Gdy ksiądz przygotowywał się do rozpoczęcia mszy, Becker sprawdził ranę. Na koszuli widniała czerwona plama, ale krwawienie ustało. To było tylko draśnięcie. Wepchnął koszulę w spodnie i uniósł głowę, żeby się rozejrzeć. Kościelny właśnie zamykał drzwi katedry. Becker wiedział, że jeśli morderca go śledził, to teraz znalazł się w pułapce. W sewilskiej katedrze są tylko jedne otwarte drzwi; to rozwiązanie wywodzi się z czasów, kiedy kościół był również miejscem schronienia w razie ataku Maurów. Obrońcy barykadowali tylko jedne drzwi. Dziś ma inną zaletę – łatwiej dopilnować, by wszyscy turyści zwiedzający katedrę kupili bilet.
Siedmiometrowe ozdobne drzwi zatrzasnęły się. Becker został zamknięty w domu bożym. Zmrużył powieki i osunął się jak najniżej. W całym tłumie on jeden nie był ubrany na czarno. Chór zaczął śpiewać.
Wzdłuż nawy bocznej powoli przesuwał się jakiś mężczyzna, starając się trzymać w cieniu. Wślizgnął się do środka w ostatniej chwili, tuż przed zamknięciem drzwi. Uśmiechnął się do siebie. Polowanie stawało się coraz bardziej interesujące. Becker jest tutaj… Czuję to. Metodycznie sprawdzał rząd po rzędzie. Zerknął na kiwającą się kadzielnicę. Wspaniałe miejsce na śmierć, pomyślał Hulohot. Mam nadzieję, że nie zaniżę poziomu.
Becker ukląkł na zimnej posadzce i pochylił głowę, tak aby nie było go widać. Siedzący obok mężczyzna zmierzył go surowym spojrzeniem – takie zachowanie w kościele było niedopuszczalne.
– Enfermo – przeprosił Becker. – Źle się czuję.
Musiał się ukryć. Zauważył już w bocznej nawie sylwetkę mężczyzny w drucianych okularach. To on ! Jest tutaj !
Becker był w środku ogromnego tłumu, ale mimo to obawiał się, że jest łatwym celem. Jego kurtka koloru khaki w powodzi czarnych ubrań była niczym latarnia sygnałowa. Zastanawiał się przez chwilę, czy jej nie zdjąć, ale pod spodem miał białą koszulę – to tylko pogorszyłoby sytuację. Skulił się więc jeszcze bardziej.
– Turysta – skrzywił się siedzący obok starszy mężczyzna z oszpeconą bliznami po ospie twarzą. – Llamo un médico ? Czy mam wezwać lekarza? – spytał sarkastycznym tonem.
– No, gracias – Becker spojrzał na starego. – Estoy bien.
– Pues siéntate ! To proszę usiąść! – zgromił go tamten. Wokół rozległy się syki. Stary ugryzł się w język i spojrzał przed siebie.
Becker zamknął oczy. Skulony zastanawiał się, jak długo potrwa nabożeństwo. Jako protestant zawsze sądził, że katolicka msza trwa bardzo długo. Miał nadzieję, że tak jest naprawdę. Gdy ludzie zaczną wychodzić, będzie musiał wstać, by ich przepuścić. W kurtce khaki będzie widoczny z daleka.
W tym momencie nie miał żadnego wyboru, po prostu klęczał na zimnej posadzce. Stary przestał wreszcie zwracać na niego uwagę. Wszyscy stali i śpiewali hymn. Becker klęczał. Zaczęły mu cierpnąć nogi. Nie było miejsca, by mógł je rozprostować. Cierpliwości, pomyślał. Cierpliwości. Zamknął oczy i wziął głęboki oddech.
Zaledwie kilka minut później ktoś potrącił go nogą. Becker otworzył oczy. Facet ze śladami ospy stał obok i niecierpliwie czekał na przejście.
Becker wpadł w panikę. Już chce wyjść ? Będę musiał wstać ! Ruchem ręki pokazał mężczyźnie, żeby przeszedł nad nim. Stary z trudem panował nad gniewem. Odsunął na bok połę czarnego płaszcza i wskazał na rząd ludzi czekających na wolną drogę. Becker spojrzał w lewo – kobiety, która tam siedziała, już nie było. Ławka na lewo od niego była pusta.
Przecież msza nie mogła się skończyć ! To niemożliwe ! Przed chwilą się zaczęła !
Nagle zobaczył ministranta i dwa szeregi ludzi w środkowym przejściu, powoli przesuwających się w stronę ołtarza.
