— Tak jest. W każdym przypadku. Tak było ze mną. Cóż, ludzie umierają, Lew. Niektórzy umierają w wieku lat dwudziestu, inni stu dwudziestu, ale śmierć jest zawsze niespodzianką. Stoją i widzą, jak otwiera się przed nimi ogromna czerń, a kiedy wchodzą w powstałą szczelinę, powiadają „Mój Boże, a jednak się myliłem, nawet mnie się to przytrafi, nawet mnie!” Cóż to za wstrząs, cóż za okropny cios wymierzony w ego, dowiedzieć się, że nie jesteś wcale wyjątkiem, za jaki się uważałeś. Lecz zanim nadejdzie ta chwila, dodajesz sobie otuchy czepiając się myśli, że może jakoś uda ci się prześlizgnąć, że może zostaniesz zwolniony ze spełnienia swego ostatniego obowiązku. Wszyscy żyjemy o tych resztkach otuchy, Lew. Wszyscy, z wyjątkiem mnie.
— Widzenie śmierci okazało się dla ciebie aż tak straszne?
— Zniszczyło mnie. Pozbawiło mnie tej wielkiej iluzji, tajemnej nadziei na nieśmiertelność, która pozwala nam istnieć. Oczywiście musiałem nadal żyć przez jakieś trzydzieści lat, ponieważ widziałem, że to się stanie, gdy będę już starym człowiekiem. Ale owa świadomość wzniosła mur wokół mojego życia, wytyczyła mu granice, przystawiła na nim niezniszczalną pieczęć. Ledwie przestałem być chłopcem, a poznałem już podsumowanie, kropkę stojącą na końcu zdania. Nie mogłem tak jak inni liczyć na żywot wieczny. Miałem przed sobą zaledwie dalszych trzydzieści parę lat. Życie kurczy się pod wpływem tej wiedzy, Lew. Ogranicza możliwości wyboru.
— Niełatwo mi zrozumieć, dlaczego skutki muszą być właśnie takie.
— Kiedyś to wreszcie zrozumiesz.
— Może gdy ja zobaczę swoją śmierć, wszystko będzie inaczej.
— Ach! — zawołał Carvajal. — Każdemu się przecież wydaje, że to on właśnie stanowi wyjątek!
Kiedy spotkaliśmy się następnym razem, powiedział mi, w jakich okolicznościach nadejdzie jego śmierć. Twierdził, że pozostało mu mniej niż rok życia. Miało się to stać wiosną 2000 roku, między dziesiątym kwietnia i dwudziestym piątym maja; Carvajal utrzymywał, że zna dokładnie dzień, a nawet godzinę, ale w żaden sposób nie chciał określić bliżej tej daty.
— Dlaczego miałbyś zatajać przede mną taką informację? — spytałem.
— Bo nie mam ochoty, żebyś nękał mnie swoimi lękami i przypuszczeniami — odpowiedział Carvajal bez ogródek. — Nie chcę, żebyś mnie odwiedził mając świadomość, że to ten dzień, i żebyś przyjechał pełen niepotrzebnego, emocjonalnego pomieszania.
— Będę przy tym? — spytałem zdumiony.
— Oczywiście.
— Powiesz mi przynajmniej, gdzie to się stanie?
— W moim mieszkaniu — odrzekł. — Będziemy prowadzić dyskusję wokół pewnego problemu, który będzie cię wówczas niepokoił. Zadzwoni dzwonek do drzwi. Otworzę i do mieszkania wtargnie uzbrojony, rudowłosy mężczyzna, który…
— Zaczekaj chwilę. Mówiłeś kiedyś, że w tej okolicy nikt nigdy cię nie napastował i nigdy nie będzie.
— Nikt z mieszkańców — powiedział Carvajal. — Ten człowiek będzie obcy. Otrzymał mój adres przez pomyłkę — pomylił mieszkania — i spodziewa się, że czeka tu na niego transport narkotyków dla wąchaczy.Powiem mu, że nie mam żadnych, narkotyków, ale on mi nie uwierzy; pomyśli, że jestem oszustem, stanie się agresywny, będzie mi groził i wymachiwał bronią.
— A co ja będę robił w tym czasie?
— Będziesz się przyglądał.
— Przyglądał? Będę tak po prostu stał z założonymi rękami jak obojętny widz?
— Będziesz się tylko przyglądał — powiedział Carvajal. — Jak obojętny widz. — Jego głos brzmiał teraz ostro. Jak gdyby wydawał mi rozkaz: Nic nie uczynisz podczas trwania tej sceny. Pod żadnym pozorem nie weźmiesz w niej udziału, pozostaniesz z boku jak przypadkowy świadek.
