Dziewczyną miesiąca była w tym numerze Anita Prądzyńska z Bytowa, rocznik: 1975, biust: 90, talia: 60, biodra: 90, wzrost: 170, waga: 51, znak zodiaku: Waga. Powiem krótko: Anita była bardzo zgrabna, miała bardzo ładną i przyjazną buzię i kompletnie mnie nie brała, w związku z czym nie miałem żadnych zastrzeżeń, żeby to akurat ona była dziewczyną Wowy. Gdybym widział ją na żywo, pewnie przyznałbym jej dziewięć, a może nawet pełne dziesięć punktów. Trzymałem się zasady, że przyznaję punkty wyłącznie realnie istniejącym i naocznie widzianym panienkom. W końcu dawanie punktów fotografiom, zwłaszcza fotografiom z „Playboya", to by była jednak dziecinada, i to dziecinada monotonna: same frajersko maksymalne albo same frajersko przekraczające kategorie noty. Jeśli Wenus w białej bluzce dałem jedenaście, ile dać Tiffany? Piętnaście? Pięćdziesiąt? Sto? A może
dwieście? Stawiałem więc punkty wyłącznie żywym obiektom, ale tym razem dla pewności werdyktu przeprowadziłem eksperyment myślowy i wyobraziłem sobie, ile bym dał punktów żywej Anicie Prądzyńskiej. Jeśli byłaby warta maksymalnej noty, nie odpaliłbym jej Wowie. Jej jednak – po długich oględzinach stwierdzałem to z czystym sumieniem – należała się nota bardzo wysoka, ale nie maksymalna: dziewięć – powtarzam – góra dziesięć punktów. Proszę bardzo, bierz ją sobie chłopie, jest twoja. A jednak nie. A jednak nie jest, nie była i pewnie nigdy nie będzie twoja. Oprócz fotografii Anity trzeba było bowiem dokładnie przestudiować także jej znajdujący się na początku pictorialu biogram, czego lekkomyślnie zaniedbałem i co uczyniłem jedynie po łebkach. Kiedy zaś zaniedbanie uzupełniłem, to w sposób zgoła nieubłagany okazało się, że Anita jakiś czas temu wyszła za mąż za Amerykanina i na stałe zamieszkała w Austin w Teksasie. Proste? Proste. Być może Wowa z Dworca Centralnego ma narzeczoną, która pozuje do zdjęć w „Playboyu", ale przypuszczenie, że jest to mieszkająca w Teksasie mężatka jest zbyt komiczne. Świat jest komiczny, ale nie do tego stopnia.
Wnimanije! Wnimanije! Slieduszczaja stancija: Finalnaja! Istotnie: finałową stacją tej drogi przez poprzedni, czerwcowy numer „Playboya" był opublikowany na stronach 164171 plon konkursu Foto Erotica. Ten właśnie materiał zastanowił mnie na początku i teraz potwierdzał, że wart był namysłu. Prawdę powiedziawszy, wszystkie dotychczasowe racjonalne wątpliwości, zdroworozsądkowe argumenty, logiczne dociekania oraz kąśliwe szyderstwa mogłem tym miejscu spokojnie odłożyć na bok. Absolutnie bowiem nie dało się wykluczyć, że na którymś z tych amatorskich – choć jak podkreślali w ogłoszonym obok werdykcie jurorzy: nieustępujących w niczym profesjonalnym – zdjęć faktycznie figurowała dziewczyna Wowy.
Nie wiem, jak często „Playboy" publikuje akty nadsyłane przez czytelników, w tym akurat czerwcowym „Playboyu" były takie akty i o tym akurat czerwcowym „Playboyu" mówił Wowa… Przypadkowa zbieżność? Jeśli nawet, to bardzo niepokojąco przypadkowa. W każdym razie: jeśli kiedykolwiek w jakimkolwiek numerze „Playboya" miałyby się ukazać zdjęcia osoby, którą w mniej lub bardziej naciągany sposób można by nazwać dziewczyną Wowy – był to ten właśnie numer!
Jeśli tak, to która? Ta na wersalce? Ta w diademie i czarnych kozaczkach? Ta oparta o wagę sklepową? Ta w trawie? Ta w rajstopach siatkowych? Ta w pończochach samonośnych? Ta tyłem? Ta przodem? Ta bokiem? Ta zasłonięta liściem? Woalką? Kapeluszem? Większość z tych desperatek miała, niewątpliwie z powodów rodzinnych, zasłonięte twarze, co fundamentalnie utrudniało domysły. Pochylałem się nad stronami 164171 czerwcowego numeru „Playboya", wytężałem wszystkie moje intuicje, wytężałem wszystkie zmysły, pilnie strzygłem moim nieziemskim uchem – wszystko na nic, nie dochodził mnie nawet najcichszy szmer wschodniego akcentu.
