– Jak zamierzasz udowodnić, że to ja się dopuściłem profanacji zwłok? Nie masz żadnych świadków, a jedynie garść niewiele znaczącego materiału dowodowego.
– To już bez znaczenia. Chciałem ci unaocznić co innego. Jeśli przeciągnę proces do dwóch miesięcy, i tak prawie na rok zdołam cię uziemić w więzieniu okręgowym. A jedenaście miesięcy to bardzo długo, zwłaszcza dla kogoś, kto dysponuje grubą forsą.
– Jakoś sobie poradzę – odparł Lanigan, śmiało patrząc prokuratorowi w oczy, choć w głębi ducha się modlił, aby to Parrish pierwszy odwrócił wzrok.
– Może i tak. Niemniej mimo wszystko postawiłbym cię w stan oskarżenia.
– Czego więc żądasz? – zapytał wprost Sandy.
– Spróbujcie na całą tę sprawę popatrzeć z boku. – Parrish szeroko rozłożył ręce. – Zrobiłeś z nas wszystkich ostatnich głupców, Patricku. Służby federalne pospiesznie wycofały się rakiem, a i my zostaliśmy niemal z pustymi rękoma. Daj nam cokolwiek, jeśli chcesz, żebyśmy rzeczywiście rozstali się w pokoju.
– W porządku. Sformułuj oskarżenie. Przebrniemy wstępne formalności i staniemy przed sędzią, po czym przyznam się do sprofanowania zwłok i poproszę o łagodny wyrok. Żadnego więzienia. Już na wstępie wyjaśnisz sędziemu, że najbliższa rodzina złożyła wniosek o wycofanie zarzutów karnych. Wystąpisz o dowolną karę, wyrok w zawieszeniu, kuratelę sądową, grzywnę, zwrot kosztów procesowych i odszkodowanie za swój stracony czas. Będziesz mógł nawiązać do tego, że byłem torturowany i wiele wycierpiałem. Zrobisz wszystko, Terry, żeby zachować twarz. Najważniejsze jest to, abym nie musiał spędzić ani jednego dnia w więzieniu.
Parrish zastanawiał się przez chwilę, nerwowo bębniąc palcami o blat stołu.
– I zgodzisz się ujawnić nazwisko ofiary?
– Tak, ale dopiero wówczas, gdy podpiszemy papiery.
– Mamy nawet zgodę najbliższych krewnych na rozkopanie grobu – wtrącił Sandy, machnął w powietrzu następnym świstkiem i natychmiast odłożył go z powrotem do teczki.
– Śpieszy mi się, Terry. Tam czeka na mnie nowe życie.
– Muszę się skontaktować z sędzią Trusselem. Zdajesz sobie sprawę, że powinienem uzyskać jego akceptację dla tego typu umowy.
– Na pewno się zgodzi – odparł Lanigan.
– Czy to znaczy, że osiągnęliśmy porozumienie? – zapytał McDermott.
– Z mojej strony nie będzie żadnych sprzeciwów. – Parrish wyłączył magnetofon i zaczął pospiesznie zgarniać swoje rzeczy do aktówki.
Patrick puścił oko do Sandy’ego.
– Jeszcze jedno – rzekł prokurator, wstając od stołu. – Co możesz nam powiedzieć na temat Peppera Scarboro?
– Ujawnię jego fałszywe personalia i podam numer karty ubezpieczenia socjalnego.
– To znaczy, że nadal żyje?
– Chyba tak. Możecie go odnaleźć, ale zróbcie to ostrożnie, żeby go nie spłoszyć. Nie zrobił przecież niczego złego.
Parrish obrócił się na pięcie i bez pożegnania wyszedł z sali.
O drugiej po południu przyszła na umówione spotkanie z wiceprezesem londyńskiej filii DeutscheBank. Doskonale mówiący po angielsku Niemiec, odznaczający się wyszukanymi manierami i nienagannie ubrany w elegancki dwurzędowy garnitur, przyjął ją z pełnym szacunku uśmiechem. Zaledwie obrzucił przelotnym spojrzeniem jej zgrabne nogi, po czym szybko przeszedł do interesu. Z filii macierzystego banku w Zurychu przesłano mu telefaksem instrukcję nakazującą przelać sto trzynaście milionów dolarów z zaszyfrowanego konta do waszyngtońskiej filii AmericaBank. A jego gość miał podać hasło, numer konta i potwierdzić owe instrukcje. Sekretarka przyniosła herbatę i ciasteczka, prezes zaś przeprosił uroczą prawniczkę, tłumacząc, że musi zadzwonić do Zurychu.
