W tym ważnym momencie wszedł radiooficer „Rirgi”, by wręczyć kapitanowi jakąś depeszę. Jego przepraszające zachowanie i szybkie odejście wskazywały, że nie była to dobra wiadomość. Radiooficer już zamykał drzwi, gdy wściekły ryk zmusił go do powrotu.
Dallman groźnie uderzał grzbietami palców w depeszę.
— Ten rozkaz przysłał gubernator sektora.
— Tak jest, panie kapitanie.
— Statków naszej floty nie obowiązują rozkazy biurokratów, polityków czy pracowników zakładu oczyszczania kosmodromów. Niech pan uprzejmie zawiadomi jego wysokość gubernatora, że istnieje coś, co się nazywa Sztab Floty, który wciąż trwa w złudnym może przeświadczeniu, iż ma pełnię władzy nad własnymi statkami. Wykonuję teraz zadanie trzeciego stopnia i fakt, że mój kurs wiedzie przez jego tak zwane terytorium, nie daje gubernatorowi prawa do dysponowania moim statkiem.
Radiooficer pogrzebał w kieszeni i wyjął dyktafon.
— Gdyby pan zechciał podyktować…
— Powiedziałem już, co ma pan przekazać. Jest pan radiooficerem i zna pan swoje obowiązki. Z pewnością zna pan swój język na tyle, by dać uprzejmie do zrozumienia temu człowiekowi, że rozkazy dla Floty Kosmicznej muszą przechodzić kanałami służbowymi. Wykonać! I proszę powiedzieć komandorowi Protzowi, że chcę się z nim widzieć.
— Rozkaz!
Radiooficer nerwowo opuścił kabinę. W chwilę potem bez pośpiechu wszedł komandor Protz, wyszczerzył zęby w uśmiechu na widok nie wróżącej nic dobrego, nachmurzonej twarzy Dallmana i spokojnie usiadł.
— Jak długo jeszcze będziemy w tym sektorze? — spytał go Dallman. Protz zastanawiał się przez chwilę.
— Około czterdziestu ośmiu godzin. Dallman ze złością cisnął depeszę.
— O dwadzieścia cztery godziny za długo.
— Jakaś kolonia ma kłopoty?
— Jeszcze gorzej. Gubernatorowi sektora zginęły cztery statki badawcze.
Protz wyprostował się, uśmiech zniknął z jego twarzy.
— A to dopiero kosmiczny numer! Cztery!? Niech pan posłucha, kapitanie. Ja mam urlop za dwa-trzy lata i bardzo mi przykro, ale nie będę mógł panu w tym pomóc. Nie zrezygnowałbym z urlopu, nawet gdyby sam Kanclerz stracił cztery statki.
— Ten idiota gubernator nie tylko traci te cztery statki za jednym zamachem — ciągnął Dallman — ale jeszcze ma czelność rozkazywać mi, żebym rozpoczął poszukiwania. Uważa pan, rozkazywać! Właśnie go informuję, że we Flocie Kosmicznej istnieje droga służbowa, ale i tak będzie miał dość czasu, by skontaktować się ze sztabem, który zdąży przysłać nam rozkaz. A ponieważ „Rirga” odbywa lot patrolowy, ci w sztabie chętnie oddadzą mu przysługę.
Protz sięgnął po depeszę i podniósł ją. Zanim doczytał do końca, uśmiech powrócił mu na twarz.
— Mogło być gorzej. Po prostu możemy je odnaleźć w jednym i tym samym miejscu. Zaginął W-439. Co oznacza to W?
— Chyba statek prywatny. Pozostałe należą do służby badawczej sektora.
— Niewątpliwie. Okazało się, że zaginął W-439, więc wysłali 1123, żeby go odnalazł. Potem, za W-439 i 1123 wysłali 519, a następnie 1468, by szukał tamtych. Jaka szkoda, że już tu jesteśmy. Teraz nigdy się nie dowiemy, ile jeszcze statków zaginęłoby gubernatorowi, nim by się domyślił, że nie tędy droga.
Dallman przytakująco skinął głową
— Prawda, że dziwne?
— Możemy wykluczyć uszkodzenie mechaniczne. Te statki badawcze są niezawodne, a poza tym, wszystkie cztery nie mogły nawalić równocześnie.
— Słusznie. Ale co najwyżej na jedną piątą planet w tym sektorze wysyłano kiedykolwiek sondy kosmiczne, a dokładnie zbadano prawdopodobnie mniej niż jedną dziesiątą. Niezbadane światy stwarzają czasami dziwne kłopoty. Wszystko wskazuje, że całą czwórkę znajdziemy na jednej planecie i że to, co unieruchomiło pierwszy statek, zatrzymało pozostałe. Niech pan zejdzie do kabiny nawigacyjnej i przygotuje plan poszukiwań. Może nam się poszczęści.
