— Reszty? — wykrztusił. — Reszty kolonistów?
— Nie domyśliłeś się jeszcze? Ja nie zamierzam z wami wracać, Dinty. I chyba Roger też nie. Zamierzamy zostać Marsjanami!
A tymczasem w Owalnym Gabinecie w Białym Domu prezydent Stanów Zjednoczonych spotykał się z Vernem Scanyonem i młodym, ciemnoskórym człowiekiem w ciemnych okularach, zbudowanym jak futbolista.
— A więc to pan — rzekł taksując go spojrzeniem prezydent. — Pan myśli, że my nie potrafimy przeprowadzić analizy komputerowej?
— Nie, panie prezydencie — ze spokojem odparł młody człowiek. — Myślę, że tu nie o to chodzi.
Scanyon odkaszlnął.
— Obecny tu Byrne — rzekł — pisze pracę doktorską w Instytucie Techniki Stanu Massachusetts. Jej tematem jest teoria statystycznej metody reprezentacyjnej i udostępniliśmy mu część… ee… skatalogowanego materiału. Zwłaszcza badania opinii publicznej dotyczące stosunku do programu.
— Ale nie komputer — zauważył Byrne.
— Nie wielki komputer — skorygował Scanyon. — Miałeś swój własny minikomputer.
— Dalej, Scanyon, do rzeczy — powiedział oględnie prezydent.
— No więc jego wyniki okazały się inne. Według jego interpretacji opinia publiczna miała do całej sprawy kolonizacji Marsa stosunek, no, obojętny. Pamięta pan, panie prezydencie, że w swoim czasie zaistniała kontrowersja co do tych wyników? Wstępne rezultaty wcale nie przedstawiały się zachęcająco. Dopiero jak przepuściliśmy je przez analizy komputerowe, okazały się pozytywne do — jak to się mówi? — do kwadratu. Nigdy nie rozumiałem dlaczego.
— Sprawdziłeś to?
— Oczywiście, panie prezydencie! Nie ja sam — prędko dodał Scanyon. — To nie należało do moich obowiązków. Ale nie mam wątpliwości, że badania zostały zweryfikowane.
Tu wtrącił się Byrne.
— Trzykrotnie, w trzech różnych programach. Były w nich, oczywiście, drobne różnice. Ale wszystko wyglądało rzetelnie i prawdziwie. Tylko że kiedy powtórzyłem je na swoim maluchu, przestało tak wyglądać. I tak to właśnie jest, panie prezydencie. Jeśli przetworzymy dane na którymś z wielkich komputerów w sieci, otrzymamy jeden wynik. Jeśli przetworzymy je na małym, odizolowanym urządzeniu, otrzymujemy co innego.
Prezydent zabębnił palcami w blat biurka.
— Pańskie wnioski?
Byrne wzruszył ramionami. Miał dwadzieścia trzy lata i to otoczenie go onieśmielało. Poszukał spojrzeniem pomocy ze strony Scanyona, ale żadnej pomocy się nie doczekał.
— Będzie pan musiał zapytać o to akurat kogoś innego, panie prezydencie — powiedział. — Ja mogę jedynie podzielić się z panem moimi prywatnymi przypuszczeniami. Ktoś nam rozpieprza naszą sieć komputerową.
Prezydent w zadumie pocierał koniuszek nosa, z wolna kiwając głowa. Przez chwilę spoglądał na Byrne’a, po czym nie podnosząc głosu powiedział:
— Chodź tu do nas, Carousso. Panie Byrne, wszystko, co pan widzi i słyszy w tym pokoju, jest ściśle tajne. Po naszym rozstaniu pan Carousso dopilnuje, żeby pan został poinformowany szczegółowo, co to znaczy dla pańskiej osoby. Z grubsza ma pan o tym nie mówić. Nikomu. Nigdy.
Drzwi poczekalni prezydenckiej otworzyły się i wszedł wysoki, masywny mężczyzna o nie rzucającej się w oczy powierzchowności. Byrne wlepił w niego oniemiałe spojrzenie: Charles Carousso, szef CIA!
— I co z tym, Chuck? — zapytał prezydent. — Co z nim?
— Sprawdziliśmy pana Byrne’a, oczywiście — rzekł człowiek Agencji. Jego sformułowania były precyzyjnie i pozbawione wszelkiej modulacji.
— Nie ma przeciwko niemu nic istotnego, przypuszczam, że miło panu dowiedzieć się o tym, panie Byrne. I to, co mówi, sprawdza się. Nie tylko w badaniach opinii publicznej. Prognozy ryzyka wojny, analizy efektywności nakładów opracowane w sieci dają jeden wynik, opracowane na niezależnych maszynach liczących — inny. Zgadzam się z panem Byrne. Nasza sieć komputerowa została rozregulowana.
