Roman Jonasz - Byłem Księdzem
Здесь есть возможность читать онлайн «Roman Jonasz - Byłem Księdzem» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Современная проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Byłem Księdzem
- Автор:
- Жанр:
- Год:неизвестен
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:4 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 80
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Byłem Księdzem: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Byłem Księdzem»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Byłem Księdzem — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Byłem Księdzem», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Ksiądz Wiesiu zaprowadził mnie do swojego mieszkania w ogromnej – nowej plebanii, którą wcześniej wziąłem za jeden z bloków. W porównaniu z małą, obskurną kaplicą – budynek parafialny był naprawdę imponujący. Podobno proboszczowi zabrakło już pomysłów na to, co w nim urządzić – tym bardziej, że on i drugi wikariusz mieli mieszkania gdzie indziej. Wiesiu zajmował niewielką część najwyższej kondygnacji, a mnie przypadł jeden z jego pokojów. Wspólnie zrobiliśmy sobie kawalerską kolacje, do której mój kolega wyciągnął „połówkę”. Był szczerze zdziwiony i zawiedziony kiedy usłyszał, że nie będę z nim pił. Po chwili, tym razem ja zbaraniałem gdy zobaczyłem jak Wiesiu stawia przed sobą butelkę i raz za razem sobie polewa. Tak było każdego wieczoru. Wiesław często zasypiał pijany przy stole i spał tak w ubraniu aż do rana. Mój starszy brat w kapłaństwie, mimo swojej miłej powierzchowności i sumienności w wykonywaniu obowiązków – cierpiał już wtedy na chorobę alkoholową. Na szczęście pił tylko wieczorami, kiedy go nikt nie widział. Nie zdobyłem się na rozmowę z nim na ten temat. Zapewne i tak nie odniosła by żadnego skutku. Jeszcze jako diakon brałem udział w odpuście parafialnym, w którym uczestniczył biskup Bohdan Bejze. Był on wtedy na przyjęciu, w gronie księży, mocno wstawiony. Brakowało mu jednak do stanu w jakim, każdego wieczoru, widywałem Wiesia. Wkrótce miałem się dowiedzieć i przekonać na własne oczy, jak wielkie spustoszenie wśród kleru robi alkohol.
Cała moja praca w parafii polegała na odprawianiu jednej Mszy dziennie, spowiadaniu w czasie drugiej Mszy oraz dyżurze w kancelarii. Wolny czas przeznaczałem na czytanie książek i wycieczki po Łodzi. Obiady gotowała nam miła, starsza kobieta, która później została moją dojeżdżającą (od czasu do czasu) gospodynią. W taki oto beztroski sposób spędziłem trzy tygodnie w Parafii Najświętszej Eucharystii w Łodzi.
Na kolejną placówkę zawiózł mnie Wiesiu swoim maluchem. Tym razem miałem zastępować wikariusza. Parafia M. B. Nieustającej Pomocy była o tyle ciekawa, że połowę jej mieszkańców stanowili chorzy umysłowo – pacjenci pobliskiego szpitala. Jednego z nich widziałem każdego ranka, jak przychodził pod plebanię i całował z namaszczeniem opony proboszczowego Opla Kadeta. Wielu pacjentów uczęszczało systematycznie do Kościoła, wykręcając przy okazji różne numery, np. jedna kobieta rozebrała się do naga przed ołtarzem, w czasie Mszy wykrzykując przy tym, że jest Matką Boską. Podziwiałem spokój i opanowanie proboszcza, który zawsze wiedział jak z humorem wybrnąć z niezręcznej sytuacji. Filią parafii była kaplica na cmentarzu, gdzie w niedzielę odprawialiśmy Msze Święte. W tym czasie prowadziłem dwa pogrzeby na tzw. „Dołach”. Jest to jeden z największych cmentarzy w Europie. W jednej kaplicy, od rana do wieczora chowa się zmarłych dosłownie „maszynowo”. Na cały pogrzeb jest ok. 20 min.! Kiedy przeciągnąłem o kilka minut swoją ceremonię oberwało mi się od starszego kolegi Faktycznie – pod kaplicą czekała już kolejka „dwóch pogrzebów”.
