S ax obserwował swój naręczny komputer, a Nadia powiedziała do niego sennie:
— Co się dzieje na Ziemi?
— Poziom morza stale się podnosi. Podniósł się już o cztery metry. Poza tym wydaje się, że konsorcja metanarodowe przestały ze sobą walczyć, przynajmniej chwilowo. Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości ogłosił zawieszenie broni. Praxis skierowała wszystkie swoje zasoby do pomocy ofiarom powodzi. Zdaje się, że niektóre inne konsorcja metanarodowe postępują w ten sam sposób. Zgromadzenie Ogólne ONZ zebrało się w mieście Meksyk. Indie przyznały oficjalnie, że podpisały porozumienie z niezależnym rządem marsjańskim.
— To jest szatańska przysługa — odezwał się Kojot z drugiego końca przedziału. — Indie i Chiny są zbyt duże, abyśmy zdołali sobie z nimi poradzić. Pozostanie nam czekać i patrzeć.
— Więc walka na Ziemi się skończyła? — spytała Nadia.
— Tak, choć nie wiadomo, czy na trwałe — odparł Sax.
Maja parsknęła.
— Nie ma mowy o trwałym zakończeniu.
Sax wzruszył ramionami.
— Musimy powołać rząd — oświadczyła Maja. — Trzeba powołać go szybko i pokazać się Ziemi jako zjednoczony front. Jeśli wydamy się im dobrze zorganizowani, prawdopodobnie nie będą się spieszyć, by przylecieć tu, aby z nami walczyć.
— I tak przylecą — odezwał się spod okna Kojot.
— Nie, jeśli im udowodnimy, że dostaną od nas wszystko, co i tak zdobyliby sami — odrzekła Maja, zdenerwowana słowami Kojota. — To ich spowolni.
— Tak czy owak, przylecą.
— Nie będziemy bezpieczni — zauważył Sax — póki na Ziemi nie zapanuje spokój. Spokój i stabilizacja.
— Na Ziemi nigdy nie będzie stabilizacji — mruknął Kojot.
Sax wzruszył ramionami.
— My możemy im zapewnić stabilizację! — krzyknęła Maja, wskazując drżącym palcem w kierunku Kojota. — Dla naszego własnego dobra!
— Areoformowanie Ziemi — oznajmił Michel ze swoim ironicznym uśmieszkiem.
— Jasne, czemu nie? — zaperzyła się Maja. — Jeśli to ma nam pomóc.
Michel pochylił się i pocałował Maję w brudny od pyłu policzek.
Kojot potrząsał głową.
— To jest przemieszczanie świata bez punktu podparcia — zauważył.
— Punkt podparcia znajduje się w naszych umysłach — odparła Maja, zaskakując tym stwierdzeniem Nadię.
Marina również obserwowała swój nadgarstek i teraz powiedziała:
— Siły bezpieczeństwa ciągle posiadają Clarke’a i kabel. Peter mówi, że opuszczają cale Sheffield z wyjątkiem „ gniazda”. I ktoś… hej… ktoś twierdzi, że widział Hiroko w Hiranyagarbhie.
Zamilkli na to stwierdzenie, pogrążając się każde we własnych myślach.
— Udało mi się dostać do akt ZT ONZ dotyczących tego pierwszego przejęcia Sabishii — oświadczył po chwili Kojot — i nie było tam żadnej wzmianki na temat Hiroko czy kogokolwiek z jej grupy. Nie sądzę, żeby ich wówczas złapali.
— To, co zostało zapisane — oznajmiła ponurym tonem Maja — nie ma nic wspólnego z tym, co się zdarzyło naprawdę.
— W sanskrycie — zauważyła Marina — Hiranyagarbha oznacza „Złoty zarodek”.
Nadia poczuła ucisk w sercu. Pokaż się, Hiroko, pomyślała. Wyjdź z ukrycia, niech cię diabli, proszę, błagam, niech cię cholera, wyjdź. Patrząc na twarz Michela doznała bólu. Jego rodzina… Wszyscy zniknęli…
— Jeszcze nie możemy być pewni, że cały Mars opowie się po naszej stronie — powiedziała Nadia, aby go oderwać od złych myśli. Pochwyciła spojrzenie Michela. — Nie mogliśmy się przecież zgodzić ze sobą w Dorsa Brevia, dlaczego więc miałoby nam się udać teraz?
