Waldemar Łysiak - Cena

Здесь есть возможность читать онлайн «Waldemar Łysiak - Cena» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Современная проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.

Cena: краткое содержание, описание и аннотация

Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Cena»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.

Autor pragnie rozprawić się z tzw. 'wyborem mniejszego zła', a więc z problemem etycznym, dyskutowanym od stuleci przez wszelkich mędrców i demagogów, i ze zjawiskiem psychospołecznym, realizowanym od stuleci przez jednostki i każdą władzę, tak autokratyczną, jak demokratyczną. Cała akcja rozgrywa się w trakcie długiej i dramatycznej wieczerzy, w jednym pomieszczeniu, które staje się klatką bez wyjścia dla biesiadników. Cokolwiek nie zrobią zostaną skażeni grzechem. W tej powieści dominują kwestie uniwersalne, ale nie brak również analizy ściśle polskich problemów.

Cena — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком

Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Cena», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.

Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

– Zgoda, panie Muller! – przerwał mu uradowany Tarłowski. – Ale ja nie mam dolarów. Proponuję marki lub biżuterie…

Muller pokręcił sceptycznie głową i rozgniótł niedopałek papierosa o dno popielniczki.

– Wyznam panu, hrabio, że spadek notowań na giełdach w Stalingradzie i w Kursku odebrał mi wiarę co do przyszłości marki. A złoto jest zbyt ciężkie.

– Więc…

– Tu nie ma problemu. Jubiler, Herr Bartnycky, wymieni panu twarde na miękkie w dowolnych ilościach. Problem leży gdzie indziej. Pańska propozycja to dla mnie zbyt duże ryzyko, panie hrabio…

– Przysięgam, że nikt prócz nas… Gwarantuję panu pełną dyskrecję, panie Muller!

– Nie o to chodzi. Problem w tym, że Gestapo właśnie rozprawia się z Abwehrą. Mój lubelski zwierzchnik, Kraus, szczególnie nienawidzi barona von Sternberga; rywalizowali tu ze sobą tak długo, jak długo Abwehrą i Gestapo darły ze sobą koty. Kraus wie, że von Sternberg bywał u pana częstym gościem, i dlatego sądzi, że mogło to być coś więcej niż tylko komitywa dwóch

arystokratów. Gdybym wypuścił jedynie pańskiego syna, mógłbym stać się podejrzanym, iż mam jakiś kontakt z Abwehrą, słowem – że robię to dla niedobitków admirała Canarisa. Nie zaryzykuję własnego łba, panie hrabio!

– Przecież… wcześniej już pan przyjął moją propozycję. Wymienił pan sumę!

– Ale wtedy pan mi nie dał dokończyć. Wymieniłem tylko sumę jednostkową.

– Nie rozumiem… Jak to jednostkową?

– Zechce pan posłuchać, panie Tarlowsky. Moja propozycja jest trochę inna, bardziej hurtowa, no i bardziej zyskowna dla mnie, ale przede wszystkim jest ona bardziej bezpieczna dla kapitana Friedricha Mullera, a tak się składa, że niczyje bezpieczeństwo nie może mi być równie drogie jak bezpieczeństwo Friedricha Mullera. Proponuję układ następujący: wypuszczę czterech aresztowanych i wezmę dwadzieścia tysięcy dolarów za każdego, co razem stanowi osiemdziesiąt tysięcy dolarów. Połowę oddam Krausowi. Tak duże pieniądze bardzo go ucieszą, i przy tym będzie mnie podejrzewał tylko o chęć zarobku, a nie o spiskowanie na rzecz Abwehry czy o inną gównianą politykę.

– Pan wybaczy, panie kapitanie, ale… ale…

– Ale co?

– Ja… ja nie mogę tego…

Muller zacisnął wargi i rąbnął pięścią w stół tak mocno, że z popielniczki wysypała się na blat cześć popiołu, a kieliszki brzęknęły jak przestraszone.

– Czterech lub nikt!

– Nie wiem… – westchnął hrabia.

– Czego pan nie wie?!

– Nie wiem, czy wystarczy mi biżuterii, panie Muller…

– Jestem jakoś dziwnie spokojny, że tak – rozluźnił się znowu kapitan. – Pytanie, czy wystarczy panu chęci, by płacić za ludzi całkowicie panu obcych, i to ludzi bez herbów. Widzę tu wszelako szansę ulżenia panu. Przecież każdy aresztowany ma jakąś rodzinę, która chętnie sprzeda ostatnie buty, żeby uratować swojego. Niech pan się z nimi skontaktuje… To zresztą nie moja sprawa co pan zrobi. Moją sprawą jest rozstrzelać jutro dziesięciu. Lub powiesić dziesięciu. Jednak chyba rozstrzelać… Zapewniam pana, panie Tarlowsky, że dziesięciu zostanie jutro rozstrzelanych.

– Ale bez mojego syna! Jestem gotów dać za niego…

– Żadnych targów, panie hrabio! Czterech lub nikt.

– Dobrze… – szepnął Tarłowski. – Czterech…

– Po dwadzieścia tysięcy prezydentów.

– Tak.

– Co ja gadam, mein Gott! Cztery razy po dwadzieścia tysięcy prezydentów to… to byłoby osiemdziesiąt tysięcy jednodolarówek! Fura! Wystarczy osiemset fizjonomii prezydenta Franklina. Lub tysiąc sześćset wizerunków prezydenta Granta. Ale nie drobniejszymi.

– Dobrze.