Komunia. Ci cholerni Hiszpanie zaczynają od komunii !
Susan zeszła na dół po drabinie. Wokół korpusu TRANSLATORA unosiły się kłęby pary, która skraplała się na metalowych pomostach. Niewiele brakowało, a upadłaby. Jej pantofle nie zapewniały odpowiedniego tarcia. Zastanawiała się, ile jeszcze czasu przetrwa TRANSLATOR. Co jakiś czas odzywały się syreny alarmowe. Co dwie sekundy migotały lampy sygnalizacyjne. Trzy poziomy niżej dygotały pracujące pełną mocą generatory awaryjne. Susan wiedziała, że gdzieś tam na dole, w mglistych ciemnościach, znajduje się główny bezpiecznik. Czuła, że zostało jej już niewiele czasu.
Strathmore stał, trzymając w ręce berrettę. Raz jeszcze przeczytał list. Położył go na podłodze. Nie miał wątpliwości, że to, co zamierzał zrobić, było tchórzliwym postępkiem. Muszę przetrwać, postanowił. Raz jeszcze pomyślał o wirusie w głównym banku danych, o Davidzie Beckerze w Hiszpanii, o planach zainstalowania tylnej furtki w Cyfrowej Twierdzy. Dużo kłamał. Odpowiada za wiele spraw. To był jedyny sposób, by uniknąć oskarżeń… uniknąć hańby. Starannie wymierzył. Zamknął oczy i nacisnął spust.
Susan zdążyła pokonać zaledwie sześć ciągów schodów, gdy usłyszała stłumiony odgłos wystrzału. Huk nie był głośny, a szum generatorów go niemal całkowicie zagłuszył. Do tej pory słyszała strzały jedynie na filmach, ale nie miała wątpliwości, że to był strzał.
Zatrzymała się w miejscu. W uszach miała wciąż ten sam odgłos. Była przerażona i obawiała się najgorszego. Przypomniała sobie marzenia komandora o triumfie, jakim byłoby zainstalowanie tylnej furtki w Cyfrowej Twierdzy. Marzenia skończyły się na wprowadzeniu wirusa do głównego banku danych. Dodała do tego nieudane małżeństwo i dziwne skinięcie głową na zakończenie ich rozmowy. Zawróciła na podeście i chwyciła poręcz. Komandorze ! Nie !
Przez chwilę tkwiła nieruchomo. W głowie miała zupełną pustkę. Echo strzału wyparło z jej świadomości otaczający ją chaos. Rozsądek podpowiadał, że powinna iść dalej, ale nogi odmówiły posłuszeństwa. Komandor ! Susan ruszyła po schodach na górę, całkowicie zapominając o wszystkim, co działo się wokół niej.
Biegła niemal na oślep, ślizgając się na mokrych stopniach. W podziemiu było tak wilgotno, jakby padał deszcz. Gdy dotarła do drabiny i zaczęła się wspinać, czuła, że unosi ją do góry gęsty kłąb pary. Ciśnienie niemal wyrzuciło ją z szybu do głównej sali Krypto. Potoczyła się po podłodze i z ulgą zaczerpnęła świeżego powietrza. Jej biała bluzka była zupełnie mokra i lepiła się do skóry.
W Krypto było ciemno. Susan przez moment stała w miejscu, starając się odzyskać orientację. W uszach wciąż miała odgłos wystrzału. Z szybu wydobyły się kłęby pary, niczym z wulkanu na chwilę przed wybuchem.
Przeklinała swoją głupotę. Dlaczego zostawiła Strathmore’owi pistolet? Tak chyba było, prawda? A może zostawiła berrettę w Węźle nr 3? Gdy jej oczy dostosowały się do ciemności, zobaczyła wielką dziurę w ścianie Węzła. W słabym świetle dostrzegła rękę Hale’a. Nie był związany jak mumia i nie leżał na boku. Trzymał rękę wysoko nad głową i przewrócił się na wznak. Czyżby się uwolnił? W ogóle się nie ruszał, leżał jak martwy.
Susan spojrzała w stronę gabinetu Strathmore’a, wysoko nad główną salą.
– Komandorze?
Cisza.
Ostrożnie zbliżyła się do Węzła nr 3. Hale trzymał coś w ręce. Światło monitorów odbijało się od gładkiej powierzchni. Susan zrobiła kilka kroków w jego kierunku… jeszcze kilka… Nagle rozpoznała przedmiot: to była berretta.
Читать дальше