Gwar ucichł. W sali zrobiło się jak w grobie. Wreszcie ktoś zapytał:
— Jaka jest skala czasu?
— Dane sięgają trzydzieści pięć lat wstecz — rzekł zastępca dyrektora.
Napięcie nieco zelżało. Biała przerwa na górze musiała oznaczać co najmniej parę miesięcy, nie minut. Wtem odezwała się Katarzyna Doughty:
— Czy gdzieś na tym widać, z kim czeka nas ta wojna?
Zastępca dyrektora zawahał się, po czym odpowiedział ostrożnie:
— Nie, tego nie ma na wykresie, lecz mniemam, że każdy z nas może sobie to dośpiewać. Chętnie podzielę się tu swoimi domysłami. Jeśli czytacie gazety, wiecie, że Chiny prawią bajki o zwiększonej produkcji żywności, jaką mogłyby dać światu stosując techniki uprawy z prowincji Sinkiang w australijskim interiorze. Cóż, bez względu na to, na co ta banda quislingów w Canberze skłonna jest wyrazić zgodę, jestem święcie przekonany, że nasz rząd nie wpuści Żółtków. W każdym razie jeśli chce utrzymać mój głos do następnych wyborów.
— To tylko moja prywatna opinia — dodał po chwili — do waszej prywatnej wiadomości; proszę tego nie protokołować. Nie znam żadnego oficjalnego stanowiska, a nawet gdybym znał, to i tak bym nie powiedział. Wszystko, co wiem, już wiecie i wy. Tendencja nie wygląda zbyt różowo. Obecnie wykazuje aż za szybko rosnące prawdopodobieństwo eskalacji konfliktu nuklearnego. Ekstrapolacja krzywej daje prawdopodobieństwo dziewięć dziesiątych w niecałe siedem lat. Co oznacza — dodał — że jeśli do tego czasu nie będziemy mieli zdatnej do przeżycia kolonii marsjańskiej, możemy nie dożyć tego, żeby ją w ogóle mieć.
Inż. elektryk, dr med., dr ppłk (dymis.) Rezerwy Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych, Aleksander Bradley. Kiedy opuszczał konferencję zmieniając stroskany na potrzeby odprawy wyraz twarzy na bardziej naturalne, szczerze rozradowane oblicze dla świata, cyborga dekompresowano w naturalnej komorze marsjańskiej. Jego opiekunowie byli nieco zaniepokojeni. Wprawdzie nie umieli odczytywać emocji z jego twarzy, to jednak umieli je wyczytać z jego serca, oddechu i objawów życiowych, które telemetrycznie płynęły do nich niepowstrzymanym strumieniem, i wychodziło na to, że cyborg znajduje się w stanie pewnego załamania nerwowego. Zaproponowali mu przełożenie sprawdzianu, lecz odmówił ze złością.
— Czyszszsz nie wiecie, że prawie mamy wojnę? — zapytał piskliwie i nie odpowiadał na ponowne nagabywania. Zdecydowali się przeprowadzić testy, a zaraz po ich ukończeniu ponownie przebadać jego profil psychiczny.
W wieku dziesięciu lat Aleksander Bradley stracił ojca i lewe oko. W niedzielę po Dniu Dziękczynienia całą rodziną wracali samochodem z kościoła. Chwycił przymrozek. Ranna rosa zamarzła powlekając drogę niewyczuwalnie cienką gładzią. Ojciec Brada prowadził z wielką ostrożnością, ale samochody jechały przed nim, samochody jechały za nim, samochody jechały mu naprzeciw drugim pasmem dwukierunkowej drogi: zmuszony był utrzymywać określoną prędkość i odpowiadał półsłówkami na odżywki członków rodziny. Był uważny, ale nie był dość uważny. Kiedy nadciągnęła katastrofa, nie mógł nic zrobić, żeby jej uniknąć. Siedzący na przednim siedzeniu obok ojca Brad miał wrażenie, że jadąca z naprzeciwka furgonetka powoli i spokojnie zjeżdża w lewo, jak gdyby brała zakręt. Tylko że nie było tam dla niej miejsca na skręt. Ojciec Brada przycisnął hamulec i nie puszczał. Ich samochód zwolnił i wpadł w poślizg. I przez parę sekund chłopiec siedział i patrzył, jak tamten samochód bokiem sunie wprost na nich, a oni sami łagodnym ślizgiem nieuchronnie wpadają wprost na niego. Był w tym i majestat, i nieśpieszność, i nieuchronność. Nikt nic nie powiedział — ani Brad, ani jego ojciec, ani matka Brada na tylnym siedzeniu. Nikt nic nie zrobił, poza tym, że zastygli w skamieniałych pozach, niczym aktorzy w żywym obrazie Ministerstwa Komunikacji. Ojciec siedział milczący i wyprostowany za kierownicą, w skupieniu zapatrzony w tamten samochód. Kierowca tamtego samochodu z pytaniem w szeroko rozwartych oczach spoglądał przez ramię w ich stronę. Żaden z nich nie drgnął do chwili zderzenia. Nawet na lodzie tarcie ich hamowało i nie mogli poruszać się z wiele większą wypadkową prędkością niż czterdzieści kilometrów na godzinę. Tyle wystarczyło. Obaj kierowcy zginęli — ojciec Brada został wbity na kolumnę kierownicy, tamtemu ucięło głowę. Brad z matką, mimo zapiętych pasów, doznali złamań, ran i stłuczeń, jak również obrażeń wewnętrznych; ponadto ona straciła na zawsze władzę w lewym nadgarstku, zaś jej syn stracił oko. W dwadzieścia trzy lata później śniło mu się to nadal, jak gdyby wydarzyło się dopiero co. We śnie serce stawało mu w gardle ze strachu i budził się zlany potem i z krzykiem, i bez tchu.