— Ponieważ teraz jesteśmy wolni — odparł Michel, skupiając się na chwili obecnej. — Teraz mamy do czynienia z realną sytuacją. Jesteśmy wolni i możemy spróbować. A kiedy nie ma odwrotu, ludzie w pełni się jednoczą w jakimś wysiłku.
Pociąg zwolnił, aby przeciąć magnetyczny tor równikowy i wagon zakołysał się w tył i wprzód.
— Na Vastitas są „czerwoni”, którzy wysadzają w powietrze wszystkie stacje pomp — zauważył Kojot. — Nie sądzę, żeby udało nam się uzyskać jednomyślność w kwestii terrąformowania.
— Z pewnością — odparła chrapliwie Ann, po czym odchrząknęła. — Chcemy także, aby zniknęła soletta.
Obrzuciła Saxa pełnym wściekłości wzrokiem, ale on tylko wzruszył ramionami.
— Ecopoesis — powiedział. — Mamy już biosferę. A to jest wszystko, czego nam potrzeba. Piękny świat.
Na zewnątrz popękany krajobraz migał w zimnym porannym świetle. Z powodu obecności milionów małych zagonów trawy, mchu i porostów wciśniętych między skały zbocza Tyrrheny miały ciemny odcień koloru khaki. Pasażerowie patrzyli na nie w milczeniu. Nadia poczuła oszołomienie, próbując myśleć o całej sytuacji, jednocześnie nie mieszając ze sobą wszystkich faktów. Jej myśli były zamazane jak powodziowy krajobraz w kolorach rdzy i khaki…
Popatrzyła na otaczających ją ludzi i doznała wrażenia, jak gdyby w jej wnętrzu przekręcił się jakiś kluczyk. Jej oczy ciągle były suche i kłuły, ale Nadia nie czuła się już śpiąca. Napięcie w żołądku złagodniało po raz pierwszy od dnia, w którym wybuchło powstanie. Oddychała swobodnie. Patrzyła na twarze przyjaciół: Ann ciągle była na nią rozgniewana, Maja ciągle rozgniewana na Kojota, wszyscy wymęczeni, brudni, tak czerwonoocy jak małe czerwone ludziki — ich tęczówki przypominały odłamki kamieni półszlachetnych, jaskrawe w nabiegłych krwią oprawkach. Nadia usłyszała własne słowa:
— Arkady byłby z tego zadowolony.
Pozostali popatrzyli na nią z zaskoczeniem. Uświadomiła sobie, że nigdy nie wspominała dawnego towarzysza swego życia.
— Simon też — dodała Ann.
— I Aleks.
— I Sasza.
— I Tatiana…
— I wszyscy nasi drodzy zmarli — podsumował szybko Michel, zanim lista zrobiła się zbyt długa.
— Ale nie Frank — mruknęła Maja. — Franka z pewnością strasznie wkurzałoby to wszystko.
Roześmiali się, a Kojot oświadczył:
— Amy mamy ciebie, żebyś kontynuowała tę tradycję, co?
Parsknęli śmiechem, zwłaszcza kiedy Maja pogroziła Kojotowi palcem.
— A John? — spytał Michel, odsuwając ramię Mai i kierując do niej pytanie.
Maja uwolniła ramię, ciągle potrząsając palcem w kierunku Kojota.
— John z pewnością nie płakałby nadaremnie i nie przejmowałby się Ziemią, jak gdybyśmy nie potrafili bez niej wyżyć! John Boone byłby dzisiaj zachwycony!
— Powinniśmy o tym pamiętać — powiedział szybko Michel. — Powinniśmy myśleć o tym, jak postąpiłby John.
Kojot uśmiechnął się szeroko.
— Biegałby w tę i z powrotem po pociągu i czułby się świetnie. Byłby w świetnym humorze. Przez całą drogę do Odessy trwałoby przyjęcie. Muzyka, tańce i tak dalej.
Popatrzyli po sobie.
— No i? — spytał Michel.
Kojot zrobił ruch do przodu.
— Nie wygląda na to, żeby tamci rzeczywiście potrzebowali naszej pomocy.
Читать дальше