Nikt nie widział, jak rozładowują drogi sprzęt audiowideo. Nikt nie był dość blisko, by słyszeć odgłosy prac budowlanych, gdy Michael przygotowywał studio, gdzie filmowali Numer 4.
W pewnym sensie żyli w takim odosobnieniu jak Numer 4. Dla Lindy to poczucie posiadania własnego świata, w którym mieli władzę, stało się częścią przyjemności. Wszystko działo się w starym wiejskim domu, wiele kilometrów od najbliższego dużego miasta. Żadnych wścibskich sąsiadów przyłażących z zapiekanką, żeby się zaprzyjaźnić. Nic ich nie łączyło z tym miejscem. Nie mieli przyjaciół. Ani znajomych. Nie należeli do żadnego świata poza Serią numer 4. I Linda pilnowała, by świat zewnętrzny trzymał się od nich z dala.
Obejrzała palec w świetle wpadającym przez okno. Oby nie zrobiła się blizna. Zawrzał w niej głęboki gniew, wściekłość na Numer 4 za to, że nieumyślnie zostawiła ślad na jej skórze. Każda skaza na jej ciele przerażała ją. Zawsze pragnęła być doskonała.
– Nic mi nie jest – powiedziała, choć sama nie bardzo w to wierzyła. W tej chwili chciała zrobić Numerowi 4 coś takiego, żeby ją popamiętała.
– Daj, zabandażuję – zaproponował Michael.
Wyciągnęła rękę a on ujął ją jak pan młody przed ołtarzem. Czule. Zmienił swoje podejście. Koniec ze śmiechem. Odwrócił jej palec do światła i wytarł go wacikiem. Potem uniósł jej dłoń i ucałował jak średniowieczny dworzanin.
– Myślę… – odezwała się Linda powoli i na jej usta wreszcie wypłynął uśmiech – że czas, by Numer 4 nauczyła się czegoś innego.
Skinął głową.
– Nowa groźba? – spytał. Uśmiechnęła się.
– Stara w nowej wersji.
Adrian machnął pistoletem w stronę wnętrza domu – właściwie niepotrzebnie wskazywał przestępcy, gdzie ma iść. Ciężar broni wydawał się zmienny – w jednej chwili była lekka, niemal zwiewna, by zaraz potem stać się ciężka jak żelazne kowadło. Zmusił się, żeby sprawdzić, czy niczego nie przeoczył: Pełny magazynek? Jest. Kula w komorze? Jest. Broń odbezpieczona?
Tak. Palec na spuście? Jest.
Gotowość do tego, żeby strzelić?
Wątpił, czy zdoła to zrobić, wbrew swoim groźbom i nawet biorąc pod uwagę zło, jakie Mark Wolfe wyraźnie skłonny był wyrządzić niewinnym dzieciom. Słyszał szept Briana: „Jeśli go zastrzelisz, aresztują cię. Kto wtedy będzie szukał Jennifer? Pozostanie zaginiona na zawsze”.
Praktyczny prawniczy argument brata. I jego rzeczowy ton. A mimo to Adrian wiedział, że Briana z nim nie ma, nie w tej chwili. Jestem sam, pomyślał. Potem zaprzeczył: Nie, wcale nie. Usiłował opanować mętlik w głowie.
Spojrzał na ekshibicjonistę, który unikając jego wzroku, wsunął się z powrotem do salonu. To było niemal ponad jego siły przebywać w towarzystwie człowieka tak obojętnego na skutki swoich żądz. Zwykli ludzie myślą o konsekwencjach. Markowie Wolfe'owie tego świata nie. Dla nich liczą się tylko własne potrzeby.
Pistolet nagle wydał mu się zimny, a zaraz potem niemal rozgrzany do czerwoności, jakby wyjęty prosto z oczyszczającego ognia. Mocniej ścisnął rękojeść. Ale może ja jestem taki sam. Szedł naprzód i nadal robił sobie wykłady w duchu.
Mężczyzna uśmiechał się szeroko – objaw choroby, której Adrian mógł się tylko domyślać. Jego własna przynajmniej ma swoją nazwę, diagnozę i rozpoznawalny schemat niszczenia ciała i umysłu. Obsesja Marka Wolfe'a wkraczała na inny obszar – taki, w którym medycyna traci grunt pod nogami i zastępuje ją coś mrocznego.
Naszła go dziwna myśl, że obaj są skazani na zgubę – tylko innego formatu.
– No dobrze, staruszku – odezwał się Wolfe z drwiącą poufałością. – Przestań machać tą armatą i mów, co chcesz wiedzieć.
