José Saramago - Baltazar i Blimunda

Здесь есть возможность читать онлайн «José Saramago - Baltazar i Blimunda» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Современная проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Baltazar i Blimunda: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Baltazar i Blimunda»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Jan V, władca Portugalii na początku XVIII wieku, pragnie syna i ślubuje po jego narodzinach wznieść ogromny klasztor. Gdy królowa zachodzi w ciążę, przyszły ojciec, chcąc dotrzymać obietnicy, kładzie kamień węgielny pod budowę monumentalnej bazyliki. W tym samym czasie, pewien ksiądz -heretyk realizuje swoje marzenie: budowę napędzanej siłą ludzkiej woli maszyny latającej, która mogłaby go przenieść do innej, szczęśliwszej krainy. W zadaniu tym pomagają mu okaleczony żołnierz Baltazar i olśniewająca Blimunda, córka zesłanej do Angoli czarownicy. Niesamowite przygody tej trójki splatają wątek miłosny z historią o uporze człowieka walczącego o swoją godność i wolność.

Baltazar i Blimunda — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Baltazar i Blimunda», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Teraz i my sami otwórzmy szeroko oczy, bo nadszedł czas, żeby popatrzeć na infanta Franciszka, który z wychodzącego prosto na Tag pałacowego okna mierzy z fuzji do marynarzy znajdujących się na rejach statków tylko po to, by udowodnić, jak dobrze celuje, i gdy trafia, krwawiący ludzie spadają na pokład, częstokroć już martwi, gdy zaś chybia, to i tak łamią sobie kości, infant klaszcze więc z niepohamowanej uciechy, a służba tymczasem ponownie ładuje broń, może nawet któryś ze służących ma brata wśród tych marynarzy, ale z tej odległości zew krwi jest niesłyszalny, kolejny strzał, kolejny krzyk i upadek, bosman jednak nie ośmiela się kazać zejść marynarzom, by nie rozgniewać jego wysokości, a poza tym, bez względu na straty w ludziach, manewr musi być wykonany, ale mówiąc, że się nie ośmiela, zachowujemy się jak naiwny obserwator patrzący na wszystko z oddali, bo z pewnością nawet nie zaświta mu w głowie choćby taka oto zwykła ludzka myśl, Ten skurwysyn strzela do moich marynarzy, a morze unosi ich ciała w nowe podróże odkrywcze do odkrytych już Indii lub Brazylii, toteż zamiast tego rozkazuje szorować pokład, trudno doprawdy coś tu jeszcze dodać, powtarzanie w kółko tego samego staje się w końcu nudne, jeśli bowiem marynarz ma zostać trafiony kulą francuskiego korsarza poza zalewem Tagu, to lepiej, żeby został trafiony tutaj, bo ranny czy martwy zawsze jednak jest u siebie w domu, a skoro już mowa o francuskich korsarzach, sięgnijmy wzrokiem jeszcze dalej, aż do Rio de Janeiro, dokąd wpłynęła nieprzyjacielska armada, i to bez jednego wystrzału, gdyż Portugalczycy spali właśnie podczas sjesty, i to zarówno zarządzający sprawami morskimi, jak i lądowymi, Francuzi mogli więc spokojnie rzucić kotwice i wejść do miasta, gdzie naprawdę poczuli się zupełnie jak u siebie w domu, czego dowodem jest fakt, że gubernator wydał natychmiast formalny zakaz wywożenia czegokolwiek z domów, musiał mieć w tym jakieś swoje racje, między innymi podyktowane strachem, toteż Francuzi grabili wszystko, co im wpadło w ręce, a to, czego nie załadowali na statki, wystawiali na sprzedaż na placu i nie brakło ludzi kupujących to, co przed godziną im zrabowano, doprawdy trudno o większą bezczelność, mało tego, podpalili urząd podatkowy i udali się też do lasu, Żydzi bowiem donieśli im, gdzie znajduje się złoto zakopane przez pewne ważne osobistości, i pomyśleć, że Francuzów było zaledwie dwa czy trzy tysiące, a naszych dziesięć tysięcy, ale o czym tu mówić, skoro gubernator był z nimi w zmowie, wśród Portugalczyków nieraz znajdowali się zdrajcy, chociaż pozory mylą, bo na przykład wspomniani już żołnierze z Beiry, którzy dezerterowali do nieprzyjaciela, w istocie wcale nie dezerterowali, raczej poszli tam, gdzie dali im jeść, inni znów pouciekali do domów, co trudno nazwać zdradą, skoro zawsze tak się dzieje, bo jak ktoś chce żołnierzy wysyłać na śmierć, powinien przynajmniej za życia dać im wikt i przyodziewek, tamci zaś wałęsali się bosi, bez żadnej musztry, bez dyscypliny, bardziej skorzy zastrzelić własnego kapitana niż do zranienia jakiegokolwiek Kastylijczyka po tamtej stronie, a teraz, jeśli