Prezydent zasznurował usta, jak gdyby powstrzymując to, co się na nie cisnęło. To, co pozwolił sobie powiedzieć, brzmiało:
— Chcę, abyś zbadał, jak do tego doszło, Chuck. Ale powstaje teraz pytanie: kto? Azjaci?
— Nie, sir! Zbadaliśmy to. Rzecz jest niemożliwa.
— Gówno niemożliwa! — ryknął prezydent. — Wiemy, że już raz podłączyli się do naszych linii, przy symulacji Rogera.
— Panie prezydencie, to zupełnie inna sprawa. Tamten przeciek został przez nas wykryty i zlikwidowany. Nastąpił w naziemnym kablu telekomunikacyjnym nietajnych łączy. Kanały telekomunikacyjne naszych głównych komputerów są absolutnie szczelne. — Zerknął na Byrne’a. — Ma pan raport o stosowanych tu metodach, panie prezydencie, i z przyjemnością przejrzę go z panem przy innej okazji.
— Och, proszę się mną nie krępować — powiedział Byrne, po raz pierwszy z uśmiechem. — Wszyscy wiedzą, że łącza są szyfrowane przez wielokrotne mieszanie sygnałów. Skoro mnie sprawdzano, to na pewno odkryto, że wielu z nas, doktorantów, zabawia się szukaniem klucza i że nikomu się to nie udało.
Szef Agencji kiwnął głową.
— Prawdę mówiąc, panie prezydencie, tolerujemy te zabawy, są dobrą próbą ogniową naszego zabezpieczenia. Skoro tacy ludzie jak pan Byrne nie potrafią wykombinować sposobu na obejście blokad, nie wierzę, żeby potrafili to Azjaci. A te blokady są szczelne. Muszą być. One kontrolują obwody wiodące do Komputera Wojennego w Butte, do Urzędu Statystycznego, do UNESCO…
— Chwileczkę! — warknął prezydent. — Mam rozumieć, że nasze urządzenia łączą się i z komputerem UNESCO, używanym przez Azjatów, i z Komputerem Wojennym?
— Nie ma absolutnie żadnej możliwości przecieku.
— Przeciek jest, Carousso!
— Nie do Azjatów, panie prezydencie.
— Dopiero co skończyłeś mi opowiadać, jak to jeden kabel biegnie z naszego urządzenia do Komputera Wojennego, a drugi leci prosto do Azjatów, tranzytem przez UNESCO!
— Mimo to, panie prezydencie, daję głowę, że to nie Azjaci. Czy NLA fałszowałaby wyniki w celu skłonienia nas do kolonizacji Marsa?
Prezydent rozejrzał się po pokoju, bębniąc palcami. W końcu westchnął.
— Chętnie poddam się twojej logice, Chuck. Lecz jeśli to nie Azjaci wykręcili numer z naszymi komputerami, to kto?
Szef Agencji milczał markotnie.
— I — burknął Dash — na litość boską, poco ?
Siedemnaście
Jeden dzień w życiu Marsjanina
Roger nie widział łagodnego deszczu energii mikrofalowej padającego z Deimosa, lecz odczuwał ją jako błogie ciepło. Ilekroć przebywał w pobliżu, pławiły się w niej jego skrzydła, nasiąkając mocą jak gąbki. Poza wiązką energii nosił jej zapas przy sobie w akumulatorach. Nie miał już żadnego powodu oszczędzać swej energii. Lało się jej z nieba dowolnie dużo za każdym razem, jak tylko Deimos wznosił się nad horyzontem. W ciągu doby jedynie przez parę godzin nie było ani słońca, ani dalszego z księżyców na niebie, a pojemność jego akumulatorów po wielekroć wystarczała na te krótkie okresy posuchy.
Anteny z metalowej folii wykradały, oczywiście, energie spod kopuł, nim zdążyła do niego dotrzeć, toteż ograniczał swój pobyt w towarzystwie Brada i Kaymana. Nie przeszkadzało mu to. A nawet był zadowolony. Z każdym dniem powiększała się przepaść między nimi, tak czy owak. Oni wracali na swoją planetę. Roger zostawał na swojej. Jeszcze im tego nie powiedział, ale podjął już decyzję. Ziemia zaczynała mu się jawić jako dość przyjemne i interesujące, ale obce miejsce, które kiedyś odwiedził i nie za bardzo polubił. Cierpienia i niebezpieczeństwa ziemskiej ludzkości też były mu obce. Nawet jeśli były to jego własne przeżywane kiedyś cierpienia i jego własne lęki.
Читать дальше