– Przyjęłam ją zeszłej nocy – powiedziała Abby. – Ma trzydzieści cztery lata, męża i dwójkę dzieci. Dziewczynki bliźniaczki. Były tutaj. Widziałam je niedawno. To było dziwne, Mark. Zauważyłam, że bały się dotknąć matki. Stały tak i patrzyły, tylko patrzyły, ale nie chciały jej dotknąć. W myślach mówiłam do nich: musicie, musicie zrobić to teraz, bo to może być ostatni raz. Ostatnia szansa, jaką jeszcze macie. Ale one jej nie dotknęły. I myślę, że kiedyś będą żałowały. – Potrząsnęła głową. Nerwowo przesunęła ręką po oczach. – Słyszałam, że wypadek spowodował pijany facet, który jechał pod prąd. Wiesz, co mnie wkurza, Mark? Naprawdę mnie to wkurza. On będzie żył. Właśnie teraz siedzi na górze na oddziale ortopedycznym, jęcząc z powodu kilku połamanych kości. – Abby wzięła głęboki oddech i wydawało się, że cały jej gniew uleciał razem z westchnieniem. – Jezu, jestem tu po to, żeby ratować ludzkie życie, a chciałabym, żeby z tego gościa została mokra plama na autostradzie. – Odwróciła się od łóżka. – Chyba już czas, żebym poszła do domu. Mark pogłaskał ją po ramionach.
– Chodź – powiedział – odprowadzę cię do wyjścia.
Opuścili oddział intensywnej terapii i wsiedli do windy. Kiedy drzwi zasunęły się, Abby wtuliła się w fartuch Marka. Od razu otoczył ją ciepłymi, silnymi ramionami. Tu zawsze czuła się bezpiecznie. Zawsze. Jeszcze rok temu nawet o tym nie marzyła. Ona była stażystką, a Mark Hodell – specjalistą-chirurgiem w zakresie klatki piersiowej – i to nie byle jakim, bo czołowym chirurgiem zespołu transplantacyjnego szpitala Bayside. Spotkali się na sali operacyjnej przy nagłym przypadku. Pacjent, dziesięcioletni chłopiec, został przywieziony na sygnale. Z jego klatki piersiowej sterczała strzała – rezultat kłótni z bratem oraz fatalnego doboru prezentów urodzinowych. Mark już umył ręce i był ubrany, kiedy Abby weszła na salę operacyjną. To był pierwszy tydzień jej stażu. Była zdenerwowana i onieśmielona na samą myśl o tym, iż będzie asystowała słynnemu doktorowi Hodellowi. Podeszła do stołu. Z obawą spojrzała na mężczyznę stojącego naprzeciwko niej. Nad maską chirurgiczną zauważyła wysokie czoło i piękne niebieskie oczy przyglądające się jej badawczo.
Operowali razem. Chłopiec przeżył. Miesiąc później Mark zaprosił Abby na randkę. Odmówiła mu dwukrotnie. Nie dlatego, że nie miała ochoty. Po prostu wydawało jej się, że nie powinna zgadzać się od razu.
Minął kolejny miesiąc. On znowu poprosił ją o spotkanie. Tym razem Abby przyjęła zaproszenie. Potem Abby wprowadziła się do domu Marka w Cambridge. Na początku nie było jej łatwo. Musiała nauczyć się żyć z czterdziestojednoletnim mężczyzną, który nigdy dotąd nie dzielił życia ani mieszkania z kobietą. Teraz jednak, czując jak Mark ją obejmuje i podtrzymuje na duchu, nie potrafiła już sobie wyobrazić życia bez niego. Wiedziała, że nie umiałaby pokochać nikogo innego.
– Biedactwo – wyszeptał Mark. Poczuła we włosach jego ciepły oddech. – To okrutne, prawda?
– Chyba nie jestem stworzona do takiej pracy. Co ja, do cholery, tutaj robię?
– To, o czym zawsze marzyłaś. Tak mi kiedyś mówiłaś.
– Już nawet nie pamiętam, czego dokładnie dotyczyły tamte marzenia. Zaczynam o nich zapominać.
– Czy nie było w nich czegoś o ratowaniu życia?
– Prawda. No i teraz właśnie życzę śmierci temu pijakowi, który spowodował wypadek. – Potrząsnęła głową zdumiona własnymi myślami.
– Abby, przechodzisz teraz przez najtrudniejszy etap. Jeszcze tylko dwa dni na oddziale pourazowym. Musisz wytrzymać jeszcze tylko dwa dni.
– Wielka mi rzecz. Potem zaczyna się chirurgia klatki piersiowej.