– To jednak, niestety, nie wszystko.

– Więcej nie będę mógł!

– Więcej pieniędzy nie żądam. Choć gdybym żądał – mógłby pan, jestem tego pewien, panie hrabio. Chodzi o coś innego – o aresztowanych.

– Już ustaliliśmy, że płacę za czterech!

– To się nie zmienia. Czterech. Oczywiście rozumie pan, hrabio, że ponieważ mam ukarać dziesięciu, a nie sześciu – będę musiał aresztować czterech innych na miejsce czwórki wykupionej przez pana. Problem selekcji zostawiam panu. Wrócę tu o…

Wbił źrenice w cyferblat stojącego pod ścianą zegara, którego wahadło odmierzało sekundy, potem przyjrzał się własnemu zegarkowi, i sprecyzował:

– … o siódmej rano. Pański zegar ładnie bije, ale późni się całe cztery minuty. Ma pan zatem osiemnaście godzin. Jutro o siódmej rano wręczy mi pan walizkę lub torbę z portretami ustalonych prezydentów i dwie listy z nazwiskami jeszcze nie ustalonych wybrańców.

– Dlaczego dwie listy?

– Mówiłem, że problem selekcji ceduję na pana.

– Selekcji ludzi, których pan uwolni, kapitanie!

– Dubeltowej selekcji, panie hrabio. Także selekcji zmienników. Da mi pan listę czterech ludzi, których mam wypuścić, i listę czterech, których mam aresztować. To chyba jasne?

– Cooo?!!… – jęknął Tarłowski.

Dotarło doń, w jak głęboką czeluść zanurzyła go chęć uratowania dziecka będącego także dzieckiem kobiety, którą kochał, którą skrzywdził i którą wspominał czule, pragnąc przebłagać ją tym aktem ratunku. Myśli mąciły mu się niczym pijane nietoperze. Jakieś wewnętrzne echo cytowało dudniące słowa gestapowca: „… wyboru okrutnego, perfidnego, bezlitosnego,…". Schował twarz w dłoniach. Tymczasem Muller wstał, obciągnął kurtkę uniformu, nalał sobie „strzemiennego", wypił, wziął czapkę i podsumował:

– A więc wszystko jasne, panie hrabio. Czterech za czterech.

– Nie!

– Nie?… No cóż…

– Nie mogę tego zrobić!!

– Wolna wola, panie hrabio.

– Czy pan zdaje sobie sprawę, Muller, czego…

– Kapitanie Muller!

– Przepraszam, kapitanie Muller… Czy… czy pan rozumie, czego pan ode mnie żąda?! Mam wskazać panu ludzi, których pan…

– Dokładnie tak. Ludzi, którzy przeżyją, i ludzi, którzy umrą, aby tamci mogli przeżyć. Jest mi wszystko jedno kogo pan wytypuje. Może pan wskazać swego fagasa, kucharza, stajennego, albo pańskich wieśniaków, ganz egal, byle było czterech za czterech. Jak pan widzi – kwestia buchalterii, a nie sumienia.,.

Zwarte obcasy wydały delikatny regulaminowy stuk, a lekko pochylona głowa gestapowca zasugerowała, że nie utracił całkowicie szacunku dla hrabiego.

– Do jutra, panie Tarlowsky.

Był już w połowie drogi między stołem a drzwiami, gdy ciszę rozdarł krzyk gospodarza:

– Na miłość Boską, panie Muller!! Muller stanął, odwrócił się i wycedził:

– Ten temat chyba także już przedyskutowaliśmy, panie hrabio.,. Mówiłem panu – może pan zdać się wyłącznie na opatrzność boską, ale ja bym nie polecał… Proszę mi darować, obowiązki czekają, spędziłem u pana za dużo czasu.

I wyszedł. Hrabia oddychał ciężko, jak po biegu, musiało więc minąć parę chwil nim uspokoił oddech. Napełnił kieliszek dwa razy i dwukrotnie opróżnił jednym haustem, a później chwycił dzwonek i potrząsnął, wzywając kamerdynera. Przydreptali Łukasz.

– Słucham, panie hrabio…

– Leć do jubilera Bartnickiego! Albo nie! Poślij woźnicę Kurczuka – niech zaprzęga brykę, niech jedzie i niech przywiezie Bartnickiego! Niech mu powie, że sprawa jest nader pilna! Nader pilna, rozumiesz?!

– Co mam nie rozumieć, panie hrabio? A tu Sedlak czeka w przedpokoju. Ino się schował, jak zobaczył szwabski mundur. Ale już wylazł spode schodów.

– Sedlak?… Co za Sedlak?

Читать дальше
Тёмная тема
Сбросить

Интервал:

Закладка:

Сделать

Похожие книги на «Cena»

Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Cena» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.


Waldemar Łysiak - Lider
Waldemar Łysiak
Waldemar Łysiak - Kolebka
Waldemar Łysiak
Waldemar Pfoertsch - Going Abroad 2014
Waldemar Pfoertsch
Waldemar Paulsen - Bismarck von unten
Waldemar Paulsen
Waldemar Bonsels - Himmelsvolk
Waldemar Bonsels
Waldemar Paulsen - Bürde der Lust
Waldemar Paulsen
Waldemar R. Sandner - 38 Geniale Geschäftskonzepte
Waldemar R. Sandner
Waldemar Knat - Бег
Waldemar Knat
Отзывы о книге «Cena»

Обсуждение, отзывы о книге «Cena» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.

x