– Ile chce wziąć? – spytał Kortoń.
– Za każdego uwolnionego żąda dwadzieścia tysięcy dolarów.
Echem tych słów był szmer biegnący wokół stołu, pełen tłumionych parskań i przekleństw:
– Bydlak!
– Skurwiel!
– Szwabska hiena!
– Pieprzony Szkop!
– Nigdy nie płacono nawet połowę tej sumy!
– Celowo tyle zażądał, by nic z tego nie wyszło!
– Lub żeby zbić majątek.
– Kto to zapłaci?!
– Co za łajdus! Nie dość, że morduje ludzi, to jeszcze kupczy ludźmi jak handlarz niewolników, psiakrew!
Gdy warczenia ucichły, aptekarz Brus podsumował je mówiąc:
– Panie hrabio, to ogromna suma… Żaden z nas nie mógłby nawet…
– Nie zebrałem tu panów, by robić zbiórkę pieniędzy – uspokoił go hrabia.
– Całe miasto nie wydoiłoby takiej sumy – rzekł Kłos. – Cztery razy dwadzieścia to osiemdziesiąt tysięcy dolarów, fortuna! Nawet w Lublinie płaci się za więźnia dwa, góra trzy tysiące, proszę panów…
– Ale nie za więźnia przeznaczonego do rozwałki, takiego po wyroku, panie redaktorze – skorygował Sedlak.
– Tu nie było przecież żadnego wyroku, bo nie było sądu – podniósł Hawryłko.
– Niech ksiądz nie będzie śmieszny! – skarcił go Sedlak. – Decyzja centrali dystryktu ma moc wyroku sądowego, to tryb administracyjny skazywania więźniów. Czy ksiądz się urwał z choinki, czy narodził dopiero dzisiaj? Wszyscy, których aresztował Muller, mają urzędowy wyrok, a ratowanie pieniędzmi takich wyrokowców kosztuje dużo drożej, dużo więcej niż trzy tysiące zielonych. – Owszem, dwa razy więcej – rzeki dziennikarz. – Niechby i trzy razy więcej. Ale dwadzieścia tysięcy zielonych?!
Panowie! Mecenas Krzyżanowski podniósł rękę, uciszając dyskutantów i dając znać, że sam chce zabrać głos.
– Dziwicie się, panowie? Tu nie ma nic dziwnego, rzecz jest klarowna jak mało co. Szkopy obrywają po tyłku na wszystkich frontach, na wschodzie, na zachodzie, na południu, wszędzie. W Lublinie niedługo Ruscy będą rządzić. Muller rozumie ile zostało mu czasu na zgromadzenie łupu wojennego, więc winduje ceny. To jest prawo upadającego rynku.
– Panowie – rzekł hrabia – Muller dał mi tylko parę godzin na podjęcie decyzji.
– Ale może uda się zmniejszyć tę koszmarną sumę. Trzeba się targować, panie hrabio! – podsunął Brus.
– Muller nie będzie się targował z nami. Możemy jego propozycję odrzucić lub przyjąć. Mamy czas do rana.
– Mamy czas do śmierci, a nawet dłużej! – prychnął Kłos. – Nie zebralibyśmy takiej sumy nawet w życiu pozagrobowym…
– Ja wyłożę całą sumę, proszę panów.
Deklarację gospodarza przyjęło osłupienie mierzone siłą zbiorowego wzroku, który spoczął na jego twarzy.
– Wykupię wszystkich czterech – kontynuował hrabia. – Pod warunkiem, że wśród wykupionych będzie mój syn.
– To najzupełniej oczywiste, panie hrabio! Pan płaci, pan decyduje! – zawyrokował Kor-toń, a kilku innych skinęło głowami dla potwierdzenia.
– To wcale nie jest oczywiste, moi panowie, bo chciałbym, abyśmy podjęli decyzję wspólną. Wszelako nie ukrywam, że jeśli mój syn nie znajdzie się wśród czterech wytypowanych – moja oferta finansowa przestanie być aktualna. Zapłacę tylko wówczas, gdy Marek będzie mógł wrócić do domu.
Z drugiej strony stołu rozległ się szyderczy chichot. Chichotał profesor Stańczak, a gdy dzięki temu wszyscy spojrzeli na niego, usprawiedliwił się równie kpiarsko, cytując reklamowy bon-mot Forda:
– Jednym słowem, panowie – każdy może sobie kupić samochód o takim kolorze, jaki mu przypadnie do gustu, pod warunkiem, że będzie to czarny Ford-T!