– Wszystko w porządku, panno Pires – oznajmił po powrocie, usiadł za biurkiem i sięgnął po herbatnika.
Eva spoglądała mu śmiało w oczy, nawet przez chwilę nie podejrzewała jakichkolwiek kłopotów.
Po chwili cicho zaszumiała drukarka komputerowa, Niemiec podsunął jej arkusz wyciągu. Po dokonaniu przelewu na koncie w DeutscheBank pozostało milion dziewięćset tysięcy dolarów, nie licząc drobnej końcówki. Eva przebiegła wzrokiem wydruk, po czym złożyła starannie arkusz i wsunęła go do torebki – nowiutkiej, eleganckiej, prosto z salonu Chanel.
Na innym szwajcarskim koncie pozostały jeszcze trzy miliony. W filii banku kanadyjskiego na Kajmanach znajdowało się sześć i pół miliona. Pewien renomowany inwestor z Bermudów obracał w ich imieniu funduszem w wysokości czterech milionów dolarów, a dalsze siedem milionów dwieście tysięcy było bezpiecznie ulokowane w banku luksemburskim, lecz te pieniądze miały być wycofane w pierwszej kolejności.
Dopełniwszy wszelkich formalności, Miranda wyszła z banku i wsiadła do wynajętej limuzyny z szoferem. Musiała jeszcze zadzwonić do Sandy’ego i poinformować go o wykonaniu poleceń.
Benny bardzo krótko grał rolę przestępcy poszukiwanego federalnym listem gończym. Jego przyjaciółka spędziła noc we Frankfurcie, po czym wsiadła do samolotu i koło południa wylądowała na londyńskim Heathrow. Tam już na nią czekano, celnik na lotnisku bez pośpiechu dwukrotnie sprawdził jej paszport. Szwedka była w ciemnych okularach, ręce jej się trzęsły. Wyraźnie było to widać na obrazie utrwalonym na kasecie wideo.
Na postoju przed terminalem zaopiekował się nią policjant w cywilu, tymczasowo pełniący rolę portiera przywołującego taksówki. Poprosił ją, aby cierpliwie zaczekała, obok tamtych dwóch dam, podczas gdy on zajął się rozładowywaniem korka. Kierowca taksówki nie był podstawiony, lecz parę minut wcześniej odebrał szczegółowe instrukcje i został wyposażony w krótkofalówkę.
– Hotel „Athenaeum” przy Piccadilly – poleciła, usadowiwszy się w środku.
Taksówkarz włączył się do ruchu na zatłoczonej drodze dojazdowej i z udawaną nonszalancją przekazał cel kursu przez radio do centrali.
Specjalnie się nie śpieszył. Dopiero po półtoragodzinnej podróży zatrzymał wóz przed wejściem do hotelu. Następnie kobieta musiała ponadto zaczekać w recepcji, wreszcie kierownik zmiany przeprosił ją uprzejmie za zwłokę, wyjaśniając, że właśnie zepsuł się komputer.
Kiedy w końcu nadeszła wiadomość, że w aparacie w zarezerwowanym pokoju został założony podsłuch, otrzymała klucze, a boy zawiózł ją na piętro. Szybko dała mu napiwek, zamknęła drzwi na klucz i od razu usiadła przy telefonie.
Pierwsze słowa, jakie nagrała dyżurująca ekipa, brzmiały:
– Cześć, Benny. To ja. Jestem już na miejscu.
– Dzięki Bogu – odparł Aricia. – Wszystko w porządku?
– Tak. Tylko diabelnie się boję.
– Ktoś cię śledził?
– Nie, chyba nie. Byłam bardzo ostrożna.
– Wspaniale. Słuchaj uważnie. Przy Brick Street niedaleko Down, kilkaset metrów od twojego hotelu, znajduje się niewielki barek kawowy. Spotkamy się tam za godzinę.
– Dobrze. Naprawdę strasznie się boję, Benny.
– Wszystko będzie dobrze, kochanie. Bardzo się za tobą stęskniłem.
Kiedy dotarła do kawiarni, Benny’ego jeszcze nie było. Czekała przez godzinę, wreszcie ogarnięta przerażeniem wróciła szybko do hotelu. Więcej do niej nie zadzwonił. Spędziła bezsenną noc.
Następnego ranka kupiła w hotelowym kiosku gazetę, zamówiła w barze kawę i zaczęła przeglądać wiadomości. Na końcu drugiej strony „Daily Maił” przeczytała króciutką notatkę o ujęciu amerykańskiego oszusta poszukiwanego listem gończym, niejakiego Benjamina Aricii.
Szybko spakowała walizki i zarezerwowała miejsce w samolocie do Sztokholmu.
Читать дальше