Robert Silverberg - Stochastyk
Здесь есть возможность читать онлайн «Robert Silverberg - Stochastyk» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Город: Gdańsk, Год выпуска: 1993, ISBN: 1993, Издательство: Gold, RYT, Жанр: Фантастика и фэнтези, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Stochastyk
- Автор:
- Издательство:Gold, RYT
- Жанр:
- Год:1993
- Город:Gdańsk
- ISBN:83-900094-5-5
- Рейтинг книги:3 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 60
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Stochastyk: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Stochastyk»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Nowy York. Ostatnie miesiące XX wieku. Lew Nicholas — ekspert w dziedzinie prognozowania przyszłości — osiągnął pozycję szarej eminencji, „twórcy królów”, człowieka, który mógłby doprowadzić Paula Quinna do Białego Domu w roku 2004.
Stochastyk — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Stochastyk», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Quinn nie wyglądał na zaniepokojonego. Nonszalancko trącił stopą ogromną skrzynię telegramów i oznajmił kwaśno:
— I tak ruszamy w pościg za amerykańskim wyborcą. Nienadzwyczajny początek, co, chłopie?
— Nie martw się — odpowiedziałem z wkradającym się w mój głos harcerskim zapałem. — Coś takiego nie przydarzy się nam już nigdy więcej.
25
Zadzwoniłem do Carvajala: — Musze z tobą porozmawiać — powiedziałem. Spotkaliśmy się na Hudson Promenadę przy Dziesiątej Ulicy. Pogoda była złowieszcza, posępna, wilgotna i ciepła; niebo groziło zielonkawą żółcią, wysoko nad New Jersey kłębiły się burzowe chmury o czarnych konturach, a wszystko przenikała atmosfera zbliżającej się apokalipsy. Promienie wściekłego, odbarwionego słońca, raczej szaroniebieskiego niż złotego, przepalały filtrującą warstwę mrocznych obłoków, wiszących na niebie niczym pognieciony koc. Niedorzeczna pogoda, pogoda operowa, hałaśliwe, przerysowane tło dla naszej rozmowy.
Oczy Carvajala lśniły nienaturalnym blaskiem. Wydawał mi się dzisiaj wyższy i odmłodniały, tańczył niemal wzdłuż promenady na palcach. Dlaczego zawsze pomiędzy naszymi kolejnymi spotkaniami odzyskiwał siły?
— No, co tam? — zagadnął.
— Chcę umieć widzieć.
— No to widź. Ja cię nie powstrzymuję, prawda?
— Bądź poważny — poprosiłem.
— Zawsze jestem poważny. Jak mogę ci pomóc?
— Naucz mnie tego.
— Czy kiedykolwiek mówiłem ci, że tego można nauczyć?
— Powiedziałeś, że wszyscy posiadamy dar, ale tylko nieliczni umieją z niego korzystać. Doskonale. Pokaż mi więc, jak z niego korzystać.
— Tego można się chyba nauczyć samemu, ale nie nauczyć innych — powiedział Carvajal.
— Proszę cię.
— Skąd ten nagły pośpiech?
— Jestem potrzebny Quinnowi — odparłem żałośnie. — Chcę mu pomóc. Żeby został prezydentem.
— No i co z tego?
— Chcę mu pomóc. Muszę widzieć.
— Przecież ty tak trafnie przewidujesz bieg wypadków, Lew!
— To za mało. Za mało.
Nad Hobokenem rozległ się grzmot. Zimny, wilgotny wiatr z zachodu zawirował zakrzepłymi chmurami. Scenografia przyrody stawała się komicznie, groteskowo przerysowana.
— Przypuśćmy, że zażądam, żebyś powierzył mi całkowitą kontrolę nad swoim życiem — powiedział Carvajal. — Przypuśćmy, że cię poproszę, żebyś pozwolił mi podejmować za ciebie wszystkie decyzje, pozwolił mi podporządkować twoje działanie moim poleceniom i bez zastrzeżeń złożył swoje istnienie w moje ręce. Jeżeli to zrobisz, to powiedziałbym, że jest pewna szansa, iż nauczysz się widzieć. Tylko szansa. Co byś mi odpowiedział?
— Że umowa stoi.
