— Shirley pójdzie z nami? — spytałem.
— Nie ma potrzeby. Wystarczy, że ruszymy w dwójkę.
Gdy odchodziliśmy, Shirley leżała na plecach z przymkniętymi oczyma, w południowym blasku, wystawiając swe gibkie ciało na pieszczotę słońca. Uszliśmy z Jackiem dobrą milę rzadko uczęszczaną ścieżyną. Piach wciąż był wilgotny po ulewnym deszczu, a skąpa roślinność wybuchła gwałtowną zielenią.
Jack przystanął w miejscu, gdzie trzy wysokie, połyskujące miką monolity utworzyły coś na kształt naturalnego Stonehenge. Klęknął przed jednym z głazów, by wyrwać kępę szałwii rosnącą obok. Gdy w końcu uporał się z rośliną, odrzucił ją i spytał poważnie:
— Leo, czy kiedykolwiek zastanawiałeś się, dlaczego rzuciłem pracę na uniwersytecie?
— Wiesz przecież, że tak.
— Jak ci wówczas wyjaśniłem tę decyzję?
— Że utknąłeś w martwym punkcie — powiedziałem. — Że znudziła cię praca, że straciłeś wiarę w siebie i w fizykę, że pragniesz uciec wraz z Shirley do swego gniazdka, by pisać i rozmyślać.
Pokiwał głową.
— To było kłamstwo.
— Wiem.
— Ale nie do końca. Rzeczywiście pragnąłem umknąć i żyć poza granicami normalnego świata. Lecz kłamstwem była historia o martwym punkcie. Nic bardziej błędnego. Nie było żadnego martwego punktu i w tym tkwi cały problem. Bóg jeden wie, jak bardzo chciałem trafić ze swymi badaniami w ślepy zaułek. Lecz postrzegałem wszystko wyraźnie, aż do końcowego sukcesu. Odpowiedzi były w zasięgu ręki. Wszystkie odpowiedzi, Leo.
Dziwny skurcz szarpnął moim lewym policzkiem.
— I byłeś w stanie przerwać prace wiedząc, że jesteś tak blisko sukcesu?
— Tak.
Ponownie uklęknął przy wielkim głazie i zaczął i przesiewać piasek przez palce. Nie patrzył na mnie. Wreszcie rzekł:
— Zastanawiam się, czy był to akt moralnego zwycięstwa, czy też przejaw tchórzostwa? Jak myślisz, Leo?
— Sam odpowiedz na to pytanie.
— Wiesz dokąd zmierzały moje badania?
— Sądzę, że pierwszy zdałem sobie z tego sprawę — odparłem. — Lecz postanowiłem milczeć. Zrozumiałem, że sam musisz dokonać wyboru. Ani razu nie dałeś poznać, że dostrzegłeś szersze możliwości zastosowania swych prac. Sprawiałeś wrażenie, jakbyś uważał badania nad siłami wiążącymi atom za czysto teoretyczne rozważania.
— Bo tak było w istocie. Przez pierwsze półtora roku.
— A potem?
— Spotkałem Shirley, pamiętasz? Nie znała się zupełnie na fizyce. Socjologia, historia — to była jej domena. Wyjaśniłem Shirley o co chodzi w moich badaniach. Nie zrozumiała, więc użyłem prostszych terminów, a później jeszcze prostszych. Wyrażenie w słowach tego, co dotąd miało postać paru równań, było dla mnie przydatnym doświadczeniem. Wreszcie oznajmiłem, iż zamierzam zbadać i wyzwolić siły spajające atom. A ona wówczas spytała: „To oznacza, że będziemy mogli rozbijać atomy bez powodowania olbrzymich wybuchów?” „Zgadza się” odparłem. „Bralibyśmy trochę dowolnej materii i wyzwalali z niej energię zdolną zaspokoić potrzeby całej gospodarki”. Shirley spojrzała na mnie zaskoczona i spytała: „To oznaczałoby zagładę naszego systemu ekonomicznego, prawda?”
— Nigdy przedtem nie przyszła ci do głowy podobna konkluzja?
— Nigdy, Leo. Nigdy. Byłem tym wymizerowanym dzieciakiem z M.I.T., pamiętasz? Nie myślałem o wdrażaniu nowych technologii. Shirley wywróciła wszystko do góry nogami. Zacząłem mieć wątpliwości. Zadzwoniłem do biblioteki i zamówiłem kilka opracowań na temat inżynierii, a Shirley przyniosła podręczniki podstaw ekonomii. Wówczas zrozumiałem. Ktoś mógłby wykorzystać moje równania, aby dostarczyć światu nieograniczonych ilości energii. Ja przecież odkryłem drugie E = MC 2. Przeraziłem się. Nie mogłem wziąć na siebie odpowiedzialności za zagładę świata. Niesiony pierwszym impulsem, chciałem biec do ciebie po radę.
