Gość stał na parapecie, na nic nie zwracał uwagi i gadał. Co można w takiej sytuacji zrobić? Tak jest. Słuchać. Wysłuchałyśmy czuba w napięciu, niektóre dziewczyny chyba się nawet pomimo nietypowej sytuacji wzruszyły jego opowiadaniem, w końcu nie dziwota, Papieża każdy szanuje.
– Dobrze, dobrze – Pramatka Ewa mówi tak spokojnie, jakby mówiła do małego dziecka – dobrze, ale zejdź.
A on patrzy na nas nieprzytomnie, powoli budzi się z transu, wraca do rzeczywistości, bo faktycznie, jak gadał, to nie tylko gadał jak opętany i nie szło mu przerwać, ale on jakby do kogo innego gadał, jakby nie nam, ale jakiemuś innemu niewidzialnemu towarzystwu o zwycięskich meczach Papieża opowiadał. Było tak, jakby całkiem na tym parapecie ześwirował i z widmami miał tam do czynienia. Ale atak najwyraźniej minął, człowiek z letargu wychodził, i to wychodził bardzo przytomnie, bo nagle bystro i nawet z uśmiechem zaczął się nam przyglądać i mówi:
– Zejdę, zejdę, wszakże pod jednym warunkiem…
Nie usłyszałem, pod jakim warunkiem ten ktoś, co do którego liczne, choć nie wszystkie szczegóły pasowały jak złoto, postanowił w końcu zleźć z parapetu. Nie usłyszałem. Nie usłyszę. Nie dowiem się nigdy. Nagle bowiem wydało mi się, że do baru Pod Walecznym Hektorem weszła kapela cygańska i zaczęła grać przebój za przebojem. Grali tak brawurowo i tak donośnie, że zagłuszali wszystko, niezwyczajna i niejedna musiała to być kapela i faktycznie było tak, jakby wchodziła tu kapela za kapelą, orkiestra za orkiestrą, niezliczeni a niewidzialni muzycy symfoniczni szli pomiędzy stolikami, za nimi chóry kościelne i zespoły rockowe, potem górnicze orkiestry dęte, soliści operowi, piosenkarki i piosenkarze, gitarzyści, sławni trębacze, natchnieni perkusiści i skloszardziali wirtuozi z Dworca Centralnego. Olbrzymi pochód muzyków kroczył przez biurową część salonu Mercedesa, galerię sztuki, chińską restauracj, antykwariat, bar sałatkowy, szmateks, delikatesy i klub Davos, muzyka potężniała, śpiewy szły pod niebiosa, nie było chaosu, była harmonia, słyszałem pojedyncze takty Franza Schuberta i ruskich piosenek ludowych, fragmenty „Kostii" i Mozarta, kawałki Bacha i Okudżawy, Konstancja mocnym głosem śpiewała „Ja nie odchodzę kiedy trzeba", Patricia Kass „If you go away", początek Koncertu skrzypcowego Vivaldiego łączył się płynnie z „Kołysanką stalinowską", „Laura i Filon" z ariami Verdiego, niemieckie marsze wojskowe z „Que sera sera", „Zachodni wiatr" z „Tarantelą" Rossiniego, tysiąc innych sprzecznych ze sobą nut tworzyło symfonię huczącą w mojej głowie.
Słyszałem muzykę i nie słyszałem niczego prócz muzyki. I nigdy już nie miałem usłyszeć niczego prócz muzyki. Podnosiłem się z miejsca i ruszałem śladem niewidzialnych orkiestr. Rozpływałem się w powietrzu. Nie ma mnie, nie ma mnie, nigdy mnie nie będzie. Po stawie, po stawie pływają łabędzie.
ROZDZIAŁ XV – Konkluzje Konstancji
Klasyk prawa wydzwaniał, podupadły architekt wydzwaniał, żyjący w absolutnej nędzy dziennikarz radiowy wydzwaniał, jeszcze jeden, o którym nie opowiem, wydzwaniał i ja jeździłam do nich jak głupia i wbrew sobie. Na sam dźwięk ich głosów w słuchawce drętwiałam ze wstrętu tak wstrętnego, że aż kręcącego i rozmawiałam z nimi wzgardliwie, nieprzyjaźnie i wrogo i nie miałam najmniejszego zamiaru jechać, czułam się obrażona samym faktem, że dzwonią. Choć zapraszali wytwornie i w niezłym stylu, byłam głęboko dotknięta, że mają czelność zapraszać, byłam pewna, że zaraz odłożę słuchawkę i nagle słyszałam samą siebie, jak mówię: dobrze, ja przyjadę.
Zauważcie, nie mówiłam: dobrze, przyjadę ale mówiłam: dobrze, ja przyjadę. Ego eksponowałam. Moje suwerenne, niczemu nie podległe ja eksponowałam. Ale nawet powiedziawszy, obiecawszy, byłam pewna, że nie pojadę. Odkładałam słuchawkę, brałam prysznic, przebierałam się, poprawiałam makijaż, wszystko ma się rozumieć, tak sobie, z nudów, przecież nie po to, żeby jechać, a już na pewno nie po to, żeby kilkadziesiąt lat starszym nieszczęśnikom wydać się piękną i ponętną. Kilkadziesiąt lat starszym? Równie dobrze można powiedzieć: kilkaset albo kilka tysięcy lat starszym. Kiedy kolejny raz uświadamiałam sobie, że w roku, w którym urodził się klasyk prawa, nie tylko podpisano traktat wersalski, ale w tym też roku Włodzimierz Lenin mówił w Moskwie o rewolucji światowej, a w Warszawie uformowała się poetycka grupa Skamander, kiedy kolejny raz uświadamiałam sobie rozmiary mojego obcowania z historią, docierało do mnie, że równie dobrze mogłabym mieć do czynienia ze starożytnym Prasłowianinem. Pozostali byli młodsi, ale przecież dla mnie nie ma wielkiej różnicy pomiędzy rocznikiem dajmy na to 1919 a 1939 – obie daty przerabiałam na lekcjach historii.