— Widzenie może okazać się wcale nie takie cudowne, jak ci się wydaje. W tej chwili traktujesz je jako magiczny klucz do wszystkiego. Ale co będzie, jeżeli stanie się dla ciebie tylko ciężarem i przeszkodą? Jeżeli okaże się przekleństwem?
— Nie sądzę, żeby tak było.
— Skąd możesz wiedzieć?
— Takie zdolności to ogromna, pozytywna moc. Nie wydaje mi się, żeby mogła przynieść mi coś innego prócz korzyści. Widzę jej potencjalnie negatywną stronę, oczywiście, ale… żeby zaraz przekleństwo? Nie.
— A jeśli tak jednak jest?
Wzruszyłem ramionami: — Zaryzykuję. Czy dla ciebie jasnowidzenie okazało się przekleństwem?
Carvajal spojrzał na mnie, szukając wzrokiem moich oczu. Byłby to odpowiedni moment, żeby na niebie zatrzeszczała błyskawica, werble straszliwych grzmotów przetoczyły się w górę i w dół rzeki Hudson, a strugi ulewnego deszczu zaczęły chłostać promenadę. Nic takiego jednak się nie stało. Nieoczekiwanie chmury wiszące dokładnie nad naszymi głowami rozstąpiły się i groźne zwiastuny burzy spowiło delikatne, żółte światło słońca. Tyle, jeśli chodzi o przyrodę jako scenografa.
— Tak — odpowiedział cicho Carvajal. — Przekleństwo. Tak, nade wszystko przekleństwo, przekleństwo.
— Nie wierzę ci.
— A co mnie to obchodzi?
— Jeżeli nawet jasnowidzenie było dla ciebie przekleństwem, to nie wydaje mi się, żeby musiało stanowić przekleństwo dla mnie.
— Przemawia przez ciebie ogromna odwaga, Lew. Albo ogromna głupota.
— Jedno i drugie. Pomimo to chcę widzieć.
— Jesteś gotów stać się moim uczniem? Dziwne, rażące określenie.
— Na czym miałoby to polegać?
— Już ci mówiłem. Musisz poddać mi się, nie zadając żadnych pytań i bez gwarancji sukcesu.
— W jaki sposób pomoże mi to widzieć?
— Nie zadając żadnych pytań — powiedział. — Po prostu poddaj mi się, Lew.
— Zgoda.
W górze zajaśniała błyskawica. Niebiosa otworzyły się i z nieprawdopodobną wściekłością runęła na nas niemiłosiernie szalona ulewa.
26
Minęło półtora dnia. — Najgorsze z tego wszystkiego jest widzenie własnej śmierci — powiedział Carvajal. — Ten moment, w którym uchodzi z ciebie życie. Nie — kiedy naprawdę umierasz, lecz kiedy musisz to zobaczyć.
— Czy to właśnie miałeś na myśli, mówiąc o przekleństwie?
— Tak, to właśnie jest przekleństwo. To ono mnie zabiło, Lew, na długo przed moją rzeczywistą śmiercią. Miałem prawie trzydzieści lat, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Od tamtej pory widziałem to już wiele razy. Znam datę, godzinę, miejsce i okoliczności. Wciąż przeżywałem ją na nowo: początek, środek, koniec, ciemność, ciszę. A gdy zobaczyłem ją raz, życie stało się dla mnie czymś w rodzaju przedstawienia teatru marionetek. Niczym więcej.
— Co było najgorsze? — spytałem. — Wiedzieć: kiedy, czy wiedzieć: gdzie?
— Po prostu wiedzieć.
— Wiedzieć, że w ogóle umrzesz?
— Tak.
— Nie rozumiem. Widzieć swoją śmierć, oglądać własny koniec jak na filmie to z pewnością wstrząs, ale trudno tu chyba mówić o wielkiej niespodziance, prawda? Śmierć jest przecież nieunikniona i wiemy o tym wszyscy od dzieciństwa.
— Doprawdy?
— Oczywiście, że tak.
— Czy myślisz, że umrzesz, Lew? Zatrzepotałem kilkakrotnie powiekami: — Naturalnie.
— Jesteś tego całkowicie pewien?
— Nie rozumiem. Sugerujesz, że żyję złudzeniem nieśmiertelności?
Carvajal uśmiechnął się uroczyście.
