— Upewnijcie się, że wojska bezpieczeństwa nie mają kłopotów w porcie kosmicznym — powiedziała, niezdolna opanować gniewu. — Trzymajcie się od nich z dala.
Mniej więcej dziesięć minut później jej nadgarstek zapikał.
— Wiem — powiedział szorstko głos Ann. I to była cała jej odpowiedź.
Teraz, kiedy znajdowali się poza miastem, Maja była pełna optymizmu.
— Zacznijmy iść — krzyknęła. — Do Stacji Libijskiej czeka nas długa droga, a minęła już prawie połowa dnia.
— To prawda — przytaknęła Nadia. A wielu ludzi już wyruszyło, kierując się do toru magnetycznego, który biegł ze Stacji Południowej Burroughs, a potem podążając przy nim na południe, w górę, po zboczu Wielkiej Skarpy.
No więc wyszli z miasta. Nadia co jakiś czas przestawała zachęcać idących do wysiłku, a wówczas często się odwracała i spoglądała na Burroughs, na dachy i ogrody trwające pod przezroczystą bańką namiotu, w świetle słonecznym połowy dnia — na ten zielony mezokosmos, który przez tak długi czas stanowił stolicę ich świata. Teraz rdzawoczarna, nakrapiana lodem woda pędziła niemal wszędzie wokół muru miasta, a szeroki pas brudnych gór lodowych spływał z niskiej fałdy na północny wschód, sącząc się ku miastu w coraz bardziej rozszerzającym się potoku i wypełniał powietrze rykiem, który jeżył idącym włosy na karku: grzmiące Marineris…
Kraina, którą przemierzali uciekinierzy, była porośnięta niskimi roślinkami, przeważnie tundrowym mchem i kwiatami alpejskimi, ze sporadycznymi kępkami lodowych kaktusów, przypominających czarne kolczaste hydranty przeciwpożarowe. Komary i muchy, zaniepokojone dziwną inwazją, brzęczały w powietrzu nad głowami ludzi. Było cieplej niż rano, temperatura rosła szybko; wydawało się, że jest trochę powyżej zera:
— Dwieście siedemdziesiąt dwa! — odkrzyknął Nirgal, kiedy Nadia, spytała go w przelocie. Przebiegał obok niej co kilka minut, pędząc potem znowu na przód lub na tyły tłumu. Nadia sprawdziła w komputerze na nadgarstku: rzeczywiście, temperatura wynosiła dwieście siedemdziesiąt dwa stopnie Kelvina. Wiał bardzo lekki wiatr południowo-zachodni. Z komunikatów meteorologicznych wynikało, że strefa wysokiego ciśnienia pozostanie nad Isidis przynajmniej jeszcze przez następny dzień.
Ludzie szli w małych grupach, w trakcie marszu mieszając się ze sobą, tak że przyjaciele, współpracownicy i znajomi pozdrawiali się nawzajem, jednocześnie poruszając się naprzód; często zaskakiwały ich znajome głosy wydobywające się spod masek, znajome oczy między maskami a kapturem lub czapką. Znad tłumu podnosiła się rozproszona, zamrożona chmura: masowe wydychanie, szybkie spalanie w słońcu. Wcześniej rovery z armią „czerwonych” nadjechały z obu stron miasta, spiesząc, aby się oddalić od powodzi; teraz sunęły naprzód powoli, a wyznaczone jednostki rozdawały wśród idących buteleczki z gorącymi napojami. Nadia obrzucała ich piorunującymi spojrzeniami, wypowiadając ciche przekleństwa za zasłaniającą jej usta maską, ale jeden z „czerwonych” dostrzegł przekleństwo w jej oczach i powiedział z irytacją:
— Nie wiesz, że to nie my rozbiliśmy dajkę? To partyzanci „Naszego Marsa”. To Kasei.
I pojechał dalej.
Zdecydowano, że wąwozy na wschód od toru magnetycznego używane będą jako latryny. Doszli już tak wysoko, że ludzie często się zatrzymywali, aby spojrzeć za siebie na dziwnie opustoszałe miasto i na jego nową fosę ciemnordzawej, zatkanej lodem wody. Grupy tubylców skandowały podczas marszu fragmenty areofanii i gdy Nadia słuchała tych śpiewów, jej serce ściskało się; nagle wymamrotała:
— Wróć, Hiroko, niech cię diabli, proszę… wróć i to dzisiaj.
Dostrzegła Arta i podeszła do jego boku. Rzucał jakieś szybkie komentarze w nadgarstek; najwyraźniej wysyłał wiadomości do jakiegoś konsorcjum informacyjnego na Ziemi.