— Mógłbym uderzyć go lampą. Mógłym spróbować wyrwać mu broń.
— Nie zrobisz tego.
— W porządku — powiedziałem. — Co dalej?
— Ktoś puka do drzwi. To jeden z sąsiadów, który usłyszał hałasy i boi się o mnie. Bandyta wpada w panikę. Myśli, że to policja albo konkurencyjny gang. Strzela trzykrotnie; potem wybija okno i ucieka po schodach przeciwpożarowych. Kule trafiają mnie w pierś, w ramię i z boku głowy. Konam około minuty. Nie wypowiadam żadnych ostatnich słów. Ty wychodzisz całkowicie bez szwanku.
— A później?
Carvajal wybuchnął śmiechem — później? Skąd mogę wiedzieć? Mówiłem ci: widzę jak gdyby przez peryskop, który sięga jedynie tej chwili i ani kroku dalej. W tym miejscu moje postrzeganie dobiega kresu.
Jakże spokojnie to mówił!
— Czy właśnie to widziałeś w dniu, w którym jedliśmy lunch w Klubie Kupców i Spedytorów?
— Tak.
— Siedziałeś, patrząc, jak zostajesz zastrzelony, a potem niedbale poprosiłeś o kartę potraw?
— Ta scena nie była dla mnie żadną nowością.
— Jak często ją widziałeś?
— Nie mam pojęcia. Dwadzieścia razy, pięćdziesiąt, może sto. Niczym powracający sen.
— Powracający koszmar.
— Można się do tego przyzwyczaić. Po pierwszych kilkunastu projekcjach ten widok nie niesie już ze sobą szczególnie wielkiego ładunku emocjonalnego.
— Więc to dla ciebie nic więcej tylko film? Stary obraz z Jamesem Cagneyem [42] James Cagney (1899–1986) — aktor amerykański, grał role przestępców w klasycznych filmach gangsterskich w latach trzydziestych i czterdziestych.
w kinie nocnym?
— Coś w tym rodzaju — powiedział Carvajal. — Sama scena staje się powoli trywialna, nudna, nieświeża i przewidywalna. Pozostają natomiast jej implikacje, które nie tracą nigdy władzy nade mną, choć pojedyncze szczegóły są już nieważne.
— I ty się z tym godzisz. Gdy przyjdzie czas, nie będziesz próbował zatrzasnąć tamtemu człowiekowi drzwi przed nosem. Nie pozwolisz mi ukryć się za drzwiami i rozbić mu głowy pałką. Nie poprosisz policji, żeby tego dnia przydzieliła ci specjalną ochronę.
— Oczywiście, że nie. Co by to dało?
— Jako eksperyment…
Carvajal zacisnął usta. Był chyba zirytowany moim upartym powrotem do tematu, który wydawał mu się absurdalny.
— To, co widzę, jest tym, co się stanie. Czas na eksperymenty miałem pięćdziesiąt lat temu, ale się nie powiodły. Nie, nie będziemy w nic ingerować, Lew. Ty i ja posłusznie odegramy swoje role. Wiesz, że tak będzie.
Podporządkowawszy się nowej władzy, konferowałem z Carvajalem codziennie, czasami nawet kilka razy dziennie, podając mu, zazwyczaj przez telefon, ostatnie zakulisowe informacje polityczne — strategie, projekcje danych i wszystko to, co mogło mieć odległy nawet związek z wprowadzeniem Paula Quinna do Białego Domu. Upychałem owe wiadomości w głowie Carvajala ze względu na efekt peryskopowy: Carvajal nie widział tego, czego w jakiś sposób nie chwytała jego świadomość, a tego, czego nie widział, nie mógł mi przekazać. Właściwie więc telefonowałem sam do siebie, za pośrednictwem Carvajala, po informacje z przyszłości. Bieżące dane były oczywiście bezwartościowe, ponieważ teraźniejszy j a już je przecież znałem; ale to, co powiem mu za miesiąc, mogło okazać się dla mnie ważne dziś, a skoro informacje musiały w jakimś punkcie przeniknąć do wewnątrz systemu, więc otworzyłem im wejście właśnie tutaj, karmiąc Carvajala danymi, które widział wiele miesięcy czy nawet lat temu. W ciągu pozostałego mu jeszcze roku życia Carvajal stał się kopalnią wiadomości na temat przyszłych wydarzeń politycznych. (W zasadzie był nią już wcześniej, ale teraz musiałem iść za ciosem i upewnić się, że otrzyma właściwe informacje, choć obaj wiedzieliśmy, że je otrzyma. Wiążą się z tym wszystkim rozmaite immanentne paradoksy, ale wolałbym nie poświęcać im tutaj zbyt wiele uwagi.)
Читать дальше