Roman Jonasz - Byłem Księdzem
Здесь есть возможность читать онлайн «Roman Jonasz - Byłem Księdzem» весь текст электронной книги совершенно бесплатно (целиком полную версию без сокращений). В некоторых случаях можно слушать аудио, скачать через торрент в формате fb2 и присутствует краткое содержание. Жанр: Современная проза, на польском языке. Описание произведения, (предисловие) а так же отзывы посетителей доступны на портале библиотеки ЛибКат.
- Название:Byłem Księdzem
- Автор:
- Жанр:
- Год:неизвестен
- ISBN:нет данных
- Рейтинг книги:4 / 5. Голосов: 1
-
Избранное:Добавить в избранное
- Отзывы:
-
Ваша оценка:
- 80
- 1
- 2
- 3
- 4
- 5
Byłem Księdzem: краткое содержание, описание и аннотация
Предлагаем к чтению аннотацию, описание, краткое содержание или предисловие (зависит от того, что написал сам автор книги «Byłem Księdzem»). Если вы не нашли необходимую информацию о книге — напишите в комментариях, мы постараемся отыскать её.
Byłem Księdzem — читать онлайн бесплатно полную книгу (весь текст) целиком
Ниже представлен текст книги, разбитый по страницам. Система сохранения места последней прочитанной страницы, позволяет с удобством читать онлайн бесплатно книгу «Byłem Księdzem», без необходимости каждый раз заново искать на чём Вы остановились. Поставьте закладку, и сможете в любой момент перейти на страницу, на которой закончили чтение.
Интервал:
Закладка:
Drugim, podobnym problemem były dary z zachodu, które w latach 80-tych przychodziły masowo do kurii biskupich, oddziałów caritasu, seminariów i parafii. Niewielu ludzi w Polsce, chyba oprócz celników, zdaje sobie sprawę jak ogromne ilości różnych produktów zalewały wtedy wszystkie instytucje Kościoła. Ubrania, lekarstwa, sprzęt medyczny, a przede wszystkim produkty żywnościowe wypełniały wszystkie magazyny, piwnice, sale katechetyczne, garaże itd. W seminarium, niemal każdego dnia rozładowywaliśmy po parę kontenerów najróżniejszych towarów. Księża diecezjalni, przyjeżdżający z parafii, nabijali po dachy swoje samochody. Niektórzy nawracali po kilka razy dziennie. Aż prosiło się, żeby nadwyżki towarów od razu kierować do domów dziecka, szpitali czy szkół (dużą część darów stanowiły słodycze, ubranka dziecięce i lekarstwa), jednak „władza duchowna” postanowiła inaczej. Zapewne nie chciano ujawniać skali zjawiska. Rozprowadzano jedynie niewielką część leków do miejskiego szpitala i nadwyżki żywności do punktów caritasu. To, czego nie mogły pomieścić żadne pomieszczenia parafii zostawało w seminarium. W czasach, kiedy półki w sklepach spożywczych zajmował ocet i musztarda, a mamy robiły swoim dzieciom słodycze z palonego na patelniach cukru – w magazynach naszego gmachu psuły się rarytasy, o których wszyscy mogli tylko marzyć. Podstawowe produkty spożywcze, takie jak: mąka, kasza, cukier, ryż, masło, zupy i mleko w proszku – stanowiły podstawę naszego wyżywienia. Nie wiadomo tylko gdzie podziewały się wielkie szynki i inne konserwy mięsne, których przychodziły całe kartony. Większość z zachodnich produktów, które trafiały na nasze stoły, była niestety nieświeża, gdyż trzymano je zbyt długo, często w nieodpowiednich warunkach. Mieliśmy swoje własne określenia na różne przeleżałe specjały, np. żółty, cuchnący już ser ochrzciliśmy „reganem”, choć dawno rządził już Bush itp. Duża część żywności psuła, się bezpowrotnie. Wywożono ją wieczorami do lasów i zakopywano. Żal było patrzeć na ciężarówki wypełnione zepsutym, deficytowym towarem. Klerycy pracujący przy rozładunku kontenerów otrzymywali zwykle jakieś „podziękowanie”. Najczęściej był to karton batonów lub czekolad. Dziekani – najważniejsi klerycy na poszczególnych rocznikach, wyznaczali takich tragarzy, niestety często „po znajomości”.
Pamiętam, że kiedyś w czasie wakacji, podczas dyżuru pełnionego w seminarium, rozładowałem z kolegami kontener twixów. Jeden z przełożonych, który nadzorował rozładunek, miał tego dnia wyjątkowo dobry humor. Kazał po wszystkim wziąć tyle, ile każdy z nas może udźwignąć. Kartony miały po ok. trzydzieści kilogramów. Każdy z nas (było nas 6-ciu) zabrał po jednym. Ksiądz prefekt aby w pełni nas uszczęśliwić pożyczył nam wieczorem telewizor, video i kilkanaście filmów. Zamontowaliśmy to wszystko w jednym z pomieszczeń. Każdy przyniósł swój zapas twixów i rozpoczął się maraton filmowy, który trwał do świtu. Po zjedzeniu kilkudziesięciu batonów, zanim trafiłem do swojego pokoju, miałem mdłości i zwymiotowałem wszystko w ubikacji. Od nadmiaru luzu tej nocy wszystkim nam odbiło.