Wszedł do salonu. Właściwie nic w jego głosie nie wskazywało, żeby czuł się poważnie zagrożony przez Adriana, choć pistolet drżał w powietrzu między nimi.
– Ale najpierw komputer.
Adrian się zawahał.
– Aż taki jest ważny?
Wolfe się uśmiechnął.
– Nie byłoby cię tu z tą spluwą, gdybyś nie znał odpowiedzi na to pytanie.
Za jego plecami Rose weszła do salonu ze ścierką do naczyń w ręku. Uśmiechnęła się na widok Adriana.
– O, Marky, jest twój przyjaciel – zawołała z entuzjazmem.
Wolfe nie odrywał oczu od profesora.
– To prawda, mamo – odparł powoli. – Mój dobry znajomy znów przyszedł nas odwiedzić. Przyniósł twój komputer.
Rose albo nie widziała pistoletu, albo nie rozumiała, dlaczego Adrian go trzymał, bo słowem o nim nie wspomniała.
– Pooglądamy razem telewizję? – spytała.
– Tak, mamo. Myślę, że po to profesor przyszedł. Chce posiedzieć z nami przed telewizorem. Możesz zacząć robić na drutach.
Kobieta uśmiechnęła się i poszła na swój fotel. Po kilku sekundach usiadła ciężko i w tle rozległ się subtelny stukot dziergających drutów.
– Swoich rzeczy jej nie pokazuję – wyjaśnił Wolfe. – Nawet jeśli nie bardzo kojarzy co to. Wysyłam ją do łóżka, zanim się podłączam.
Wzruszające, pomyślał Adrian. Chowa pornografię przed matką. Dobry synek.
– A więc… – zaczął i równie szybko zamilkł.
– Będziesz musiał poczekać, profesorku. Mój dom, moje zasady.
Adrian skinął głową. Poszedł usiąść na wytartej sofie.
– Poczekamy razem – stwierdził. Nadal mierzył pistoletem w pierś Wolfe'a.
– Wiesz… – powiedział powoli Wolfe i jego twarz zmarszczyła się w lekkim uśmiechu. – Tacy ludzie jak ja tak naprawdę nie są niebezpieczni. Jesteśmy po prostu… ciekawi. Doktor West nie tłumaczył ci tego?
Nie niebezpieczni. Co za kłamstwo, krzyknął Adrian w duchu. Na zewnątrz jednak zachowywał – miał nadzieję – pokerową twarz.
– Nie rozmawiałem o panu z doktorem Western – odparł.
W oczach Wolfe'a mignęło zaskoczenie.
– To ciekawe. – Usiadł ciężko naprzeciwko Adriana i wziął pilot. Wycelował nim w dekoder kablówki pod szerokoekranowym telewizorem i kiedy urządzenie budziło się do życia, mruknął: -…Bo szanowny pan doktor wydaje mi się w gruncie rzeczy taki sam jak ty.
– To znaczy? – spytał Adrian, kiedy na ekranie pojawiła się lista kanałów.
– Chce się uczyć – odparł Wolfe. Z jego ust wyrwał się szybki wybuch śmiechu. – Tyle tylko, że nie musi mnie trzymać na muszce, żeby się dowiedzieć tego, czego chce.
Adrianowi kręciło się w głowie. Chciał pomocy. Potrzebował pomocy. Jednak wszyscy jego nieżyjący goście milczeli. Spodziewał się, że tylko tymczasowo. Ktoś mi pomoże. Na pewno. Nie pozwolą, żebym za długo był sam.
– Co pan sądzi, profesorze? – spytał nagle Wolfe. – MASH czy może stary Mary Tyler Moore Show? Moja matka raczej nie łapie humoru Simpsonów.
Nie czekał na odpowiedź. Wcisnął guzik i ekran wypełniły śmigłowce. Wojskowe maszyny w kolorze khaki krążyły nad zboczem wzgórza w południowej Kalifornii, które udawało Koreę z lat pięćdziesiątych. Z głośników popłynęła znajoma muzyka.
– O, dobrze – zawołała Rose wesoło. – To Sokole Oko i major Burns. – Druty zastukotały energiczniej, kiedy wychyliła się w stronę telewizora.
– Pamięta ich – wyjaśnił Wolfe. – Radara. Gorące Wargi. Trapera Johna i Klingera. Ale nie imię własnej siostry. Ani żadnego z moich kuzynów. Wszyscy stali się obcy. Fakt faktem, nie pojawiają się tak regularnie jak Alan Alda i Mike Farrell. Ani oni, ani nikt inny. Jesteśmy tylko we dwoje. Sami. Oprócz ludzi na ekranie. To jej jedyni przyjaciele.
Читать дальше