chcemy się pośmiać z tego, co te nasze oczy widzą, bo na świecie dzieją się różności, przypomnijmy sprawę trzydziestu statków francuskich, które, jako się rzekło, pojawiły się w okolicy Peniche, chociaż chodzą słuchy, że widziano je w Algarve, ale to też blisko, w każdym razie na skutek tych wątpliwości wzmocniono forty na Tagu i cała marynarka aż do nabrzeża Santa Apolonia znalazła się w stanie pogotowia, jakby statki mogły przypłynąć z biegiem rzeki, z Santarem albo Tancos, bo po tych Francuzach wszystkiego można się spodziewać, a że nasza flota jest taka biedniutka, zwróciliśmy się o pomoc do paru statków angielskich i holenderskich, które ustawiły się u wejścia do zalewu w oczekiwaniu na wyimaginowanego nieprzyjaciela, jednak podobnie jak w czasach, mówiliśmy już o tym, kiedy zdarzyła się słynna historia z flotą dorszową, znów okazało się, że są to statki wiozące wino z Porto, i to wcale nie francuskie, lecz angielskie, które odbywały zwykły rejs handlowy, podczas dalszej podróży Anglicy pewnie zdrowo z nas się śmiali, stanowimy dla cudzoziemców niezły temat do kawałów, ale sami też doskonale potrafimy je robić, trzeba to przyznać, weźmy na przykład ten, który był tak ewidentny dla wszystkich, że nie trzeba było oczu Blimundy, aby go dostrzec, chodzi mianowicie o pewnego kleryka, co zwykł nawiedzać domy dobroczynnych kobiet, przyzwalających chętnie, żeby i im czyniono dobrze, toteż kleryk zaspokajał u nich zarówno potrzeby żołądka, jak i apetyt ciała, przy czym zawsze sumiennie odprawiał tę swoją mszę, na odchodnym zaś brał sobie wszystko, co mu wpadło pod rękę, i robił to tak często, że pewna poszkodowana, której dużo więcej zabrał, niż dał, postarała się o nakaz aresztu, wtedy z rozkazu sędziego grodzkiego kilku pachołków i łapaczy udało się do domu, gdzie kleryk zadawał się z kolejnymi zacnymi kobietami, by go aresztować, lecz tak niedbale potraktowali swoje obowiązki, że nie zauważyli go w jednym z łóżek, gdzie się skrył, szukali zatem w innym, wydawało się im bowiem, że właśnie tam powinien się znajdować, dzięki czemu kompletnie nagi ksiądz jak strzała przebiegł schody, kuksańcami i kopniakami utorował sobie drogę zostawiając w tyle jęczących czarnoskórych pachołków, którzy kuśtykając pobiegli w ślad za owym okazem kleryka, boksera i ogiera w jednej osobie, on zaś mknął ulicą Strzelców, a wszystko działo się o ósmej rano, dobry początek dnia, nie ma co, na widok kleryka, umykającego niczym zając przed sforą czarnych pachołków, z okien i drzwi rozlegały się salwy śmiechu, wszyscy mogli podziwiać jego jędrną fujarkę z okazałymi przyległościami, wielkie nieba, mężczyzna tak obdarzony przez naturę nie powinien służyć przy ołtarzu, ale kobietom w łóżku, widok ten był prawdziwym wstrząsem dla wielu mieszkanek, biedne panie były zupełnie zaskoczone, podobnie jak zaskoczone w swojej niewinności zostały te, które właśnie modliły się w kościele Conceicao Velha, gdzie znienacka wbiegł zdyszany ksiądz, wprawdzie w stroju niewinnego Adama, lecz jakże grzeszny, z rozkołysanym wielkim dzwonem i podrygującymi sygnaturkami, i raz, dwa, trzy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zjawił się, mignął przed oczami i zniknął, w której to magicznej sztuczce dopomogli mu księża, gdyż go przygarnęli i umożliwili mu ucieczkę po dachach, już w ubraniu, co nikogo nie powinno dziwić, skoro franciszkanie z Xabregas wciągają w koszach kobiety prosto do swoich cel, gdzie się nimi zabawiają, a rzeczony kleryk na własnych nogach wchodził do domów kobiet, którym miał ochotę udzielić sakramentu, a więc i tym razem jak zwykle wszystko obraca się wokół grzechu i pokuty, nie tylko bowiem podczas wielkopostnej procesji pojawiają się na ulicach podniecające bicze, ileż to złych myśli mają teraz do wyznania panie mieszkające w dolnej części Lizbony, a także dewotki z Conceicao Velha przez to, że napawały oczy widokiem tak wspaniałego księdza, a policja za nim, łapać, trzymać, która nie chciałaby go złapać w pewnym wiadomym już celu, dziesięć ojcze nasz, dziesięć zdrowasiek, dziesięć reali jałmużny dla naszego patrona św. Antoniego, godzina leżenia krzyżem, na brzuchu, tak jak należy przy akcie skruchy, bo leżenie brzuchem do góry to pozycja niebiańskich rozkoszy, a podczas aktu skruchy myśli powinny unosić się coraz wyżej, myśli, nie spódnica, bo to byłby kolejny grzech.

