— Lecz przypuśćmy, że to wszystko prawda, Leo.
— Skoro tak bardzo martwi cię ta możliwość, dlaczego nie spalisz manuskryptu? — spytałem.
Spojrzał na mnie zaszokowany, jakbym namawiał go do zbrodni.
— Nie mógłbym tego zrobić.
— Ochroniłbyś w ten sposób ludzkość przed zapaścią, za którą z góry bierzesz na siebie odpowiedzialność.
— Manuskrypt spoczywa w bezpiecznym miejscu, Leo.
— Gdzie?
— Pod ziemią. Zbudowałem specjalnie w tym celu piwnicę i połączyłem ją dość przemyślnie z reaktorem. Gdyby ktokolwiek próbował wedrzeć się tam przemocą, pręty bezpieczeństwa zostałyby wyciągnięte ze stosu i cały dom wyleciałby w powietrze. Nie muszę niszczyć swego dzieła. Nigdy nie wpadnie w niewłaściwe ręce.
— Przyjmijmy jednak, że wpadło w niepowołane ręce w odległej przyszłości. Bo przecież w czasach Vornana-19 świat powszechnie korzysta z twojego systemu energetycznego. Prawda?
— Sam nie wiem, Leo. To czyste szaleństwo. Czuję, że powoli popadam w obłęd.
— Załóżmy dla potrzeb dyskusji, że Vornan-19 mówi prawdę i w roku 2999 rzeczywiście istnieje taki system uzyskiwania energii. Zgoda? W porządku, ale nie wiemy przecież, czy to ty jesteś jego wynalazcą. Przypuśćmy, że spalisz manuskrypt. Taki czyn zmieniłby bieg historii, i system gospodarczy, przedstawiony przez przybysza, nie zaistniałby w ogóle. Spalenie książki odebrałoby rację jego egzystencji. Tym sposobem upewniłbyś się, że przyszłość została ocalona przed straszliwym losem, jaki dla niej zgotowałeś.
— Nie, Leo. Gdybym nawet spalił notatki, fizycznie wciąż byłbym obecny. Mógłbym odtworzyć równania z pamięci. Niebezpieczeństwo spoczywa w mym mózgu. Niszcząc notatki niczego nie przesądzam.
— Istnieją narkotyki oczyszczające pamięć…
Jack wzruszył ramionami.
— Nie mógłbym im zawierzyć.
Przejął mnie strach. Czułem, jakbym runął w otchłań i wtedy po raz pierwszy ujrzałem rozmiar paranoi, której uległ mój przyjaciel. Zniknął gdzieś pogodny ekstrawertyk z dawnych dni. Jack zadręcza się myślą, że sprytny, aczkolwiek niespecjalnie przekonywujący gracz rzeczywiście reprezentuje odległą przyszłość, którą on sam pomógł ukształtować.
— Czy mógłbym ci w czymś pomóc? — spytałem cicho.
— Owszem, Leo. Jest taka jedna sprawa.
— Mianowicie?
— Postaraj się o osobiste spotkanie z Vornanem-19. Jesteś ważną figurą w świecie nauki. Możesz pociągnąć za odpowiednie sznurki. Porozmawiaj z nim poważnie. Sprawdź, czy jest oszustem, tak jak podejrzewamy.
— Jasne, że jest oszustem.
— Sprawdź to, Leo.
— A jeśli jest tym, za kogo się podaje? Oczy Jacka zapłonęły niespokojnym światłem.
— Wypytaj o jego epokę. O proces przetwarzania energii atomowej — kiedy został wynaleziony, przez kogo. Może odkryją to zjawisko dopiero za pięćset lat, całkowicie niezależnie. Może ja nie będę miał z tym nic wspólnego. Wyciągnij z niego całą prawdę. Muszę wiedzieć.
Cóż mogłem na to rzec?
Miałem powiedzieć: Słuchaj, stary, dostałeś kota? Miałem błagać, aby poddał się leczeniu? Miałem sam stwierdzić u niego paranoję i stracić najlepszego przyjaciela? Lecz z drugiej strony, udział w tym wariactwie napawał mnie odrazą. Załóżmy nawet, że uda mi się dotrzeć do Vornana-19, że uzyskam prywatną audiencję. Nie miałem przecież najmniejszej ochoty ani przez chwilę robić z siebie durnia, okłamując tego szarlatana, że biorę jego idiotyzmy poważnie.
Pozostawało kłamstwo. Mogłem wymyślić jakąś uspokajającą opowiastkę.
Byłoby to jednak niegodne. Ciemne, smutne oczy Jacka błagały o uczciwą pomoc. Postanowiłem go nie zawieść.
— Zrobię, co będę mógł.
Uścisnął mi rękę. Do domu wracaliśmy w milczeniu.
Następnego ranka, gdy pakowałem walizkę, Shirley weszła do pokoju ubrana w obcisły, lśniący zawój, który podkreślał cudowne kształty jej ciała. Ostatnio widywałem ją ciągle nagą i dopiero to skromne okrycie uzmysłowiło mi na nowo urodę Shirley oraz fakt, że moja miłość do niej nie była, mimo wszystko, pozbawiona ładunku pożądania.