— Dlaczego zrezygnowałeś? Jack wzruszył ramionami.
— Bo byłoby najłatwiej zwalić wszystko na ciebie. W każdym razie miałem świadomość, że z pewnością wiesz dokąd prowadzą moje badania. Skoro milczysz, to znaczy, że pragniesz, abym sam rozstrzygnął moralny dylemat. Poprosiłem więc o ten urlop na prace badawcze, trwoniłem czas na zabawie akceleratorem i rozmyślałem o sprawach, które dręczyły moje sumienie. Sam sobie zadawałem pytanie, jak bym postąpił na miejscu Oppenheimera, Fermiego i reszty chłopaków, którzy skonstruowali bombę atomową. Pracowali w czasie wojny, by unicestwić śmiertelnego nieprzyjaciela swego narodu. I nawet w takiej sytuacji mieli wątpliwości. Ja natomiast nie tworzyłem nic, co mogłoby ocalić społeczeństwo ludzkie przed wyraźnym, groźnym niebezpieczeństwem. Ja prowadziłem nikomu niepotrzebne badania, których wyniki po opublikowaniu wstrząsnęłyby strukturą ekonomiczną naszego świata. Byłem wrogiem ludzkości.
— Dzięki szeroko dostępnej przemianie form energii — rzekłem cicho — zniknęłyby głód, pragnienie, wielkie monopole…
— I nastałby także pięćdziesięcioletni okres chaosu, kiedy to nowy ład nabierałby realnych kształtów. Imię Jacka Bryanta stałoby się przekleństwem. Leo, nie potrafiłem podjąć tej decyzji. Nie byłem w stanie wziąć takiej odpowiedzialności na swe barki. Dopiero pod koniec trzeciego roku pobytu na uniwersytecie dokonałem wyboru. Rzuciłem pracę i przyjechałem tutaj. Popełniłem zbrodnię wobec nauki dla uniknięcia większego zła.
— I czujesz się winny?
— Oczywiście, że czuję się winny. Minione dziesięciolecie miało przynieść pokutę za tamtą haniebną ucieczkę. Zastanawiałeś się kiedyś, o czym będzie ta wielka książka, którą piszę?
— Wielokrotnie.
— To swego rodzaju esej autobiograficzny: apologia pro vita sua. Wyjaśniam tam wszystko: nad czym pracowałem, jak zrozumiałem prawdę, dlaczego wstrzymałem badania i co wtedy czułem. Ta książka to swego rodzaju sprawdzian moralnej odpowiedzialności wobec nauki. W specjalnym dodatku przytaczani pełen tekst moich teorii.
— W postaci nieukończonej?
— Tak — odrzekł Jack. — Pełen tekst. Wspominałem przecież, że badania były na ukończeniu. Dopełniłem dzieła przed pięciu laty. Wszystko zostało zawarte w tym manuskrypcie. Dysponując miliardem dolarów oraz doskonale wyposażonym laboratorium, każda korporacja byłaby w stanie przetworzyć moje równania w sprawnie działający agregat wielkości orzecha włoskiego. Po jednorazowym dostarczeniu mu odrobiny zwyczajnego piasku, urządzenie działałoby w nieskończoność.
W tym momencie poczułem, jakby Ziemia zadrżała w swych posadach. Po długiej chwili milczenia spytałem:
— Dlaczego zwlekałeś tak długo z podjęciem tego tematu?
— Wczorajsza relacja przepełniła czarę. Ten rzekomy facet z przyszłości opowiadał o rozproszonej cywilizacji, w której każdy człowiek jest samowystarczalną jednostką, gdyż korzysta z dobrodziejstw całkowitej przemiany energii. To była wizja przyszłości, którą sam ukształtowałem.
— Nie wierzysz chyba…
— Nie wiem, Leo. To przecież bezsens — człowiek przybyły z przyszłości odległej o tysiąc lat. Byłem szczerze przeświadczony, że to świr… póki nie zaczął roztaczać wizji zdecentralizowanego świata.
— Pomysł uwolnienia całej energii zawartej w atomie liczy sobie wiele lat. Ten facet jest sprytny jak cholera. Mógł oprzeć swoją bajeczkę na ogólnikowych przypuszczeniach. Nie oznacza to w żadnym wypadku, że mówi prawdę i że twoje równania wykorzystano w praktyce. Wybacz, Jack, ale wydaje mi się, że trochę przeceniasz własną wyjątkowość. Wydobyłeś pewną myśl ze wzburzonej sadzawki futurystycznych marzeń i sprawiłeś, że stała się rzeczywistością, lecz nikt poza tobą i Shirley o tym nie wie. Nie możesz pozwolić, aby ślepy strzał wpędził cię…
Читать дальше