– Cieszę się, że się zdecydowałaś.
– Ja też – powiedziała zwyczajnie i po prostu. – Tylko nie wiem, skąd wiedziałeś. Nikomu nie mówiłam, że jestem w ciąży.
– Nie wiedziałem.
– Nie? – Jej głos spowolniał. – To dlaczego…?
– Powiedziałem, że zwisa mi, czyje jest. – Dotknąłem jej brzucha. Pierwszy raz tak naprawdę, jak ojciec. – Może to za duży skrót myślowy. To dobrze, że moje. Cudownie. Naprawdę. Ale gdyby nawet nie moje… W Ogadenie nie było żadnego dziecka. A też jakoś… Szukałem cię. Od lutego, ale wcześniej nie było pewności… Mogli mi jednak obciąć tę nogę.
– Szukałeś? – Jej dłonie spoczywały po bokach brzucha, tam, gdzie się wycofały, by zrobić miejsce mojej. Niedaleko. Ale między naszymi rękoma pozostawało trochę wolnej przestrzeni.
– To był właściwie gwałt. Zaręba jest wszystkim, czego nienawidzę w wojsku, a ty właśnie z nim… Byłem na ciebie wściekły. Pomyślałem sobie: „Zwykłe kurwiątko”. Więc nawet nie pocałowałem, tylko… Ale…
– Całowałeś mnie.
– Wiem, pamiętam. Ale nie wtedy. Chodzi mi o… – trochę mocniej nacisnąłem na jej brzuch. – No, jak je robiliśmy. Robiłem. – Uczciwość wymagała tego sprostowania.
– Robiliśmy – powiedziała cicho. – I pocałowałeś mnie. Tylko na koniec, ale na pewno. Ja też pamiętam. Jeszcze byłam na chodzie. – Jej dłonie przesunęły się kawałeczek do przodu, dotknęły mojej koniuszkami szczupłych palców. – Może i chciałeś mnie ukarać. Ale to nie był gwałt. Mogłam cię jedną ręką… Jeśli masz wyrzuty sumienia, to niepotrzebnie.
– Mam.
– No to nie miej. Było całkiem fajnie.
– Nie tobie.
– Guzik wiesz, jak mi było.
– Leżałaś jak lalka. Przedtem…
Poczekała, ale ponieważ nie umiałem dokończyć, zrobiła to za mnie. Po swojemu oczywiście.
– Przedtem to ty leżałeś jak lalka. I co? Tak źle ci było?
– Też skończyło się na narobieniu apetytu – mruknąłem z mieszaniną goryczy, skrępowania i mrocznej satysfakcji. Podała mi argument na tacy.
– Źle ci było? – jej głos stwardniał. Wzruszyłem nieznacznie ramionami. Musiałem się uśmiechnąć. – No widzisz. Małe radości też cieszą.
– Ale za takie coś – położyłem drugą dłoń na jej brzuchu – należy się wiele dużych. Cholernie słona cena za jedną małą.
Znów zrobiła mi miejsce, brzucha okazało się jednak trochę za mało dla czterech dłoni i parę naszych palców musiało się podzielić miejscem. Z prawej górą były te białe, ale z lewej…
W końcu i ona mnie dotknęła. Sama, bez przymusu.
– Co robisz w tej bramie? – Uśmiechała się samymi oczami.
– Czasem tu zachodzę. Miłe miejsce.
Rozejrzała się demonstracyjnie.
– Masz specyficzny gust.
– To już ustaliliśmy. – Teraz drgnęły także kąciki jej ust, więc zebrałem się na odwagę, podniosłem dłoń i niespiesznie, dając jej czas na reakcję, wsunąłem w krótki rękaw sukienki. Reakcji nie było. Pomijając lekkie zesztywnienie. – No proszę. Koniec z niechlujstwem.
– Jacek…
Zabrałem rękę. Żadne z nas nie chciało tego tak naprawdę, ale była zakłopotana, a ja przypomniałem sobie o postanowieniu odkładania na później kwestii cielesnych. Wstałem, cofnąłem się o krok.
– Nie szkodzi. Taka też mi się podobasz. Jestem niekonsekwentny, kiedy chodzi o ciebie. Książki nie czytam, a na trzepak się gapię.
– Trzepak? – Nie zrozumiała, ale była inteligentną, dojrzałą kobietą i literaturę stawiała wyżej. – Mam się jakoś do nieczytania książek?
– Tej tak. Za dużo tam ciebie, a ona za dobrze pisze.
– Skąd wiesz?
– W „Wyborczej” wydrukowali fragment, jako zapowiedź książki. Z rozpędu przeczytałem. – Czekała na więcej. – Zdołował mnie.