– A pan, będąc na miejscu pana hrabiego, uiściłby całą sumę za wykupionych nie wykupując własnego dziecka, co, panie profesorze?! – sykną Kortoń.
– To był żart – bronił się Stańczak. – Dowcip mający rozluźnić atmosferę…
– Panie profesorze, pański dowcip jest nie na miejscu! – wzburzył się mecenas Krzyżanowski. – Winniśmy wszyscy wdzięczność Teo… znaczy gospodarzowi, i to wdzięczność podwójną. Raz, że wynegocjował z tym Mullerem życie czterech zakładników, a dwa, że sam chce ponieść wszystkie koszty. To szlachetny gest, godny rodu Tarłowskich, jakże dla naszej ojczyzny zasłużonego!
Kortoń chciał bić głośne brawa, ale szybko przestał bić w ogóle, bo jego manualna inicjatywa nie została gremialnie podjęta. Wzniósł kielich.
– Jestem tego samego zdania, co mecenas Krzyżanowski, i chyba wszyscy jesteśmy tego samego zdania, panowie!… Wznoszę na cześć pana hrabiego toast dziękczynny! Pijmy wraz!
Nie pił tylko ksiądz, a profesor Stańczak, zanim opróżnił kieliszek, mruknął cicho:
– Pod warunkiem, że będzie to rodowa nalewka firmy Tarłowskich hrabiów!
Redaktor Kłos, siedzący obok księdza Hawryłki, spytał:
– Czemu ksiądz proboszcz z nami nie pije?
– Alkohol źle mi służy, synu.
– To ksiądz musi cierpieć podczas każdej mszy, chlejąc rytualne wino. Współczuję! – zadrwił Stańczak.
Przez chwilę po toaście, który rozluźnił prawie wszystkich, nakładano sobie wędlinę, smarowano masłem kromki chleba i dzielono ogórki. W chóralne mlaskanie zaingerował słowami mecenas:
– Panowie, proszę o uwagę!… Rozumiem, że decyzja, aby wśród czterech wykupionych był hrabicz Marek, jest tak oczywista, iż nie podlega dyskusji…
Odpowiedział mu kilkugłosowy aprobujący pomruk.
– … Zatem przedyskutować musimy innych. Musimy ustalić resztę więźniów do wyciągnięcia z łap Gestapo. Trzech – trzy nazwiska.
– A dlaczego mamy dyskutować? – spytał Małe wieź.
– Pan żartuje, panie radco?… – zdumiał się Krzyżanowski.
– Nie, mówię serio. Zwyczajnie nie rozumiem dlaczego mamy to przedyskutować…
– Zna pan lepszy sposób na dokonanie tak trudnego wyboru?
– Znam. Losowanie, panie mecenasie, wybór przez losowanie! Właśnie dlatego, że wybór jest taki trudny, a jest trudny, bo każdy z więźniów zasługuje na ratunek, my jednak możemy uratować tylko trzech…
– Czterech!
– … owszem, czterech, ale wybrać możemy tylko trójkę, proszę pana, gdy tam, prócz młodego Tarłowskiego, siedzi jeszcze dziewięciu przyzwoitych ludzi. Właśnie dlatego trzeba losować, by każdy z nich miał równe szansę.
Profesor Stańczak, przeżuwający akurat kawałek boczku, połknął go gwałtownie, pragnąc zdążyć się wtrącić:
– My zaś szansę na uratowanie spokoju własnych sumień, bo jak się wrzuci do kapelusza dziewięć kartek z nazwiskami i wyciągnie trzech
szczęśliwców – to winną śmierci sześciu pozostałych będzie tylko pani fortuna. Prawda, panie
radco?
– Lub pani opatrzność – dodał złośliwie Sedlak. – Boża opatrzność, żeby było jasne.
– To pan przestał być ateistą, panie naczelniku? – fuknął Stańczak.
– Skąd! Wciąż, podobnie jak pan, nie wierzę w Boga, profesorze, bo wciąż nie spotkałem kogoś, kto by mi racjonalnie udowodnił, że istnieje Trójca Święta!
– Wypraszam sobie, nie ma tu podobieństw między nami; pan, mimo swoich lat, dalej nie rozumie nic! – zagniewał się filozof. – Kiedy pan wreszcie pojmie, że wiara w Boga oparta o racjonalne przesłanki to absurd?!… Wierzyć można tylko wbrew całej historii i logice świata. Lecz na tym właśnie polega istota wiary – na negacji wszelkich argumentów przeciw istnieniu Boga. Wiara jest marzeniem, a więc czymś piękniejszym i doskonalszym od siły rozumu. Kwestią serca.
Читать дальше