Nie wszystko poszło na straty. Odkrył, że za cenę oka zyskał niemało. Po pierwsze, ubezpieczeniową premię za życie ojca i okaleczenie każdego z uczestników wypadku. Po drugie okaleczenie ustrzegło go przed wojskiem, a pozwoliło mu wstąpić do Piechoty Morskiej w cywilnym zasadniczo charakterze, kiedy potrzebował praktyki w swej specjalności. Po trzecie, zapewniło mu dogodny pretekst do unikania co głupszych niebezpieczeństw i co bardziej kłopotliwych powinności wieku młodzieńczego. Nigdy nie musiał wykazywać swej odwagi w brutalnych sportach i zawsze bywał zwalniany z tych wszystkich ćwiczeń, których nie cierpiał najbardziej. I — po czwarte, a zarazem najważniejsze, otrzymał za darmo wykształcenie. Zgodnie z postanowieniami Pomocy Dzieciom Upośledzonym w ramach systemu opieki społecznej w jego rodzinnym stanie zapewniono mu utrzymanie przez całą szkołę, uniwersytet i studia doktoranckie. Zyskał cztery stopnie naukowe, co uczyniło zeń jednego z największych na świecie specjalistów od układów percepcyjnych oka. Per saldo była to korzystna transakcja. Nawet uwzględniając stratę poniesioną przez matkę, która ostatnie dziesięć lat życia spędziła w stanie miernego cierpienia i niezmiernego rozstroju nerwowego.
Brad wylądował w programie Człowieka Plus, ponieważ nikogo lepszego by nie dostali. Wybrał sobie pracę w Piechocie Morskiej, ponieważ nigdzie by łatwiej nie znalazł obiektów doświadczalnych spreparowanych przez odłamek pocisku, szkocki miecz obosieczny i filipiński kordelas w szpitalach polowych Tanzanii, Borneo i Cejlonu. Pracę jego dostrzeżono na wysokich szczeblach hierarchii wojskowej. Brada nie przyjęli — oni go powołali.
Nie był pewien jedynie, czy Człowiek Plus jest akurat tym najlepszym, co jemu mogło się trafić. Innych do programu kosmicznego przyciągnął splendor lub apele do poczucia obowiązku. Z Bradleyem sprawa miała się zupełnie inaczej. Jak tylko pojął, do czego zmierza człowiek przybyły z Waszyngtonu, roztoczyły się przed nim widoki i perspektywy. To był nowy tor. Oznaczał rezygnację z pewnych planów, odroczenie innych. Ale widział, dokąd go doprowadzi: za trzy, powiedzmy, lata udziału w opracowywaniu układów optycznych cyborga czeka go światowa sława. Po czym rzuci program i wkroczy na bezkresne, soczyste pastwiska prywatnej praktyki; Na sto tysięcy Amerykanów stu ośmiu ma z natury całkowitą utratę funkcji w jednym lub obojgu oczach. Dawało to w sumie ponad trzysta tysięcy potencjalnych pacjentów, z których wszyscy, jak jeden mąż, chcieliby leczyć się u najlepszego specjalisty. A praca przy programie Człowieka Plus automatycznie kreuje go na najlepszego fachowca w tej dziedzinie. Będzie miał swoją prywatną klinikę przed czterdziestką. Niewielką. Akurat w sam raz, żeby mógł nadzorować ją osobiście w każdym drobiazgu i poprowadzić przy pomocy młodszego personelu przez siebie wyszkolonego i pracującego pod jego kierunkiem. Przyjmowałby do, och, może pięciuset, a może sześciuset pacjentów rocznie — jeden procent ewentualnych pacjentów. Jaka to będzie cząstka? Przynajmniej połowa to ci od najgrubszych portfeli i najlżejszej ręki do wydawania pieniędzy. Oraz, rzecz jasna, margines na działalność charytatywną. Przynajmniej ze stu rocznie — za darmo wszystko, nawet telefony u wezgłowia. Za to kilkuset tych, którzy mogą zapłacić, zapłaci słono. Klinika Bradleya (w jego uszach pobrzmiewało to już równie szacownie i dystyngowanie co „Menningera”) będzie wzorem dla służby zdrowia na całym świecie i przyniesie mu cholerną kupę szmalu.
Читать дальше