— Każdy nim żyje, Lew. Jesteś małym chłopcem, zdycha ci złota rybka albo pies, a ty powiadasz: no cóż, rybki nie żyją długo i psy nie żyją długo; i w ten sposób odpędzasz swoje pierwsze doświadczenie śmierci. Ciebie to nie dotyczy. Mieszkający po sąsiedzku kolega spada z roweru druzgocząc sobie czaszkę, a ty powiadasz: no cóż, wypadki się zdarzają, ale niczego jednak nie dowodzą; są ludzie bardziej nieostrożni od innych, a ja zaliczam się do tych ostrożnych. Umiera twoja babcia. Powiadasz, że była stara i chorowała od lat, roztyła się, wychowywała się w czasach, gdy profilaktyka była wciąż jeszcze prymitywna, nie wiedziała, jak dbać o swoje ciało. Mnie się to nie przytrafi, powiadasz. Mnie się to nie przytrafi.
— Moi rodzice nie żyją. Umarła moja siostra. Miałem kiedyś żółwia, i zdechł. Śmierć nie jest w moim życiu czymś odległym i nierzeczywistym. Nie, Carvajal, wierzę w śmierć. Przyjmuję do wiadomości fakt śmierci. Wiem, że umrę.
— Nie wiesz. Tak naprawdę nie wiesz.
— Jak możesz mówić coś takiego?
— Znam ludzi. Wiem, jaki ja byłem, zanim zobaczyłem swoją śmierć, i jaki stałem się potem. Tylko nieliczni tego doświadczyli i tylko nieliczni zmienili się tak, jak ja się zmieniłem. A może takich jak ja w ogóle nigdy jeszcze nie było. Posłuchaj mnie, Lew. Nikt nie wierzy szczerze i głęboko, że umrze, cokolwiek o tym myślisz. Być może godzisz się z tym tu, na powierzchni, ale nie akceptujesz śmierci na poziomie komórkowym, na poziomie metabolizmu i mitozy. Twoje serce nie zwolniło ani na chwilę przez trzydzieści parę lat i wie, że nigdy nie zwolni. Twoje ciało pracuje wesoło jak trzyzmianowa fabryka, wytwarzająca przez dwadzieścia cztery godziny na dobę krwinki, limfę, nasienie oraz ślinę, i z punktu widzenia twego ciała będzie tak zawsze. Twój mózg uważa się za centrum wielkiego dramatu, którego gwiazdą jest Lew Nichols; wszechświat to zwyczajny magazyn rekwizytów, wszystko, co się dookoła dzieje, dzieje się wokół ciebie, w stosunku do c i e b i e, ty jesteś jego osią i punktem oparcia, i jeśli na przykład idziesz na czyjś ślub, to tytuł tej sceny nie brzmi „Dick i Judy biorą ślub”, lecz „Lew idzie na wesele”; jeżeli wybiorą jakiegoś prezydenta, to wcale nie jest tak, że „Paul Quinn zostaje prezydentem”, tylko „Lew przeżywa wybór Paula Quinna”, a jeśli wybucha gwiazda, to nagłówek nie głosi „Betelgeuse przemieniona w nową”, lecz „Wszechświat Lew traci gwiazdę”, i tak dalej i dalej, wszyscy tak samo, każdy jest bohaterem wielkiego dramatu istnienia; w swojej wyobraźni Dick i Judy grają główne role, podobnie Paul Quinn, może nawet Betelgeuse, i wszyscy wiecie, że gdybyście mieli umrzeć, to cały kosmos zgasłby jak zdmuchnięta świeca, a ponieważ nie jest to możliwe, zatem nie umrzecie. Każdy wie, że jest wyjątkiem. Że swoim życiem spaja cały ten kram. Inni to co innego, zdajesz sobie sprawę, że o n i umrą; oczywiście, oni są detalami, noszą halabardy, scenariusz wymaga, aby po drodze znikali — oni, ale nie ty, o nie, nie ty! Czy nie jest tak naprawdę, Lew, gdzieś w zakamarkach twojej duszy, w głębi tych tajemnych sfer, które odwiedzasz tylko od czasu do czasu? Musiałem się uśmiechnąć. — Może i tak. Ale…
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Stochastyk»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Stochastyk» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Stochastyk» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.
