Pod Pueblo w Kolorado prezydent Stanów Zjednoczonych został wyrwany ze swej poobiedniej drzemki. Siedział na krawędzi łóżka z niesmakiem sącząc czarną kawę, kiedy wmaszerował oficer łącznikowy Ministerstwa Obrony z meldunkiem o sytuacji i wiadomością, że ogłoszono stan gotowości bojowej zgodnie z ustalonymi posunięciami dawno już zaprogramowanymi w Sieci Dowództwa Obrony Ameryki Północnej. Miał już meldunki z satelitów oraz raport z miejsca wypadku od wojskowego przedstawicielstwa w Fitzroy Crossing: wiedział o pojawieniu się okrętu podwodnego „Wschód Jest Czerwony”, ale jeszcze nie wiedział, że atak lotniczy został odwołany. Podsumowując te informacje oznajmił prezydentowi:
— Teraz tylko albo strzelać, albo nie, sir. DOAP jest za odpaleniem z pięćdziesięciominutową opcją na przerwanie zadania.
— Niedobrze mi — burknął prezydent. — Co oni wczoraj włożyli do tej cholernej zupy?
W tym akurat momencie Dash nie miał głowy do myślenia o Chinach: dopiero co śniła mu się poufna ankieta, która wykazała spadek jego popularności do siedemnastu procent, włączając w to zarówno oceny „doskonałe”, jak i „zadowalające”, przy sześćdziesięciu jeden procentach określających jego rządy jako „słabe” lub „wysoce niezadowalające”. To nie był sen. Poranna odprawa polityczna tego właśnie dotyczyła. Odsunął od siebie filiżankę z kawą i ponuro zadumał się nad decyzją, której podjęcia żądano teraz od niego — od niego jedynego na całym świecie. Wystrzelić pociski na główne miasta Nowej Ludowej Azji — byłaby to teoretycznie decyzja odwracalna: można przerwać ich lot w każdej chwili przed wejściem w atmosferę, rozbroić zapalniki, pozwolić im spaść nieszkodliwie do morza. W praktyce jednak stacje NLA wykryją start rakiet i kto wie, co zrobią te zwariowane chińskie sukinsyny? W brzuchu czuł coś takiego, jakby lada chwila miał powić bliźnięta, i wszystko wskazywało, że się porzyga. Jego pierwszy sekretarz powiedział z naganą:
— Doktor Stassen radził panu przecież nie jeść już więcej kapusty, sir. Chyba powinniśmy pouczyć kuchmistrza, żeby już więcej nie gotował kapuśniaku.
— Nie chcę teraz kazań. No dobrze, posłuchaj. Stać w obecnej gotowości bojowej i czekać moich dalszych rozkazów. Żadnego odpalania. Żadnego odwetu. Zrozumiano?
— Tak jest, sir. — rzekł urzędnik Departamentu Obrony z żalem. — Sir? Mam kilka konkretnych zapytań, od DOAP, od programu Człowiek Plus, od admirała głównodowodzącego Strefy Południowo-Zachodniej Pacyfiku…
— Słyszałeś, co powiedziałem! Żadnego odwetu. Wszystko inne — w ruch.
Jego pierwszy, sekretarz rozjaśnił tę kwestię za niego.
— Nasze oficjalne stanowisko: — rzekł — ten incydent w Australii jest sprawą wewnętrzną i nie dotyczy Stanów Zjednoczonych. Nasza płaszczyzna działania nie ulega zmianie. Utrzymujemy w ruchu wszystkie systemy, lecz nie podejmujemy żadnego działania. Czy dobrze to ująłem, panie prezydencie?
— Tak — rzekł Dash ochryple. — A teraz radźcie sobie beze mnie przez dziesięć minut. Muszę iść do klozetu.
Brad nawet i pomyślał, żeby zadzwonić i dowiedzieć się, jak idzie operacja oko za oko, lecz prysznic z dziewczyną sprawiał mu prawdziwą przyjemność, te wszystkie figle podczas wzajemnego namydlania się, zaś arsenał łazienki w Chero-Strip obejmował kulki olejku kąpielowego, bąbelki piany i cudownie puszyste ręczniki. Zrobiła się trzecia, nim zdecydował się pomyśleć o powrocie do pracy. A wówczas było już dużo za późno.
Weidner starał się uzyskać zgodę na przełożenie testów u dyrektora, który nie chciał tego zrobić na własną odpowiedzialność, spychając sprawę na Waszyngton, gdzie zapytano sekretariat prezydenta i otrzymano odpowiedź: „Nie, nie możecie, wykluczone, powtarzam: nie możecie przekładać tych ani żadnych innych testów”.
