– Miałam rację?
Skinął głową.
– Bukiet Pięć to internetowy kryptonim Eleny Ortiz. Sprawdziliśmy jej komputer. Teraz proszę mi powiedzieć, skąd pani o tym wiedziała.
Rozejrzała się po ruchliwej poczekalni i zaproponowała:
– Wejdźmy do dyżurki.
Pokój, do którego go zabrała, był mroczną, pozbawioną okien klitką. Stało tam tylko łóżko, krzesło i biurko. Dla zmęczonego lekarza, który marzy jedynie o tym, by się przespać, było to idealne miejsce. Gdy Catherine zamknęła drzwi, Moore poczuł się niezręcznie, że znaleźli się razem w tak ciasnym pomieszczeniu, i zastanawiał się, czy ta wymuszona intymność nie jest dla niej równie krępująca. Oboje rozejrzeli się za miejscem do siedzenia. W końcu on usiadł na łóżku, a ona na krześle.
– Właściwie nigdy nie spotkałam Eleny – oznajmiła Catherine. – Nie wiedziałam nawet, że tak miała na imię.
Odwiedzałyśmy to samo okienko czatowe w Internecie. Wie pan, co to jest czatowanie?
– Rodzaj konwersacji za pomocą komputera.
– Właśnie. Grupa ludzi, którzy są w danej chwili podłączeni do Internetu, może ze sobą rozmawiać. To prywatne okienko, tylko dla kobiet. Trzeba znać odpowiednie hasła, żeby w nie wejść. Na ekranie widać tylko kryptonimy. Żadnych nazwisk ani twarzy, można więc pozostać anonimowym. Dzięki temu czujemy się dość bezpieczne, by wyjawiać nasze tajemnice. – Zamilkła na chwilę. – Nigdy pan nie czatował?
– Obawiam się, że rozmowy z anonimowymi osobami nie bardzo mi odpowiadają.
– Czasem – odparła cicho – tylko komuś takiemu można się zwierzyć.
Wyczuł w jej słowach tyle bólu, że nie wiedział, co odpowiedzieć.
Po chwili zaczerpnęła głęboko powietrza i skoncentrowała wzrok na swoich dłoniach, splecionych na kolanach.
– Spotykamy się raz w tygodniu, w środy o dziewiątej wieczorem. Wchodzę do sieci, klikam ikonę okienka czatowego i wpisuję na klawiaturze najpierw PZE. a potem pomocdla kobiet. I włączam się do rozmowy. Kontaktuję się z innymi kobietami, przesyłając wiadomości przez Internet. To, co piszemy, pojawia się na ekranie i jest dla nas wszystkich widoczne.
– PZE1 To chyba oznacza…
– Pourazowe zaburzenia emocjonalne. Kliniczny eufemizm na określenie tego, na co cierpią kobiety, odwiedzające nasze okienko.
– Jaki uraz ma pani na myśli?
Podniosła głowę i popatrzyła mu prosto w oczy.
– Gwałt.
Dźwięk tego słowa wibrował przez chwilę w powietrzu. Jedna brutalna sylaba raziła jak uderzenie pięścią.
– Bierze pani udział w tych sesjach z powodu Andre Capry – powiedział cicho. – Z powodu tego, co pani zrobił.
Odwróciła wzrok i wyszeptała:
– Tak.
Znów patrzyła na swoje dłonie. Moore przyglądał się jej, czując narastający gniew. Capra okaleczył jej duszę. Zastanawiał się, jaka była przedtem. Bardziej serdeczna i przyjacielska? A może zawsze unikała kontaktów z ludźmi, niedostępna jak kwiat w bryle lodu?
Wyprostowała się nieco i ciągnęła:
– W ten właśnie sposób poznałam Elenę Ortiz. Nie znałam, oczywiście, jej prawdziwego nazwiska. Tylko kryptonim: Bukiet Pięć.
– Ile kobiet odwiedza to okienko czatowe?
– Co tydzień jest inaczej. Niektóre rezygnują, pojawiają się nowe. Jednego wieczoru może nas być od trzech do kilku nastu.
– Skąd się pani o nim dowiedziała?
– Z broszury dla ofiar gwałtów. Rozdają ją w szpitalach i klinikach w całym mieście.
– A więc wszystkie kobiety, które korzystają z tego okienka, są z Bostonu?
– Tak.
– Czy dziewczyna o kryptonimie Bukiet Pięć odwiedzała je regularnie?
– Dołączała do nas od czasu do czasu w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Niewiele mówiła, ale wiem, że nam towarzyszyła. Widziałam to na ekranie.