Odstrzeliwałam się na arcylaskę i wychodziłam z domu, oczywiście wychodziłam nie po to, aby do tego, co akurat dzwonił, jechać, ale wychodziłam po to, aby wyjść. Aby wyjść gdziekolwiek. I wychodziłam gdziekolwiek, wpadałam gdziekolwiek, wpadałam na przykład do pobliskiego pubu napić się piwa, posiedzieć na chwilę, papierosa zapalić, pomiędzy ludźmi pobyć. I wpadałam, i siadałam, i dwa piwa wypijałam, i papierosa wypalałam, i jechałam do starszego ode mnie o kilkadziesiąt, a może o kilkaset, a może o kilka tysięcy lat nieszczęśnika.
Po co? Dlaczego? Z jakiego powodu? Co mną powodowało? Dlaczego moje suwerenne ego takiego wyboru dokonywało? Dlatego, że było mi wszystko jedno? Żeby upodliwszy się cieleśnie, uświadomić sobie, że człowiekowi nie może być wszystko jedno? Żeby zaznać czyjegoś psiego oddania i czyimś dygotem perwersyjnie się nasycić? Zapominałam? Zapominałam, jak było ostatnim razem, i utopijnie liczyłam, że tym razem będzie inaczej? Byłam podkręcona i zapominałam, że całą, że owszem całą drogę, nawet jeszcze na schodach, będzie jako tako, ale jak tylko otworzą się wierzeje zalatującego dwudziestoleciem wnętrza i stanie w nich mój rozanielony i świetnie pamiętający okupację amant – zapragnę jedynie spieprzać stamtąd jak najdalej, a spieprzać się nie da? Pragnęłam zaznać słodyczy rozmaitych rekompensat? Na przykład być o świcie obsypaną płatkami róży – tak jak uczynił to bezrobotny radiowiec? Albo przeciwnie, pragnęłam zaznać upokorzenia do kwadratu, tak jak u podupadłego architekta, u którego ciepłą wodę do mycia pozyskiwało się przez uruchomienie pralki, bo w kranie była tylko zimna? Z przechowywanej w głębi duszy, a pochodzącej z głębokiego dzieciństwa potrzeby posiadania strasznego sekretu to wszystko się brało?
Pytań może tu być całe mnóstwo, ale jedno pytanie nieubłaganie wychodziło do przodu, wysuwało się na czoło i wypływało na wierzch. Jedno tu było bardzo zasadnicze pytanie, jedno, choć postaci przybierało ono nieskończenie wiele. Czy przypadkiem ze mną nie jest coś nie tak? Może ze mną jest coś nie tak? Chyba ze mną jest coś nie tak? Może muzyk rockowy mnie jakoś naznaczył? Przeklął? Sprawił, że po nim już nigdy nie będę z innym mężczyzną? Z rozpaczy po jego utracie wytworzył się we mnie jakiś odstręczający defekt? Jakiś przykry zapach zaczęłam wydzielać? Piersi mi zaczęły cuchnąć? Włosy? Nogi? Jakiś ohydny, paraliżujący mężczyzn grymas twarz mi wykrzywia w decydującym momencie? Ślina mi cieknie? Stękam obrzydliwie? Ciemności, jakie od rozstania z muzykiem rockowym spowijają moje ciało i duszę, działają na moich partnerów jak gaz obezwładniający?
Zaczęłam maniakalnie szukać w sobie kłopotliwej wady, fatalnego miejsca, źródła feralności. Bez przerwy myłam się, kąpałam, przebierałam. Centymetr po centymetrze studiowałam samą siebie. Obwąchiwałam się, lustrowałam i obmacywałam. Doszło do tego, że badałam, czy faceci w knajpie, sklepie albo nawet na ulicy nie odsuwają się ode mnie. Niekiedy mi się wydawało, że się odsuwają, niekiedy, że się nie odsuwają. W istocie oni raczej nieprzerwanie sunęli w moim kierunku. Bo czas szukania defektu w sobie to był czas, kiedy ja się, że tak powiem, wybitnie cieleśnie ulepszyłam. Z taką zajadłością likwidowałam wszystkie swoje domniemane ohydy, że przy okazji bezwiednie wkroczyłam na najwyższe poziomy pielęgnacyjne, garderobiane, kosmetyczne. Tak pieczołowicie kasowałam wyimaginowane kratery i smrody na mojej skórze, że moja skóra nie mogła być gładsza i lepiej pachnąca. Tak poprawiałam styl, że nie szło się lepiej ode mnie ubrać. Okazuje się, że szukanie dziury w całym może prowadzić do doskonałości.
Читать дальше