– Dlaczego?
– Wszystkie kawałki o miłości ostatnio mnie dołują – wyznałem. – Nie wiem tylko, czy bardziej te o szczęśliwiej, czy tragicznej.
– Ten fragment był o miłości? – zapytała mrużąc oczy.
– Po co szłaś do Doroty?
To się nazywa zręczny unik. Ale usprawiedliwiał mnie fakt, że tak naprawdę nie chciałem już uników. Była mi bliska, miałem ochotę wydłubać sobie mózg i przełożyć do jej głowy, by wiedziała o mnie wszystko i byśmy w końcu stali się tą jednością, o której tyle piszą w książkach.
– Chciałam pożyczyć trochę pieniędzy. – Była niedożywiona, sukienka i pantofle z dala pachniały lumpeksem, ona sama w ogóle nie pachniała, co najwyżej najtańszym mydłem z przytułku dla upadłych dziewczyn. Miała sto powodów, by potrzebować pieniędzy, i nawet przez myśl mi nie przeszło, by pytać. Sama powiedziała. – Potrzebuję na test. To znaczy: chyba. Nie wiem. To akurat pewnie jest darmowe, nawet jeśli ktoś nie ma ubezpieczenia, ale na wszelki wypadek… Chcę sprawdzić, czy nie jestem nosicielką.
Oczami wyobraźni widziała co najmniej Szczebielewicza gubiącego czapkę. Rozczarowałem ją.
– Dobra. Razem skoczymy. Też sobie zrobię dla świętego spokoju.
Wpatrywała się we mnie jak saper w oryginalny model miny.
– Razem? – Czekała. Może nie na wybuch, ale na tykanie mechanizmu na pewno.
– Ale już nie tutaj. Chodź.
– Dokąd?
– Na razie na Piotrkowską.
To nie było daleko, a ona nie wiedziała, co myśleć, no i była kobietą, istotą z natury ciekawską. Wstała. Pozwoliła mi wziąć walizkę i wyszła za mną na ulicę. Niewiele ryzykowała, więc czemu nie?
Szedłem bliżej krawężnika, walizkę niosłem w lewej ręce, nie tyle z uwagi na mundur i obowiązek salutowania napotkanym kolegom po fachu, co z uwagi na bolące kolano. Chociaż teraz akurat nie bolało. Czekało. Ja cały czekałem. Nadchodził decydujący moment.
Z prawej miałem krawężnik, z lewej walizkę. Siłą rzeczy Gabriela szła jeszcze dalej z lewej, na tyle daleko, że mało uważny obserwator miałby problemy ze skojarzeniem nas ze sobą. Jakiś kosz na śmieci wyrósł nam na drodze i żadne nie musiało zbaczać z kursu, by go obejść.
– O której masz pociąg?
To było najgorsze pytanie, jakie kiedykolwiek mi zadała. Nie dla mnie. Dla niej. I dlatego dla mnie też. To mnie pakowali wtedy, nocą, do sanitarnego śmigłowca i to ona patrzyła, jak odlatuję nieprzytomny może pod skalpel chirurga, a może już tylko pod łopatę grabarza. Byłem optymistą, miałem nadzieję, że choć w połowie, w jednej czwartej podziela moje emocje i mdliło mnie na myśl, że mógłbym się wówczas znaleźć w jej skórze. I oto teraz miała to przeżyć po raz drugi. Tylko ciężej. Co innego, kiedy kogoś odwożą do szpitala, a co innego, gdy sam, z własnej woli…
– Zdążymy.
Już. Narożnik, uderzenie światła prosto w twarz, eksplozja kolorów. Byliśmy na Piotrkowskiej, w ludzkiej rzece, która, jak każda wielka rzeka, to rwała do przodu wartkim nurtem, to sączyła się leniwie, meandrowała, gubiła mniejsze odnogi w zastoiskach sklepów, ogródków piwnych czy okienek z lodami.
Podszedłem do najbliższego. Kolejki nie było: te na patyku, sprzedawane parę kroków dalej, cieszyły się większym powodzeniem.
– Duży, czekoladowy. – Postawiłem walizkę, sięgnąłem do kieszeni. Gabriela zatrzymała się obok, zdziwiona patrzyła, jak odliczam drobne.
– Za złotówkę więcej dam dwa małe. – Facet zza szyby uśmiechnął się na poły szlachetnie, na poły chytrze. Chyba sam nie był pewien, kto zyska, a kto straci przy takim rabacie. – Dla naszego wojska…
– Dobra – zgodziłem się. – Złotówka więcej. Jeden bardzo duży.
Читать дальше