Przymknęła oczy i spróbowała zasnąć. Musi być wypoczęta. Niedługo rozpocznie swoje następne nowe życie.
Thomas Donovan siedział w tętniącym życiem pomieszczeniu dla redaktorów gazety „Washington Tribune” i wpatrywał się w ekran monitora. Wśród nagród dziennikarskich, przyznanych mu przez liczne szacowne gremia i wyeksponowanych na ścianach oraz półkach jego ciasnego boksu, poczesne miejsce zajmował Pulitzer, którego dostał przed trzydziestką. Donovan przekroczył już pięćdziesiątkę, ale nadal tryskał młodzieńczą energią i zapałem. Jak większość dziennikarzy interwencyjnych, patrzył na sprawy tego świata z silną dozą cynizmu, choćby dlatego, że znał go od najgorszych stron. Tematem artykułu, nad którym teraz pracował, czuł się wielce zniesmaczony.
Zerkał właśnie do notatek, kiedy na jego biurko padł czyjś cień.
– Pan Donovan?
Dziennikarz podniósł wzrok na młodzieńca z działu pocztowego.
– Tak?
– To dla pana. Właśnie przyszło. Chyba jakieś zamówione materiały.
Donovan podziękował i nie kryjąc niecierpliwości, rozerwał kopertę.
Artykuł o loterii, który pisał, miał w sobie potężny ładunek wybuchowy. Zebrał już do niego sporo materiału faktograficznego. Loteria krajowa przynosiła miliardy dolarów zysku rocznie i suma ta rosła co roku o ponad dwadzieścia procent. Połowę ze ściągniętych w ten sposób pieniędzy przeznaczano na nagrodę, jakieś dziesięć procent szło na płace dla agentów i inne koszty manipulacyjne, pozostałe zaś czterdzieści procent rząd zatrzymywał jako czysty zysk. Za takie pieniądze większość firm gotowa była zabić. Od lat trwały spory, czy loteria nie jest aby ukrytym podatkiem nałożonym na najuboższych. Rząd utrzymywał, że badania demograficzne nie wykazują, by najubożsi wydawali na grę znaczącą część swoich dochodów. Takie argumenty do Donovana nie przemawiały. Wiedział na pewno, że miliony osób grających w loterię żyją na granicy ubóstwa, że kupują sobie tę iluzję poprawy egzystencji za renty z ubezpieczenia społecznego, za talony żywnościowe, za wszystko, co tylko można spieniężyć, chociaż szanse na wygraną są tak mikroskopijne, że zakrawają na farsę. Z tym że w reklamach loterii rząd, określając te szanse, z premedytacją wprowadzał ludzi w błąd. Ale to nie wszystko. Donovan odkrył coś zastanawiającego. Mianowicie siedemdziesiąt pięć procent zwycięzców z każdego roku ogłaszało po niedługim czasie bankructwo. Czyli bankrutowało dziewięciu z dwunastu zwycięzców za dany rok. Donovan podejrzewał, że to w głównej mierze skutek działalności rozmaitych oszukańczych funduszów powierniczych i innych podstępnych, wyrafinowanych organizacji, które jak sępy dopadały tych ludzi i oskubywały ich praktycznie do czysta. Nieszczęsnych nuworyszów bombardowały też bez ustanku telefonami i nachodziły organizacje charytatywne. Dostawcy wszelkiego rodzaju sybaryckich dóbr potrafili im wcisnąć każdy chłam, nazywając swoje towary pozycjami, które szanujący się nowobogacki musi posiadać, i zdzierając za rzekomą fatygę olbrzymi procent narzutu. Na tym się nie kończyło. Nagle zdobyty majątek rozbijał rodziny i niszczył długoletnie przyjaźnie, ponieważ chciwość brała najczęściej górę nad wszystkimi racjonalnymi emocjami.
Zdaniem Donovana do tych finansowych krachów w równej mierze przyczyniał się rząd. Przed dwunastoma laty w celu przyciągnięcia większej liczby graczy wprowadzono zasadę wypłaty od razu całej wygranej z przesunięciem odprowadzenia podatku od niej na jeden rok. W reklamach uwypuklano dramatycznie tę innowację, wytłuszczając wielkimi wołami, że wygrane są wolne od podatku, by dalej, drobnym druczkiem uściślać, iż w rzeczywistości chodzi o zawieszenie, i to tylko na jeden rok. Wcześniej wypłatę wygranej rozkładano na kilka lat, automatycznie potrącając podatek od każdej transzy. Teraz zwycięzcy musieli rozliczać się z fiskusem sami. Niektórzy, przekonani, że nie muszą płacić żadnego podatku, szastali pieniędzmi na prawo i lewo. Licznymi podatkami, i to wysokimi, obłożone były również wszelkie przychody z kapitału. Rząd federalny publicznie poklepywał zwycięzcę po plecach i wręczał mu czek na ogromną sumę. A kiedy ten nie był na tyle rozgarnięty, by połapać się w porę w zawiłościach przepisów finansowych, zjawiali się u niego chłopcy z urzędu podatkowego i grożąc karami, odsetkami i czym tam jeszcze mogli, ograbiali do ostatniego centa, zostawiając delikwenta jeszcze biedniejszego, niż był, dopóki los się do niego nie uśmiechnął.