Udzielającym tej odpowiedzi człowiekiem był pierwszy sekretarz prezydenta, który mówił to oglądając projekcję „ryzyka wojny” na ścianie najprywatniejszego gabinetu prezydenta. Nawet kiedy to mówił, szeroka, czarna wstęga pięła się coraz stromiej ku czerwonej linii.
Zabrali się więc do tego testu — Weidner z zaciśniętymi ustami i marsem na czole. Szło im całkiem dobrze dopóty, dopóki nie zaczęło iść naprawdę bardzo źle. Roger Torraway przebywał myślami gdzieś daleko, kiedy usłyszał, że przyzywa go „cyborg. Przekroczył śluzę i w wysokościowym skafandrze kompensacyjnym oraz masce tlenowej stanął na czerwieniejących piaskach.
— O co chodzi, Willy? — zapytał.
Wielkie rubinowe oczy zwróciły się ku niemu.
— Ja… Ja cię nie widzę, Roger! — zapiszczał cyborg. — Ja… ja…
Runął i zgasł. Tak nagle i po prostu. Zanim Roger zrobił choć krok w jego stronę, poczuł, jak wali weń potężny, huczący młot powietrzny i potykając się poleciał na rozciągnięty poczwarny kształt.
Z warunków atmosferycznych panujących na wysokości dwóch tysięcy pięciuset metrów Don Kayman wpadł rozpaczliwym biegiem do normalnej komory marsjańskiej. Nie czekał na śluzowanie. Jedne i drugie drzwi zostawił otwarte. Nie był już naukowcem. Przy powykręcanej powłoce tego, co było Willym Hartnettem, ukląkł kapłan.
Roger patrzył szeroko rozwartymi oczami, jak Don Kayman dotyka rubinowych oczu, czyni znak krzyża na syntetycznym ciele, szepcze coś, czego Roger nie słyszy. Nie chce usłyszeć. Ale wie, co się dzieje. Na jego oczach pierwszy kandydat na cyborga otrzymuje w tej chwili ostatnie namaszczenie. Pierwszym rezerwowym był Vic Freibert, zdjęty z listy na rozkaz prezydenta. Kandydatem numer dwa był Carl Mazzini, wykluczony z powodu złamanej nogi. Trzecim kandydatem i nowym Championem jest on.
Sześć
Śmiertelnik w śmiertelnej trwodze
Niełatwo istocie ludzkiej z krwi i ciała pogodzić się ze świadomością, że część tego ciała zedrą z niej i zastąpią stalą, miedzią, srebrem, plastikiem, aluminium i szkłem. Widziałyśmy, że Torraway zachowuje się irracjonalnie. Z wielkim pośpiechem szedł korytarzem, jak gdyby miał najbardziej naglącą sprawę. Nie miał żadnej sprawy, poza tym, żeby dać stąd nogę. Korytarz wydawał mu się pułapką. Czuł, że nie zniósłby tego, gdyby ktokolwiek podszedł doń i użalił się nad Willym Hartnettem albo potwierdził nową sytuację samego Torrawaya. Mijając męską toaletę przystanął, rozejrzał się — nikt na niego nie zwracał uwagi — i wszedłszy do środka stanął przy pisuarze, gapiąc się niewidzącymi oczami na połyskliwe chromy. Kiedy ktoś pchnął drzwi, Torraway odstawił cały cyrk z zaciąganiem rozporka i spuszczaniem wody, ale był to jedynie chłopak z hali maszyn, który spojrzał na niego bez zainteresowania i skierował się do kabiny.
Przed drzwiami męskiej toalety złapał go zastępca dyrektora.
— Cholernie parszywa historia — rzekł. — Wiesz chyba, że jesteś…
— Wiem — rzekł Torraway, zadowolony z opanowania w swoim głosie.
— Trzeba będzie szybko dojść, co się stało. Zbieramy się u mnie w gabinecie za dziewięćdziesiąt minut. Dostaniemy wstępne wyniki autopsji. Chcę, żebyś tam był.
Roger skinął głową, spojrzał na zegarek i zgrabnie odmaszerował. „Pomyślał, że najważniejsze to nie stać w miejscu, udawać tak zajętego, żeby mu nie przeszkadzano. Niestety nie przychodziło mu na myśl nic takiego, co mógłby robić czy chociażby udawać, że robi, aby opędzić się od rozmów. Nie — uświadomił sobie — nie rozmów. Od myśli chciał się opędzić, od myślenia o sobie. Nie bał się. Nie klął losu. Po prostu nie był przygotowany, by spojrzeć na osobiste dla niego konsekwencje śmierci Willy’ego Hartnetta, nie w tej chwili…
Читать дальше