– W porównaniu z pourazowym to pestka. Pourazowy zawsze wykańcza psychicznie. Przetrzymasz to, tak jak inni.
Jeszcze głębiej wtuliła się w jego ramiona.
– Gdybym przerzuciła się na psychiatrię, czy straciłabym cały twój szacunek?
– Cały. Co do tego nie ma wątpliwości.
– Jesteś wstrętny.
Śmiejąc się pocałowała go w czubek głowy.
– Wiele osób tak myśli, ale tylko tobie wolno powiedzieć to głośno. Na parterze wysiedli z windy i wyszli ze szpitala. Boston już prawie tydzień kąpał się w fali wrześniowego słońca. Kiedy szli przez parking, Abby czuła, jak opuszczają ją resztki energii. Ledwie powłóczyła nogami po płytach chodnika. Właśnie tak z nami jest – pomyślała – trzeba przejść przez ogień, żeby zostać chirurgiem. Całe dnie umysłowego i emocjonalnego wyczerpania, godziny mozolnych siłowań ze świadomością, że pcha się naprzód fragmenty życia, które nieodwracalnie zostają za nami. Wiedziała, że to było bezwzględnie konieczne. Mark przeszedł przez to wszystko, więc dlaczego ona miała nie wytrzymać. Przytulił ją i pocałował jeszcze raz.
– Jesteś pewna, że bezpiecznie dojedziesz do domu? – spytał.
– Włączę po prostu automatycznego pilota.
– Będę w domu za godzinę. Mam kupić po drodze pizzę? – spytał. Ziewając wsiadła za kierownicę.
– Dla mnie nie, dziękuję.
– Nie będziesz jadła kolacji? Włączyła silnik.
– Wszystko, czego w tej chwili pragnę – westchnęła – to łóżko.
W nocy do Niny Voss dotarło to jak najcichszy szept czy muśnięcie delikatnych skrzydeł: umieram. Świadomość tego nie przerażała jej. Już od tygodni czuwały przy niej na zmianę trzy pielęgniarki, codziennie odwiedzał ją też doktor Morissey, zapisując jej coraz to wyższe dawki furosemidu. Mimo tego wszystkiego Nina zachowywała spokój. Dlaczego miała się niepokoić? W życiu zaznała wystarczająco dużo szczęścia i błogosławionych chwil. Wiedziała już, co to miłość, radość i zachwyt. W ciągu swego czterdziestosześcioletniego życia widziała słońce wschodzące ponad świątyniami Karnaku, spacerowała o zmierzchu wśród ruin Delf i wspinała się na wzgórza Nepalu. Akceptowała swoje miejsce na tym świecie i osiągnęła wewnętrzny spokój. Żałowała tylko dwóch rzeczy. Po pierwsze, że nigdy nie miała własnego dziecka. Po drugie, bała się, że po jej śmierci Wiktor zostanie sam. Przez całą noc jej mąż czuwał przy niej, trzymał za rękę w ciągu tych długich godzin, kiedy walczyła o każdy następny oddech. Kaszel męczył ją, kiedy zmieniano kolejne aparaty tlenowe i kiedy badał ją doktor Morissey. Ale ona nawet przez sen czuła obecność Wiktora. Czasem przed świtem, przez mgłę swoich snów słyszała, jak mówił: Ona jest taka młoda. Taka młoda. Czy nie można jeszcze naprawdę czegoś zrobić? Czegokolwiek!
Czegokolwiek! To był cały Wiktor. On wierzył w działanie, nie wierzył w przeznaczenie. Ale Nina wierzyła.
Otworzyła oczy i stwierdziła, że noc wreszcie minęła, a przez okno sypialni wpadały do pokoju promienie słoneczne. Za tym oknem rozciągał się widok na jej ukochane Rhode Island Sound. Zanim zachorowała, zanim kardiomiopatia pozbawiła ją sił, świt zawsze zastawał ją już ubraną. Lubiła wychodzić wtedy na balkon i patrzeć na wschód słońca. Nawet kiedy Sound spowijała mgła, a powierzchnia wody zlewała się niemal z mlecznymi smugami unoszącymi się w powietrzu, Nina wstawała, aby poczuć nadchodzący dzień. Tak samo, jak teraz.
– Było mi dane zobaczyć tyle świtów, dzięki ci Boże za każdy z nich.
– Dzień dobry, kochanie – wyszeptał Wiktor.
Nina spojrzała na uśmiechniętą twarz męża. Niektórzy patrząc na jego twarz, widzieli w niej władczość, inni geniusz i bezwzględność. Tego ranka Nina widziała w tej twarzy tylko zmęczenie i miłość. Wzięła go za rękę. Ujął jej dłoń i przycisnął do ust.
Читать дальше