— Czy będzie ci przeszkadzać, jeśli cię obejmę?
— Ani trochę.
Piszczałka zrobiła szerokie koło, stopniowo zwiększając tempo. Przemknęli koło Gaby, która machała rękami i krzyczała. Gdy Piszczałka zatrzymała się, była z lekka zadyszana.
— Sądzisz, że to się uda? — spytała Cirocco.
— Myślę, że tak. Spróbujmy z podwójnym obciążeniem.
— Chciałabym podłożyć coś pod spód — powiedziała Cirocco. — Co się tyczy Gaby, dlaczego nie mielibyśmy znaleźć kogoś i dla niej?
W ciągu dziesięciu minut Piszczałka znalazła dwie duże poduszki i jeszcze jednego ochotnika. Był płci męskiej, miał lawendowe futro, białą grzywę i ogon.
— Hej, Rocky. Mam bardziej fantazyjnego wierzchowca niż ty.
— To zależy, jak na to patrzeć. Gaby, poznaj… — zaśpiewała jego imię, potem przedstawiła centaurowi przyjaciółkę, a na końcu szepnęła tak, żeby tylko Gaby słyszała: — Nazwij go Fletnia Pana.
— Co jest złego w Leo albo George’u? — zrzędziła Gaby, ale podała mu rękę i lekko wskoczyła na grzbiet.
Ruszyły w drogę. Tytanie śpiewały piosenkę podróżną, a kobiety wtórowały im, jak umiały. Po zakończeniu pierwszej, nauczyły się jeszcze jednej. Później Cirocco zanuciła „Czarodzieja z Oz”, a potem jeszcze dwa inne standardy. Tytanie były zachwycone: nie wiedziały, że również ludzie mają swoje pieśni.
Cirocco była już na tratwie spływającej rzeką Colorado i w łódce z łupiny orzecha na rzece Ophion. Opłynęła biegun południowy i przemierzyła Stany Zjednoczone dwupłatowcem. Podróżowała saniami motorowymi i rowerem, wagonikiem kolejki linowej i pociągiem grawitacyjnym, a raz nawet na grzbiecie wielbłąda. Wszystkie te przeżycia były jednak niczym w porównaniu z podróżą na grzbiecie Tytanu pod nieboskłonem Gai, tego długiego popołudnia stale graniczącego z zachodem. Przed nią wychynęły z ziemi schody do nieba i umknęły w noc.
Odrzuciła głowę do tyłu i zaśpiewała:
— „Długa jest droga do Tipperary, długa droga przed nami…”
Miejsce wiatrów było zbudowane z litej skały i umęczonej ziemi.
Krawędzie, niczym sękate kłykcie, marszczyły brązowy teren, otwierając głębokie szczeliny. Rozkładały się ukośnie i przypominały palce mnące równinę niczym kartkę papieru. Dalej palce łączyły się w zniszczone erozją długie ramię sięgające gdzieś w noc.
W powietrzu panował nieustanny ruch. Nagłe podmuchy ze wszystkich stron podrywały tysiące trąb powietrznych tańczących dziko na drodze.
Wkrótce dobiegło ich potępieńcze wycie. Był to głuchy nieprzyjemny dźwięk, ale nie przypominał brzmiącego smutkiem wielkiego wiatru znad Okeanowa, który nazwali Lamentem Gai.
Piszczałka dała im jakieś wyobrażenie tego, czego mogły się spodziewać. Grzbiety, na które się wspinali, były w istocie żyłami kabla wychodzącymi pod kątem 30 stopni z ziemi i przysypanymi ziemią. Wiatr zrył powierzchnię w głębokie żleby, które biegły w stronę źródła dźwięku.
Zaczęły mijać wsysające otwory w ziemi, niektóre nie szersze niż pół metra, inne tak duże, iż mogłyby pochłonąć Tytanie. Każdy wydawał charakterystyczny gwizd o określonej wysokości. Był to rodzaj nieharmonicznej, dysonansowej muzyki, przypominającej nieco pewne mętne eksperymenty z przełomu stuleci. Dźwięki te rozbrzmiewały na tle równomiernego akompaniamentu przypominającego organy.
Tytanie wybrały drogę wzdłuż ostatniego, długiego grzbietu. Teren był twardy i skalisty, dawno już chyba oczyszczony z luźnego rumoszu skalnego, a sama grań była wąska. Po jej obu stronach otwierały się szerokie i głębokie przepaście. Cirocco miała nadzieję, że „wierzchowce” będą wiedziały’, gdzie się zatrzymać. Już tutaj wiatr był tak silny, że wyciskał łzy z oczu.