Trzecia parafia była w samym centrum miasta. Młody proboszcz przymierzał się właśnie do budowy nowego Kościoła. Był to człowiek pełen serdeczności i entuzjazmu. Bardzo go polubiłem. Praca – jak wszędzie – Msza, kancelaria, spowiedź. Znalazłem czas, aby kupić sobie mój pierwszy w życiu samochód – używany Volkswagen Golf. Chciałem mieć samochód, który po prostu by mi się nie psuł. Do dzisiaj nie umiem nic zrobić przy aucie. Przydały się marki przywiezione z Niemiec i koperty z prymicji.
Przy końcu lipca ja i moi koledzy z roku mieliśmy spotkanie w kaplicy seminaryjnej z arcybiskupem, który wręczył każdemu z nas dekret na pierwszą, stałą placówkę duszpasterską. Podczas głośnego odczytywania przez pasterza nazwy miejscowości przyporządkowanej poszczególnemu kandydatowi – po reszcie przechodził pomruk zazdrości, westchnienie ulgi albo współczucia. Kiedy, wręczając mi dekret, arcybiskup powiedział – „parafia Rusiec” – wszyscy wybuchnęli tłumionym śmiechem. Kilku pokazało niedwuznacznie jaką część ciała mam sobie zakorkować. Po zakończeniu ceremonii, już na poważnie, składali mi wyrazy ubolewania i współczucia. Wkrótce miałem się przekonać na własnej skórze, co to wszystko miało znaczyć.
ROZDZIAŁ V PIERWSZA PARAFIA – ZDERZENIE Z RZECZYWISTOŚCIĄ
Po otrzymaniu dekretu – mojego pierwszego, kapłańskiego posłania – zostałem na długo sam w kaplicy. Dziękowałem Bogu za to, że mnie posłał do swojej owczarni. Na ten dzień czekałem przecież tak długo! Moja pierwsza parafia śniła mi się po nocach przez wszystkie lata studiów. Można powiedzieć, iż moich pierwszych parafian pokochałem już w seminarium. Modliłem się za nich. Klęcząc w kaplicy prosiłem Wszechmogącego, aby dał mi siłę i wytrwanie w służbie Jemu i Jego rusieckim wiernym. Pytałem się Jezusa – co mam zabrać na tę pierwszą misję? Co najbardziej mi się przyda? Odpowiedź nasunęła się natychmiast – Wiara, Nadzieja, Miłość. Zrozumiałem, nie po raz pierwszy, że te Trzy Cnoty Boskie są najważniejsze. Uświadomiłem sobie ich głębię i moc. Wiedziałem, iż czeka mnie niełatwe zadanie. Nie na próżno mówi się, że klerycy wiedzą pierwsi i najlepiej o tym, co dzieje się w diecezji. Każda parafia ma swoją łatkę, a każdy proboszcz – wyrobioną opinię. Zawsze mnie to plotkarstwo denerwowało. Sam postanowiłem nigdy nie uprzedzać się do nikogo, a tym bardziej do całej społeczności. Być może dlatego tak mało wiedziałem o tym, co i za co może mnie spotkać w tzw. terenie. To i owo jednak docierało także do moich uszu.
Parafia Rusiec nie miała najlepszej opinii w diecezji. Wiązało się to zarówno z jej historią, jak i teraźniejszością. Sama nazwa Rusiec kojarzyła się wtajemniczonym przede wszystkim z buntem parafian przeciw proboszczowi i kurii biskupiej, który miał miejsce na początku lat 70-tych. O prawdziwych „zamieszkach w Ruścu” informowały nawet ówczesne środki masowego przekazu z TV włącznie. Te wydarzenia opiszę nieco później na podstawie kroniki parafialnej.
