W mieście ludzie na ogół są ostrożni. To jednak ekskluzywna dzielnica. Luksusowa wysepka na oceanie betonu. Poza tym, cóż może im grozić pod ich kościołem? Teraz najważniejsze jest kultywowanie znajomości i rywalizacja, kto ma lepszy samochód albo pije lepszą kawę. Rodzice wmawiają sobie, że cały czas mają małego Johnniego czy małą Jenny na oku. Ale to złuda. Dzieci chodzą, gdzie chcą, zwłaszcza kiedy dorośli zaabsorbowani są rozmową.
I czasami nie wracają.
Pan Bosu poczuł nagły, niespodziewany przypływ gwałtownego, szalonego pragnienia, które zrodziło się gdzieś głęboko w jego trzewiach i domagało się zaspokojenia, teraz, teraz, teraz! Omiótł wzrokiem piszczący, roześmiany, bawiący się tłumek. Był krążącym na niebie jastrzębiem. Tam… nie, tam… nie. Tam… tak!
Samotne dziecko. Czteroletnia dziewczynka goniąca niesiony wiatrem suchy liść. Nie patrzy na nią nikt z dorosłych. Nie goni jej braciszek ani siostrzyczka.
Może zejść po schodach szybkim, ale niedbałym krokiem. Zasłonić ją przed oczami dorosłych. Zagonić ją w prawo, za drzewo. Potem rozejrzeć się, zaczekać na właściwy moment i wziąć się do rzeczy. W okamgnieniu byłoby po wszystkim. DZIECKO ZNIKA W BIAŁY DZIEŃ, głosiłyby nagłówki. ZROZPACZENI RODZICE SZUKAJĄ ŚLADÓW.
Żadnych by nie znaleźli. Wspaniały pan Bosu już by się o to zatroszczył.
Był w połowie schodów, zanim się opanował. Chwycił balustradę z kutego żelaza. Przytrzymał się jej kurczowo. Nie mógł ujarzmić swoich fantazji. Gdyby ktoś na niego teraz spojrzał, zobaczyłby jego prawdziwą twarz, obnażone zęby, ślinę na ustach; nawet sweter od Armaniego tego nie zamaskuje.
Z ogromnym wysiłkiem zmusił się, by odetchnąć głęboko. Raz. Potem drugi. I trzeci. Powoli puścił balustradę.
Zmusił się, by przypomnieć sobie zeszłą noc, metaliczny zapach krwi, miły ciężar noża w dłoniach, zaskoczenie na twarzy innej, gorszej istoty ludzkiej. To nie było to, co lubił najbardziej, ale dało mu o wiele więcej satysfakcji, niż oczekiwał. Jak randka z litości. Nie w jego typie, nie jego ulubiony rodzaj rozrywki, ale lepszy rydz niż nic.
A jeszcze lepsze było to, że po raz pierwszy w życiu dostał za to pieniądze. Z góry. Gotówką. Dziesięć tysięcy dolców. Kiedy wyszedł z więzienia, wóz już na niego czekał. Na tylnym siedzeniu leżała teczka. W środku list i pieniądze. List zawierał instrukcje, dołączona do niego była lista. Przy każdym celu widniała określona suma. To się nazywa sprawna organizacja.
Oczywiście pan Bosu nie był tak głupi, za jakiego brał go tajemniczy zleceniodawca. Dobroczyńca X sugerował w liście, że na przyszłość byłoby łatwiej, gdyby pan Bosu założył konto. Można by mu płacić przelewem. Dobroczyńca X poradził mu, jak załatwić sobie dowód tożsamości. Dołączył nawet listę banków.
Dobroczyńca X to idiota. Banki są monitorowane. Przelewy można namierzyć. Co gorsza, banki są w niedziele zamknięte, a pan Bosu nie zamierzał nic robić za darmo. Pozostanie przy gotówce, dziękuje bardzo. Woli ładne, grube pliki banknotów, które może sobie nosić na brzuchu i wydawać do woli.
Wziął teczkę. Został wywieziony do Fanueil Hall. Tam dostał komórkę z wpisanymi do pamięci numerami; tak będą się kontaktowali.
Słuchając słów szofera, kiwał głową. Udawał wdzięcznego. Ale i tak to on jest górą.
Mimo to nic nie mówił. W więzieniu nauczył się, że wiedza to potęga i starał się zdradzić jak najmniej informacji.
Teraz jednak, pomyślał, w ten piękny jesienny dzień nadszedł czas, by pokazać pazury. Za nową robotę dobroczyńca X zabuli nie dziesięć, ale trzydzieści tysięcy dolarów. A za następną pięćdziesiąt.