Dwadzieścia cztery godziny później, Sztab Floty przysłał oficjalny rozkaz i „Rirga” zmieniła kurs. Protz krążył po sterowni i wesoło pogwizdywał, zręcznie przeliczając dane na suwaku logarytmicznym. Technicy ledwie nadążali ze sprawdzaniem jego obliczeń na komputerach.
W końcu obliczył komplet współrzędnych, sceptycznie przyjętych przez Dallmana.
— Prosiłem o dane obszaru poszukiwań, a nie układu gwiezdnego.
— Założę się, że ich tam znajdziemy — powiedział Protz. Podszedł do mapy.
— Według ostatniego meldunku, W-439 znajdował się tutaj, na tym kursie. Oczywiście zmierzał w tym kierunku, a tam pewnie jest tylko jedna nadająca się do zamieszkania planeta. Uwiniemy się z tym w ciągu paru dni.
Dallman złowieszczo pokiwał głową.
— A kiedy z tym skończymy, jeśli w ogóle nam się uda, już ja zadbam o to, żeby służba badawcza sektora gruntownie zmieniła swe metody. Jeśli pańskie przypuszczenia są słuszne, cztery statki pod rząd wylądowały na niezbadanej planecie i żaden z nich nie pofatygował się, żeby zawiadomić centralę, gdzie jest i co robi. Gdyby flota tak funkcjonowała… Obrócił się do Protza.
— Pan chyba postradał zmysły! Kilka dni na odnalezienie czterech statków! Tak długo jest pan w Kosmosie i już pan zapomniał, ile jest miejsca na planecie.
Protz ubawiony wzruszył ramionami.
— Sam pan powiedział, że może nam się poszczęścić.
I poszczęściło się. Znaleźli jedną, nadającą się do zamieszkania planetę, która miała tylko jeden długi, wąski, podzwrotnikowy kontynent. Już okrążając ją po raz pierwszy, zauważyli cztery błyszczące statki badawcze, zaparkowane rzędem na łące blisko morza.
Dallman przestudiował dane z obserwacji, rzucił okiem na zdjęcia i wybuchnął:
— Nim wrócimy na kurs, będziemy mieli miesiąc spóźnienia, a ci durnie po prostu zrobili sobie przerwę na wędkowanie!
— Musimy wylądować — rzekł Protz — nie mamy pewności.
— Pewnie, że wylądujemy, ale zgodnie ze wszystkimi przepisami o lądowaniu na niezbadanych planetach. W każdej fazie będziemy informować sztab o tym co robimy, tak na wszelki wypadek, gdyby trzeba było nas ratować. To samo, co ich zatrzymało, może zatrzymać nas. Trzeba, do cholery, mieć jakieś usprawiedliwienie.
— Słusznie — zgodził się Protz — lądujemy, ale przepisowo.
Dallman w dalszym ciągu przeglądał zdjęcia.
— Niech pan dobrze przypatrzy się temu — rzekł z uśmiechem. — Jak już z tym skończymy i jak kopnę w tyłek tych badaczy, pójdę na ryby.
Protz rozpoczął procedurę „Lądowanie na niezbadanych planetach”, ale nim dotarł do połowy spisu wymaganych obserwacji wzrokowych i badań instrumentalnych, sztab rozkazał im lądować natychmiast.
Protz przeczytał rozkaz z niedowierzaniem.
— Któż tam mógł być na tym prywatnym statku? Szwagier kongresmena Federacji?
— Co najmniej — powiedział Dallman.
— Będzie pan żądał zmiany rozkazu? Dallman przecząco pokręcił głową.
— I tak bym przegrał, a poza tym co by to było, gdyby w tym czasie coś im się stało? Z pewnością jest tam ktoś dostatecznie ważny, by ryzykować utratę krążownika. „Rirga” łagodnie osiadła na brzegu morza w odległości tysiąca metrów od statków badawczych. Po dokonaniu niezbędnych pomiarów bezpieczeństwa skrupulatnie przeszukał teren lądowania i Protz poprowadził patrol w kierunku statków, by zbadać je pod osłoną czujnych artylerzystów „Rirgi”.
Dallman czekał na jego powrót u szczytu trapu.
— Nie ma śladu żadnych uszkodzeń — rzekł Protz. — Wygląda to, jakby załogi zaparkowały statki i po prostu odeszły sobie.
Читать дальше