– Opowiadała o tym, jak ją zgwałcono?
– Nie. Tylko słuchała. Pozdrawiałyśmy ją, a ona nam odpowiadała, ale nie mówiła o sobie. Jakby się bała albo wstydziła.
– A więc nie wie pani, czy została zgwałcona?
– Wiem.
– Skąd?
– Ponieważ badano ją w tym szpitalu.
Moore wpatrywał się w nią z uwagą.
– Znalazła pani jej kartę?
Catherine przytaknęła.
– Przyszło mi do głowy, że po napadzie mogła potrzebować pomocy lekarskiej. Ten szpital jest najbliżej jej miejsca zamieszkania. Sprawdziłam w komputerze. Są tam nazwiska wszystkich przyjmowanych pacjentów. Figuruje na liście. – Wstała z krzesła. – Pokażę panu jej kartę.
Wyszli z dyżurki na korytarz. Był piątkowy wieczór i w poczekalni roiło się od ofiar wypadków. Minęli zamroczonego alkoholem gościa po fajrancie z woreczkiem lodu przy pokiereszowanej twarzy i niecierpliwego nastolatka, który nie zdążył przejechać skrzyżowania na żółtym świetle. Z mroku nocy wyłaniała się cała armia posiniaczonych i zakrwawionych nieszczęśników. W Pilgrim Medical Center działała jedna z najbardziej ruchliwych stacji pogotowia w Bostonie i Moore czuł się tak, jakby trafił do królestwa chaosu, gdy lawirując między pielęgniarkami i łóżkami na kółkach, wdepnął w kałużę świeżej krwi.
Catherine zaprowadziła go do archiwum, niewielkiego pomieszczenia z ustawionymi pod ścianami regałami, które wypełniały segregatory.
– Tutaj przechowują czasowo druki zgłoszeniowe – wyjaśniła, zdejmując segregator z napisem 7-14 maja. – Za każdym razem, gdy przyjmuje się pacjenta na ostrym dyżurze, wypełniany jest formularz. To zwykle tylko pojedyncza kartka z uwagami lekarza i zaleceniami dotyczącymi terapii.
– Nie zakłada się pacjentowi karty?
– Nie w przypadku jednorazowego badania. Jedynym dokumentem jest druk zgłoszeniowy. Trafia on później do archiwum szpitala, gdzie jest skanowany i przechowywany na dyskietce. – Otworzyła segregator. – Niech pan spojrzy.
Moore stał za Catherine, zaglądając jej przez ramię. Zapach jej włosów tak go przez chwilę odurzył, że z trudem skoncentrował uwagę na formularzu. Pacjentka została przyjęta na ostry dyżur 9 maja o godzinie pierwszej w nocy. U góry strony wypisano na maszynie jej nazwisko, adres i dane do faktury. Resztę formularza wypełniono atramentem. Lekarski steno-gram, pomyślał, próbując rozszyfrować poszczególne słowa. Odczytał tylko pierwszy akapit, pisany przez pielęgniarkę.
Latynoska, 22 lata, zgwałcona przed dwiema godzinami. Nie ma alergii. Nie bierze leków. Ciśnienie krwi: 105/70, tętno: 100, temperatura: 37,2.
Pozostały tekst był nieczytelny.
– Będzie pani mi to musiała przetłumaczyć – stwierdził Moore.
Spojrzała na niego przez ramię i ich twarze znalazły się nagle tak blisko, że wstrzymał oddech.
– Nie może pan tego rozszyfrować? – zapytała.
– Umiem czytać ze śladów opon i plam krwi. Ale to przekracza moje możliwości.
– To pismo Kena Kimballa. Rozpoznaję jego podpis.
– Ja nie wiem nawet, czy to jest napisane po angielsku.
– Każdy lekarz sobie z tym poradzi. Trzeba tylko znać kod.
– Uczą was tego w akademii medycznej?
– Podobnie jak sekretnych uścisków dłoni i obsługi dekodera.
Wydało mu się dziwne, że żartują sobie przy okazji rozmowy o tak ponurej sprawie, a zwłaszcza że słyszy zabawne uwagi z ust doktor Cordell. Po raz pierwszy zobaczył, jaka jest naprawdę. Jaka była, zanim Andrew Capra okaleczył jej psychikę.
– Pierwszy akapit dotyczy ogólnego badania – wyjaśniła- – Lekarz używa medycznych skrótów. GUONG oznacza głowę, uszy, oczy, nos i gardło. Pacjentka miała siniaka na lewym policzku. Płuca czyste, serce bez szmerów i palpitacji.
– To znaczy?
Читать дальше