotorycznego pod stołem.
Cały układ był bardzo prosty: zawsze dążyłem do jak najprostszej demonstracji jakiegokolwiek nowego zjawiska, aby bardziej skupić uwagę na samym zjawisku, a nie na ułomnościach wyposażenia wykorzystywanego przy eksperymencie lub — zawsze jest to możliwe — jakimś oszustwie eksperymentatora.
Читать дальше