— To właśnie jest miejsce wiatrów — zaśpiewała Piszczałka. — Nie ośmielamy się zbliżyć bardziej, bo wiatr jest tak potężny, że mógłby nas zmieść. Jednak jeżeli zejdziecie w dół zbocza, będziecie mogły zobaczyć Wielkiego Wyjca. Chcecie, żebyśmy was tam podwiozły?
— Dziękuję, pójdę pieszo — powiedziała Cirocco i zeskoczyła na ziemię.
— Pokażę drogę. — Piszczałka ruszyła w dół stoku, stawiając krótkie, drobiące kroczki i chwiejąc się trochę, ale najwidoczniej bez specjalnego trudu.
Tytanie podeszły do pionowego uskoku i ruszyły wzdłuż niego na wschód. Kiedy Cirocco i Gaby podeszły tam, poczuły, że i wiatr i hałas wzmagają się.
— Jeżeli miałoby być znacznie gorzej niż teraz — krzyknęła Cirocco — to myślę, że lepiej będzie, jeśli zrezygnujemy!
— Zgadzam się.
Kiedy jednak podeszły do miejsca, w którym Tytanie się zatrzymały, stwierdziły, że i tak nie ma po co dalej iść.
Ujrzały siedem otworów ssących, każdy na końcu długiego stromego wąwozu. Sześć z nich miało średnicę od pięćdziesięciu do dwustu metrów. Wielki Wyjec mógł bez trudu połknąć ich wszystkich.
Cirocco przypuszczała, że podstawę otworu od szczytu dzieliło około kilometra, a w najszerszym miejscu mógł on mieć jakieś pięćset metrów. Owalny kształt był wzmocniony przez ustawienie go pomiędzy dwoma włóknami kabla, które wychodząc z brunatnej ziemi tworzyły ostrą literę V. Tam, gdzie się stykały, ziała gardziel z nagiej skały.
Brzegi otworu były tak gładkie, że połyskiwały w słońcu niczym pokrzywione lustra. Zostały wypolerowane trwającym wiele tysięcy lat działaniem wiatru i lotnego piasku. Żyły jaśniejszego minerału na ciemnym tle skały przydawały jej perłowego blasku.
Piszczałka nachyliła się i zaśpiewała coś do ucha Cirocco.
— Widzę, dlaczego — odkrzyknęła Cirocco.
— Co powiedziała? — Chciała dowiedzieć się Gaby.
— Powiedziała, że nazywają to miejsce przednim kroczem Gai.
— Rozumiem. Znajdujemy się na jednej z nóg.
— O to właśnie chodzi.
Cirocco dotknęła grzbietu Piszczałki i wskazała do tyłu na szczyt grzbietu. Była ciekawa, co Tytanie sądzą o tym miejscu. Czują lęk? Mało prawdopodobne. Leżało zaraz za miastem. Czyż Szwajcarzy bali się gór?
Dobrze byłoby wrócić w jakieś spokojniejsze miejsce. Stała obok Piszczałki i uważnie badała otaczający krajobraz.
Jeżeli podstawa kabla rzeczywiście przypominała gigantyczną rękę, wówczas można było powiedzieć, że zawędrowali do drugiego kłykcia jednego z palców. Wyjec znajdował się w dole, na platformie łączącej oba palce.
— Czy jest jakaś inna droga w górę? — zaśpiewała Cirocco. — Taka droga, po której można by się dostać na tamtą szeroką równinę bez obawy, że wessie nas Gaja?
Fletnia Pana, który był trochę starszy od Piszczałki, skinął głową.
— Tak, jest wiele takich dróg. Ta wielka matka dziur jest największa. Każdy z pozostałych grzbietów pozwoli nam dotrzeć na płaskowyż.
— A więc dlaczego zaprowadziłyście nas właśnie tutaj?
Piszczałka wyglądała na zdziwioną.
— Powiedziałaś, że chcesz zobaczyć miejsce wiatrów, a nie wspinać się na spotkanie Gai.
— Rzeczywiście, to moja wina — przyznała. — Ale jaka jest najlepsza droga na samą górę?
— Na samą górę? — zaśpiewała Piszczałka szeroko otwierając oczy. — Ja tylko żartowałam. Przecież na pewno nie chcecie tam iść?
— Mam zamiar spróbować.
Piszczałka pokazała najbliższy grzbiet na południu. Cirocco zbadała teren za przepaścią. Nie wyglądał na trudniejszy niż ten, po którym się właśnie wspinali. Tytaniorh wspinaczka zajęła półtorej godziny, a więc one powinny przebyć tę odległość pieszo przez sześć do ośmiu godzin. Jeszcze sześć godzin stromego terenu do płaskowyżu, a potem…
Читать дальше