— Jak wiele ci opowiedział? — spytała.
— Wszystko.
— O manuskrypcie? O tym, czego się lęka?
— Tak.
— Jesteś w stanie mu pomóc, Leo?
— Nie wiem. Jack chce, abym nawiązał kontakt z tym człowiekiem i rozwiał wszelkie wątpliwości. Nie wszystko musi pójść po jego myśli. Założywszy nawet, że zrealizuję ten cel, to i tak moje wysiłki mogą jedynie zaszkodzić.
— Jack bardzo to wszystko przeżywa. Martwię się o niego. Pozornie wygląda zdrowo i rześko, lecz ta sprawa męczyła go już od lat. Utracił zdolność obiektywnego widzenia.
— Myślałaś, aby sprowadzić lekarza?
— Nie mam dość odwagi — szepnęła. — Boję się nawet o tym głośno wspomnieć. Jack przeżywa moralny kryzys i muszę to zaakceptować. Nie chcę traktować tego stanu jak choroby. Przynajmniej na razie. Może kiedy wrócisz z wiadomością, że ten przybysz to zwykły oszust, Jack otrząśnie się ze swojej obsesji. Postarasz się?
— Zrobię, co będę mógł, Shirley.
Nagle znalazła się w moich ramionach. Głowę położyła mi na ramieniu. Jej piersi, szczelnie obciągnięte materiałem, przylgnęły do mnie, palcami dotykała moich pleców. Trzęsła się i łkała. Przyciągnąłem ją mocno do siebie, aż sam również zacząłem dygotać, choć z innej zgoła przyczyny. Delikatnie rozluźniłem uchwyt łączący nasze ciała. Godzinę później jechałem już wyboistym szlakiem w kierunku Tuscon i nitki transportowej, która miała mnie zawieźć z powrotem do Kalifornii.
Dotarłem do Irvine o zmroku. Przycisnąłem kciuk do tabliczki umocowanej obok drzwi i wszedłem do środka. Po trzytygodniowej przerwie w wietrzeniu, cuchnęło stęchlizną. Widok znajomych stert papierów dodał mi jednak otuchy. Zdążyłem tuż przed deszczem. Chodziłem po pustych pokojach czując, że coś skończyło się definitywnie — było to uczucie podobne temu, jakie ogarnia człowieka w ostatni dzień lata. Znów byłem sam, wakacje minęły, blask arizońskiego słońca ustąpił pola smutnym mgłom kalifornijskiej zimy. Nie ujrzę już Shirley krzątającej się gorączkowo po domu ani Jacka roztaczającego przede mną swe niezrozumiałe teorie. Tym razem jednak powrót do domu niósł z sobą przeżycie znacznie boleśniejsze. Utraciłem bowiem silnego, trzeźwo myślącego przyjaciela z dawnych lat. Nowy Jack był już zupełnie innym człowiekiem. Gnębiony irracjonalnymi koszmarami, u wrót paranoi. Nawet spalona na brąz Shirley nie jawiła mi się już jako bogini. Reagowała na problemy jak normalna, zwykła kobieta, zatroskana sytuacją męża. Jechałem ku nim ze skołatanym sercem, pełen rozterek. Wróciłem wolny od wszelkich wątpliwości, lecz wizyta ta drogo mnie kosztowała.
Rozjaśniłem szyby i spojrzałem na falujący Pacyfik, na czerwonawą wstęgę plaży, na mleczne tumany mgły wirujące w poskręcanych sosenkach, które wyrastały z nieurodzajnej gleby. Odór stęchlizny zniknął gdzieś nagle i poczułem aromatyczny zapach morskiego powietrza, wessanego przez wentylatory. Wsadziłem muzyczną kostkę do odtwarzacza. Za chwilę z tysiąca miniaturowych głośników popłynął Bach. Nalałem trochę koniaku do szklanki. Przez chwilę siedziałem w milczeniu sącząc alkohol i pozwoliłem, by dźwięki spowiły moje ciało szczelnym kokonem. Poczułem dziwną błogość. Rankiem miałem znów rozpocząć beznadziejne badania. Moi przyjaciele cierpieli męczarnie. Światem wstrząsały wyczyny apokaliptystów, a na dodatek przybył jeszcze emisariusz z odległej przyszłości. Ale przecież po świecie zawsze krążą fałszywi prorocy, ludzie ciągle przeżywają tragedie łamiące im serca, a dobro nieustannie zmaga się ze złem i niewiarą. Nic w tym nowego. Nie należy się nad sobą rozczulać. Żyj nowym dniem, pomyślałem, stawiaj czoła wyzwaniom, nie myśl za wiele, rób co do ciebie należy i pokładaj nadzieję w przyszłym życiu, w lepszym świecie. Niezłe. Niechaj wstanie już świt.
Читать дальше