Drugim skojarzeniem w odbiorze parani była osoba jej aktualnego proboszcza ks. Jana Dupczyckiego, który miał opinię „panienki” i to w dodatku zmanierowanej. Żaden z jego wikariuszy (miał ich sześciu) nie zagrzał w Ruścu miejsca dłużej niż jeden rok, podczas gdy na innych parafiach ich koledzy „siedzieli” po trzy lata i dłużej. To był fakt, który mógł niepokoić, ale ja byłem pełen ufności. Rusiec był przecież placówką neoprezbiterską, tzn. że kierowano tam księży zaraz po święceniach. W sąsiednim Szczercowie neoprezbiterzy pracowali co prawda po kilka lat; co do Ruśca jednak – nie wierzyłem, że arcybiskup kierowałby co rok młodego księdza do parafii, gdyby ta faktycznie była tak trudna do przeżycia. Stawiając się w roli pasterza diecezji na pewno nie posyłałbym nowo-upieczonych, ideowych i pełnych zapału księży do proboszcza gorszyciela czy tyrana. „Ileż to nieprawdziwych, krzywdzących opinii krąży o Kościele i jego kapłanach” – powtórzyłem w myślach utarte, księżowskie powiedzenie i z otuchą w sercu wyszedłem z seminarium.
Ksiądz proboszcz Glapiński u którego miałem pozostać jeszcze przez kilka dni na zastępstwie, zaproponował mi wyjazd rozpoznawczy. Pojechaliśmy jego trabantem następnego dnia rano. Rusiec to duża wieś położona przy trasie z Łodzi do Wrocławia. Zbliżając się do celu podróży mijaliśmy urocze lasy i łąki z wielkimi stawami. Zobaczyłem z daleka piękny, gotycki Kościół z czerwonej cegły. Wydawał mi się bardzo duży jak na taką miejscowość. Zaparkowaliśmy przed plebanią w samo gorące, lipcowe południe. Drzwi otworzył nam mężczyzna koło 50-tki z wydatnym brzuszkiem, ale nie grubas. Był ubrany „po cywilnemu” – ciemne spodnie z ostrym kancikiem i jasną koszulę na krótki rękaw. Uwagę zwracała jego miła i gładka jak u dziecka twarz. Ksiądz proboszcz (bo on to właśnie był) dostrzegłszy zapewne koloratki w naszych koszulach – szczerze się ucieszył i przymilnie zaprosił do środka. Usiedliśmy w małym saloniku z kominkiem. Od momentu mojego przedstawienia się jako przyszłego wikariusza – ksiądz Jan nie odrywał ode mnie wzroku. Oczy mu się wprost śmiały na mój widok, ale było w nich też coś pożądliwego i drapieżnego, co wówczas odebrałem jako objaw zainteresowania nowym podopiecznym. Ja również nie mogłem napatrzeć się na Jasia (jak go w myślach nazwałem). Wydawał mi się uroczy, a jednocześnie komiczny. Kiedy szedł ruszał przy tym biodrami i ramionami, zupełnie jak kobieta. Również sposób w jaki siedział, rozmawiał, gestykulował rękami, a przede wszystkim jego cieniutki głosik upodabniał go raczej do starszawej panny niż do czcigodnego proboszcza parafii. Jednak trzeba mu oddać to, iż był ujmująco miły i gościnny. Po wielu uprzejmościach, oczopląsach i ukazaniu wszystkich odmian uśmiechu, ks. Jasiu zmienił nagle wyraz twarzy na pogardliwy, skrzywił się jak po dwóch cytrynach i z nieskrywaną niechęcią zaczął wyrażać się o swoich parafianach – jakie to z nich wiejskie chamy, nieroby i chytrusy. Uważał swoją parafię za, bez wątpienia, najtrudniejszą w całej archidiecezji. „Zresztą sami na pewno o niej słyszeliście” – skwitował. Ożywił się i rozpromienił dopiero na koniec, kiedy oprowadzał nas po swojej plebanii tłumacząc, ile włożył w nią „zdrowia i pieniędzy”. Potrafił przez pół godziny mówić o dwóch kredensach, które kazał wstawić w grube ściany dużego salonu i drugie pół godziny – o niechlujstwie, niesłowności i zdzierstwie ludzi, którzy przy tym pracowali. Przy pożegnaniu był znowu uroczy. Uścisnął mi znacząco obie ręce, patrząc przy tym głęboko w oczy.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Byłem Księdzem»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Byłem Księdzem» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Byłem Księdzem» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.