Była to szatańska gra obliczona na puszczenie z torbami wygrywającego, gra prowadzona przez rząd pod pozorem uszczęśliwiania narodu. O tym Donovan był święcie przekonany. A chodziło w niej tylko o jedno: o ściągnięcie pieniędzy. Donovan śledził poruszające ten temat artykuły publikowane w innych gazetach. Zauważył, że każda pojawiająca się w prasie krytyka jest przez przedstawicieli loterii rządowej zalewana natychmiast oceanami danych statystycznych mających dowodzić, na ile to szczytnych celów idą zyski z loterii. Opinię publiczną utrzymywano w przeświadczeniu, że pieniądze te przeznaczane są na edukację, na utrzymanie dróg, i tak dalej, a tymczasem lwia ich część trafiała do bliżej nieokreślonych funduszy i zasilała bardzo interesujące przedsięwzięcia niemające nic wspólnego z dotowaniem szkolnych podręczników czy łataniem dziur w jezdniach. Przedstawiciele loterii pobierali niebotyczne pensje i jeszcze niebotyczniejsze premie. Politycy popierający loterię zacierali ręce, widząc rzekę dolarów płynącą do stanów, które reprezentowali. Wszystko to brzydko pachniało i Donovan uważał, że najwyższy czas, by prawda wyszła na jaw. Swoim piórem, tak jak czynił to już nieraz w czasie trwania swojej kariery zawodowej, otworzy oczy naiwnym. A przynajmniej zawstydzi rząd do tego stopnia, że ten jeszcze raz rozważy moralną stronę eksploatowania owego olbrzymiego źródła dochodów. Być może niczego to nie zmieni, ale on zrobi, co w jego mocy.
Otrząsnął się z tych refleksji i znowu spojrzał na kopertę z dokumentami. Zweryfikował już swoją teorię odsetka bankructw za ostatnie pięć lat. Dokumenty, które trzymał w ręce, zawierały dane z siedmiu wcześniejszych lat. Zaczął je przeglądać. Wyniki były niemal identyczne – z dwunastu szczęśliwców z każdego roku dziewięciu niezmiennie ogłaszało bankructwo. Coś niebywałego! Podniecony przerzucał kartki. A więc nos go nie zawiódł.
I nagle znieruchomiał wpatrzony w którąś z kolei kartkę. Już się nie uśmiechał. Miał przed sobą listę dwunastu kolejnych zwycięzców loterii sprzed dziesięciu lat. Nie może być. To pewnie jakiś błąd. Sięgnął po słuchawkę i zadzwonił do agencji, której zlecił przeprowadzenie tych badań. Nie, powiedziano mu, to nie błąd. Nikt z tych, którzy w tamtym roku wygrali na loterii, nie ogłosił bankructwa.
Donovan odłożył powoli słuchawkę i zapatrzył się znowu w leżącą przed nim kartkę. Herman Rudy, Bobbie Jo Reynolds, Lu Ann Tyler, i tak dalej. Dwunastu zwycięzców z rzędu. Żadne z nich nie zbankrutowało. Żadne. Każdego innego roku z dwunastu szczęśliwców dziewięciu zostawało bankrutami.
Większość dziennikarzy kalibru Thomasa Donovana charakteryzują dwie wrodzone cechy: wytrwałość i instynkt. Donovanowi instynkt podpowiadał, że chyba natrafił właśnie na coś równie podniecającego, jak temat żerowania przez rząd na ludzkiej naiwności.
Musi się skonsultować z paroma swoimi źródłami, ale przecież nie tu, w rojnym newsroomie. Gdzieś na osobności. Wrzucił dokumenty do sfatygowanego nesesera i szybko wyszedł z redakcji. Nie były to godziny szczytu, a więc już po dwudziestu minutach dotarł do swojego małego waszyngtońskiego mieszkanka. Życie dwukrotnie rozwiedzionego i bezdzietnego Donovana obracało się wyłącznie wokół jego pracy zawodowej. Miał powoli dojrzewający romans z Alicją Crane, bywalczynią waszyngtońskich salonów z zamożnej rodziny, swego czasu dobrze politycznie ustosunkowaną. Nie czuł się w tych kręgach swobodnie. Ale Alicja była mu oddana, zawsze chętna do pomocy, i prawdę powiedziawszy, obracanie się na obrzeżach jej luksusowej egzystencji nie było takie znowu przykre.
Читать дальше