— Och, tak — odparł scenicznym szeptem, kiedy Nadia go spytała. — Żyjemy. To naprawdę dobry film wideo, jestem pewien. A tamci mogą to powiązać ze scenariuszem powodziowym.
Bez wątpienia. Miasto wraz ze swoimi płaskowzgórzami teraz zostało otoczone czarną, zaklinowaną lodem wodą, która lekko parowała. Jej powierzchnia była niespokojna, krawędzie kipiały szaleńczo od saturacji, a kiedy fale spływały z północy, hałas przypominał łoskot fal podczas sztormu… Powietrze miało obecnie temperaturę nieco powyżej punktu zamarzania i falująca woda pozostawała płynna, nawet kiedy trwała w bezruchu i mimo że pokrywał ją unoszący się lodowy gruz. Nadia nigdy wcześniej nie widziała niczego, co silniej uświadomiłoby jej fakt, jak bardzo przeobrazili tę atmosferę — ani rośliny, ani błękitnienie koloru nieba, ani nawet aktualna możliwość obnażenia oczu i oddychania za pomocą jedynie cienkich masek, nigdy nie powiedziały jej więcej. Widok wody zamarzającej podczas potopu marineryjskiego — zmieniającej się z czarnej w białą w ciągu dwudziestu sekund lub nawet w krótszym czasie — oznaczał dla niej więcej niż przypuszczała. Mieli teraz na Marsie otwartą wodę! Niska szeroka fałda, na której znajdowało się Burroughs, wyglądała jak ogromna Zatoka Fundy o największych na świecie przypływach i odpływach.
Ludzie krzyczeli i ich głosy wypełniały rzadkie powietrze jak ptasia pieśń ponad niskim continuo powodzi. Nadia nie pojmowała przyczyny tych krzyków; potem zrozumiała, gdy dostrzegła w porcie kosmicznym jakiś ruch.
Port kosmiczny umieszczony był na szerokim płaskowyżu na północny zachód od miasta i ludność Burroughs, stojąc tak wysoko na zboczu, mogła go doskonale obserwować. Nagle otworzyły się wielkie drzwi największego hangaru portu kosmicznego i z garażu wytoczyło się jeden po drugim pięć ogromnych kosmolotów: widok był groźny, w jakimś sensie militarnym. Maszyny zakołowały do głównego terminalu portu kosmicznego, a lotnicze chodniki rozszerzyły się i zamknęły na boki. Potem nic się już nie działo, więc uciekinierzy przez prawie całą następną godzinę podchodzili ku pierwszym prawdziwym wzgórzom Wielkiej Skarpy, aż — mimo że znaleźli się wyżej — port kosmiczny wraz z torami startowymi i dolne połówki hangarów znalazły się za wodnistym horyzontem. Słońce tkwiło teraz dobrze na zachodzie.
Uwaga idących skupiła się na samym mieście, bowiem woda przedarła się już przez ścianę namiotu na wschodnim boku Burroughs i wpłynęła ponad zwieńczeniem muru przez Bramę Południowo-Zachodnią, w miejscu, gdzie wcześniej sami uchodźcy przecięli namiot. Wkrótce powódź zalała Park Księżnej, Park nad Kanałem oraz Niederdorf, dzieląc miasto na dwie części, a potem powoli podniosła się w bocznych alejach, pokrywając dachy w niżej położonej części miasta.
W środku tego spektaklu, na niebie ponad płaskowyżem, pojawił się jeden z dużych odrzutowców. Wydawało się, że leci zbyt powoli, tak jak zawsze się dzieje z dużymi samolotami przelatującymi nisko nad ziemią. Maszyna leciała w kierunku południowym, toteż w oczach ludzi stojących na ziemi stawała się coraz większa, mimo że pozornie nie widzieli, jak nabierała prędkości, aż w końcu dotarło do nich niskie dudnienie jej ośmiu silników i samolot przesunął się nad głowami zgromadzonych z nieprawdopodobnie powolną niezdarnością trzmiela. Kiedy się oddalał na zachód, nad portem kosmicznym pojawiła się następna maszyna, która przesunęła się nad zalanym wodą miastem, później nad ludźmi, po czym odleciała w tym samym kierunku, co pierwsza. W ten sam sposób przeleciało nad nimi pięć samolotów, a każdy następny wyglądał równie mało aerodynamicznie jak poprzedni, aż wreszcie ostatni przesunął się nad głowami zgromadzonych i zniknął za zachodnim horyzontem.
Читать дальше