ROZDZIAŁ III – Plac Wieży
Za drugim, za trzecim, za czwartym, a nawet za siódmym i ósmym PINem – nic. To znaczy nic jak nic – ze dwa razy polazłem za dwoma – nie ma co ukrywać: dość kuso odzianymi FINami, raz znalazłem narkotycznie pachnącą kartę bankomatową – PIN nieznany, choć sądząc po zapachu, olśniewający. Za kuso odzianymi FINami polazłem bez przekonania, pamiętałem o fatalnym FINie w białej bluzce, nie kwapiłem się do analogicznych perypetii, a PINy, za którymi lazłem, raz Żelazną, raz Chmielną, przynajmniej na oko sprawiały bardzo analogiczne wrażenie. Też były całkiem niezłe: pierwszy osiem, drugi może nawet całe dziewięć i pół punktu, choć być może zawyżam, nie zbliżyłem się na tyle, by mieć pewność. W każdym razie zwyczajnie, jak uliczny podrywacz od siedmiu boleści, tropiłem panienki, za jedną i za drugą przeszedłem dobrych kilkaset metrów, może kilometr, i nawet mi do głowy nie przyszło, że trzeba dogonić, zabajerować, w łeb zdzielić, torebkę wyrwać i w nogi.
Kartę znalazłem w Ogrodzie Saskim, leżała w trawie w pobliżu pomnika prezydenta Starzyńskiego, sam byłem zdziwiony, że ją zauważyłem. Widocznie, niczym pijak na butelki, miałem już wyostrzone władze poznawcze na tego rodzaju rekwizyty. Musiała leżeć w ogrodzie kto wie jak długo, rok, dwa, a może dłużej, obrośnięta skamieniałą warstwą błota i zdrewniałymi kłączami – była z całą pewnością dla nikogo, poza mną, niedostrzegalna. Kiedy oczyściłem ją w domu – zalśniła jak miniatura złotej bazyliki, ujrzałem płomienisty napis: Bank Towarzystwa Ziemi Hetejskiej, i poczułem duszący zapach nieziemsko trwałych perfum. Poza tajemnicą niczego jednak w niej nie było, nic mi nie dawała, imię właścicielki zaczynało się na Nata, pewnie Natalia, resztę imienia i nazwisko wypłukały ulewy, spaliły skwary, zasnuły śniegi. Niczego nie słyszałem, toteż jedynie owładnięty jakimś zabobonem (znak czy co?) schowałem ją do szuflady. Czyli też – nic. W zasadzie do ósmego PINu – nic.
Dopiero za dziewiątym PINem świadomie i – jeśli można tak powiedzieć – w pełnej gali, z całym majestatem i z rozwianymi proporcami wkroczyłem na drogę przestępstwa. Ale i ta introdukcja nie odbyła się wedle hasła: pała w skroń, karta w dłoń.
Domeną moją zawsze była, jest i będzie subtelność, a co za tym idzie – dokładność. W samym powiedzeniu wkroczyłem na drogę przestępstwa też jest, nie tyle nieprawda, co zbyt wielkie uproszczenie. Nie ma tu zresztą co wdawać się w terminologiczne młócenie meritum – facet (bo to facet był) rozwścieczył mnie do tego stopnia, że postanowiłem mu wymierzyć wyjątkowo srogą grzywnę.
Nie trzeba być na czwartym roku prawa, by wiedzieć, że okradanie kogoś, kto zasługuje na to, by go okraść, jest taką samą kradzieżą jak inne. Z punktu widzenia prawa to jest tak czy tak naruszenie jednego z paragrafów rozdziału XXXV kodeksu karnego. Paragrafy paragrafami – jak mawiają starzy prokuratorzy – a gołym okiem widać, że idzie o co innego.
Owszem – przynajmniej teoretycznie (teoretycznie, ponieważ w gruncie rzeczy jeszcze w stu procentach nie wiem, co będę robił, jak dorosnę) jestem prawnikiem in spe, ale to w zasadzie nie ma w dzienniku moich pinobrań [2]specjalnego znaczenia. Nie mam zamiaru opisywać wzmożonych prawniczą edukacją złodziejskich rozterek. Nie adresuję tej historii ani do prawników, ani do złodziei. W każdym razie nie adresuję jej wyłącznie ani do jednych, ani do drugich. Gdyby pisarz jakiś pisał książkę o – dajmy na to – innych pisarzach i dbał, by była ona w pełni czytelna tylko dla innych pisarzy – poniósłby, zdaje mi się, pisarską porażkę. Moja zawodowa fachowość nie ma tu nic do rzeczy albo, prościej mówiąc: jest ona od razu postawiona na głowie.
Читать дальше