Posługując się oczami każdy z nas widzi tylko tyle, na ile pozwala mu wzrok, częstokroć jest to tylko mała cząstka tego, co chciałby zobaczyć, kiedy indziej znów ujrzy coś przypadkiem, tak właśnie było z Baltazarem, który pracując w jatce mógł wyjść na plac Pałacowy, aby w towarzystwie innych młodych ludzi zatrudnionych przy ćwiartowaniu i noszeniu tusz obejrzeć wjazd kardynała Nuno da Cunha, który z rąk króla ma otrzymać kapelusz kardynalski, towarzyszy mu legat papieski, który siedzi w lektyce wybitej karmazynowym aksamitem, ze złotymi pasamonami, złoconym filunkiem oraz insygniami kardynalskimi po obu stronach, obok zaś sunie przepyszna karoca, w której nikt nie jedzie, sam tylko przepych, dalej kolaska koniuszego, prywatnego sekretarza i kapelana, którego zadaniem jest podtrzymywanie w stosownych chwilach ogona kardynalskiej peleryny, następnie dwie karety kastylijskie wypełnione po brzegi kapelanami i paziami, lektykę zaś poprzedza dwunastu lokai i cała ta masa ludzi, bo trzeba tu jeszcze dodać stangretów i tragarzy lektyki, służy jednemu tylko kardynałowi, o mało co nie zapomnieliśmy jeszcze o służącym, który idzie na przedzie niosąc srebrny pastorał, dobrze, że przypomniało nam się w porę, zaiste, szczęsny to lud, co rozkoszuje się takimi uroczystościami i wylęga na ulicę, by obejrzeć paradny pochód wszystkich szlachetnie urodzonych, którzy najpierw udali się do domu kardynała, a potem towarzyszyli mu aż do pałacu, dokąd Baltazar już nie może wejść ani też jego wzrok tam nie sięgnie, ale znamy już przecież możliwości Blimundy, wyobraźmy sobie zatem, że jest tu z nami i widzi kardynała idącego między dwoma rzędami gwardii, gdy dociera do ostatniej baldachimowej sali, król wychodzi mu naprzeciw, on zaś podaje mu święconą wodę, po czym w następnej sali król klęka na aksamitnej poduszce, kardynał takoż, na poduszce leżącej nieco z tyłu, i przy uroczyście przybranym ołtarzu kapelan pałacowy rozpoczyna mszę z całym ceremoniałem, po mszy legat wyciąga papieską nominację i wręcza królowi, który mu ją zwraca w celu odczytania, to z racji wymagań protokołu, a nie dlatego żeby król nie miał zacięcia do łaciny, następnie król bierze z rąk legata kardynalski kapelusz i wkłada go na głowę kardynała uginającego się od chrześcijańskiej pokory, no bo i pewnie, taka zażyłość z Bogiem to ciężar nie lada dla biednego człowieka, lecz to jeszcze nie koniec tych ceregieli, gdyż kardynał wychodzi, aby się przebrać, i wraca w purpurze stosownej do godności, wnet przemówi do króla siedzącego pod baldachimem, po dwakroć zdejmuje i wkłada kapelusz, tyleż razy król unosi swój, a przy trzecim robi cztery kroki w kierunku kardynała, wreszcie obydwaj wkładają nakrycie głowy i siadają jeden trochę wyżej od drugiego, zamieniają kilka słów, wreszcie przychodzi chwila pożegnania, znów zdejmują i wkładają kapelusze, po czym kardynał udaje się do apartamentów królowej, gdzie czynią mu te same honory, wszystko po kolei, aż wreszcie schodzi do kaplicy, gdzie wysłucha Te Deum laudamus , niech będzie pochwalony Bóg, który musi znosić podobne przedstawienie.

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Baltazar i Blimunda»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Baltazar i Blimunda» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Отзывы о книге «Baltazar i Blimunda»

Обсуждение, отзывы о книге «Baltazar i Blimunda» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.