Dobroczyńca X będzie niezadowolony, ale zapłaci. Tak naprawdę nie ma wyboru. Powinien był wcześniej nauczyć się, jak postępować z potworami.
Pan Bosu włożył ręce do kieszeni. Pogwizdując, niespiesznie zszedł po schodach i ostatni raz nacieszył się bliskością biegających, szczęśliwych, roześmianych smacznych kąsków. Wszystko w swoim czasie.
Teraz musi znaleźć szczeniaka.
To jak to się odbywa? – Bobby siedział w małym, ciasnym gabinecie w Wellesley. Stały w nim cztery szare stalowe szafki na dokumenty, jedno duże dębowe biurko i kilka tanich szaf z półkami zawalonymi stosami publikacji prawniczych i teczek opisanych jaskrawymi literami. W półmetrowym odstępie między stertami dokumentów i pokrytym zaciekami sufitem zmieściły się dwa krzywo wiszące dyplomy z Uniwersytetu Stanu Massachusetts i Boston College.
Bobby próbował wyobrazić sobie gabinet prawników reprezentujących Jamesa Gagnona. Na pewno w niczym nie przypomina tego tutaj. Po pierwsze, gotów był się założyć, że ich dyplomy pochodzą z takich uczelni, jak Harvard czy Yale. No i pewnie mają sekretarkę, wyłożoną wiśniową boazerią salę konferencyjną oraz imponującą panoramę Bostonu za oknami.
Tymczasem Harvey Jones pracuje na strychu starego sklepu żelaznego. Prowadzi praktykę od siedmiu lat. Nie ma wspólników ani sekretarki. A w dodatku nie nosi garnituru. Przynajmniej dziś.
Bobby’emu polecił go znajomy policjant. Gdy tylko się przedstawił, Harvey zgodził się z nim spotkać. Od razu. W niedzielę. Bobby nie wiedział jeszcze, czy to dobrze, czy źle.
– To jest tak – tłumaczył Harvey. – Przesłuchanie przed sędzią pokoju odbywa się w obecności sędziego sądu okręgu Chelsea. Krótko mówiąc, powód będzie starał się wykazać, że zachodzi uzasadnione podejrzenie, iż popełniono przestępstwo. Naszym zadaniem jest wykazać coś wręcz przeciwnego.
– Jak?
– Wyjaśnisz, dlaczego uznałeś, że uzasadnione było użycie siły. Powołamy na świadków innych policjantów, którzy uczestniczyli w akcji. Porucznika, który nią dowodził… Jak on się nazywa?
– Jachrimo.
– Porucznika Jachrima, no właśnie. On też będzie zeznawał. I inni policjanci, którzy będą mogli potwierdzić, że miałeś powód, by sądzić, że Jimmy Gagnon chciał zastrzelić żonę.
– Nikt tego nie potwierdzi. Byłem pierwszym snajperem na miejscu zdarzenia. Nikt nie widział tego co ja. Harvey zmarszczył brwi, coś sobie zapisał.
– Snajperzy nie działają w parach? Nie jest tak, że jeden pełni funkcję obserwatora czy coś?
– Wtedy było jeszcze za mało ludzi. Kolejne westchnienie, kolejne notatki.
– No cóż, mamy dwie możliwości. Po pierwsze, możemy przydać ci wiarygodności. Opowiedzieć o szkoleniu, jakie przeszedłeś, poprosić porucznika, by przedstawił twoje kwalifikacje. Wykazać, że jesteś dobrze wyszkolonym, doświadczonym snajperem zdolnym do podejmowania trudnych decyzji.
Bobby skinął głową. Spodziewał się tego. Wszystkie ćwiczenia jednostki STOP były skrupulatnie udokumentowane właśnie z tego powodu – by pewnego dnia w razie potrzeby dowódca mógł udowodnić, że jego podkomendni mieli odpowiednie kwalifikacje, by postąpić tak, jak postąpili. Mówiło się, że coś, czego nie ma w dokumentach, nie istnieje. Dlatego porucznik Bruni pilnowałby na wszystko były papiery.
– Oczywiście James Gagnon ma mocniejszą pozycję.
– Bo jest sędzią?
– I to sądu apelacyjnego. – Harvey się skrzywił. – Sędzia pokoju, jako przedstawiciel sądu cywilnego, nie ma ochoty tracić czasu na roztrząsanie, co może pociągnąć za sobą zarzuty natury kryminalnej, a co nie. Od tego jest sąd apelacyjny. Spójrz na to z jego punktu widzenia: staje przed nim sędzia, ekspert od prawa kryminalnego, i twierdzi, że popełniono przestępstwo. Trudno się z kimś takim nie liczyć. Skoro sędzia James F. Gagnon mówi, że doszło do zabójstwa, jakże mu nie wierzyć!
Читать дальше