Oprócz żywności w kontenerach z darami były całe sterty odzieży, często zupełnie nowej, zapakowanej w oryginalne opakowania. Zdarzały się także magnetofony, kasety, zabawki, długopisy, a nawet krzesła i niewielkie szafki. Obok zużytych bubli można było spotkać rzeczy cenne i piękne np. zupełnie nowe futra, płaszcze ze skóry, videa. W czasach wielkiego kryzysu zaopatrzenia i zamknięcia na zachód, kiedy posiadanie np. magnetowidu nobilitowało do „wyższej” sfery – obracanie się wokół tego całego bogactwa przyprawiało niejednego o zawrót głowy i popychało do uszczuplenia tego rogu obfitości. Kilku kleryków nakrytych na kradzieży w magazynie musiało obrać inną drogę życia. Powszechną była zazdrość gdy np. ktoś z rozładunku „wycyganił” od przełożonego jakieś cenne cacko. Zazwyczaj nad rozładunkiem czuwał tzw. ksiądz dyrektor (mój późniejszy proboszcz), który zajmował się sprawami gospodarczymi i finansowymi w seminarium. Najbardziej oczekiwaną formą zaopatrzenia byty tzw. zrzuty. Kiedy przyjechał większy transport odzieży i butów, a magazyny były nie opróżnione, całą zawartość kontenerów wrzucano „jak popadło” do sali gimnastycznej pod aulą. Czasami poziom towaru sięgał wysokości człowieka. Do takiego „eldorado” wchodzili najpierw profesorowie, później siostry zakonne, następnie klerycy a na końcu seminaryjne sprzątaczki Każdy mógł wynieść tyle, ile tylko udźwignął, a i tak zwykle połowa zostawała na spalenie w kotłowni. Największym pogodzeniem cieszyły się transporty ze Szwajcarii i Włoch. Trzeba było widzieć słynących z pobożności braci, którzy nawzajem wyrywali sobie co lepsze rzeczy. Niemal każdy wychodził na chwiejących się nogach, obładowany po czubek głowy. Ja sam nie pozostawałem w tyle. Cała najbliższa rodzina cieszyła się na takie „zrzuty”. Obdarowywałem nawet starych przyjaciół i byłe koleżanki. Normalne było, że przy „zrzutach” i innych formach rozdawnictwa darów – każdy chciał zabrać najwięcej i najlepsze. Jednak takie niezdrowe współzawodnictwo nie budowało nas duchowo, a na pewno nie wychowywało do życia w ubóstwie.
Kilka razy już wspomniałem o osobie ojca duchownego. W każdym seminarium powinno ich być co najmniej dwóch. Ojciec duchowny to niezwykle ważna osoba. To jak gdyby duchowny rektor całej uczelni. Przede wszystkim zaś powiernik, spowiednik, zaufany przewodnik duchowy, któremu można zwierzyć się ze wszystkiego, pod tajemnicą równą niemal tajemnicy spowiedzi. Tak przynajmniej brzmiała oficjalna wersja. Nigdy nie doświadczyłem osobiście zdrady ze strony ojczaszka, ale podobno były takie przypadki. Wszyscy natomiast wiedzieli o nadużyciach prorektora – byłego ojca duchownego, a wielu doświadczyło tego na własnej skórze. Być może po to aby zrobić czystkę w przepełnionym seminarium – biskup Zaręba mianował wicerektorem człowieka, który przez kilka lat spowiadał wszystkich kleryków i znał każdy zakamarek ich duszy, a przy tym posiadał fenomenalną pamięć. Niedługo po jego nominacji posypało się wiele głów. Te fakty znam jednak jedynie z opowiadań starszych kolegów. Ojcowie duchowni, których ja zastałem w uczelni byli przez wszystkich bardzo lubiani. Grali z nami w piłkę, chodzili na basen. Szczerzy i otwarci, byli bardziej naszymi starszymi braćmi niż ojcami. Ich duchowość była naturalna i niekłamana.
W każdym seminarium sprawy związane z codziennym życiem i obowiązkami były w gestii samych kleryków. Na tym polegała tzw. klerycka samorządność. Oprócz cotygodniowych dyżurów sprzątania łazienek i korytarzy – były oficja stałe, jednoosobowe – jednoroczne lub kilkuletnie. Dotyczyły one dozoru i opieki nad wszystkimi niemal sferami życia w uczelni. Byli zatem opiekunowie: dwóch kaplic, sali gimnastycznej, kortów tenisowych, biblioteki i czytelni, palarni, szpitalika świetlicy itd. Funkcjonowały także stanowiska: ogrodnika, kolportera prasy, tzw. dysk jokeja – nagrywającego konferencje oraz stanowisko higienisty – starszego i młodszego. Mnie przypadła w udziale właśnie ta ostatnia funkcja. Po pierwszym semestrze drugiego roku zacząłem swoją karierę w systemie oczyszczania seminarium. Do moich obowiązków należało wspomaganie starszego higienisty m.in. w rozdzielaniu narzędzi i środków czystości. Mój kolega-przełożony z 3-go roku układał ponadto cotygodniowe grafiki sprzątań dla mieszkańców poszczególnych pokojów i jak każdy funkcyjny odpowiadał za całość. Moja praca nie była nazbyt zajmująca, a przy okazji mogłem zorganizować dla siebie i moich współmieszkańców więcej papieru toaletowego, który roznosiłem po pokojach lub pastę do konserwacji podłogi. Na trzecim roku awansowałem na starszego higienistę i opiekuna łaźni. Ta kumulacja pracy i obowiązków trochę nadwerężyła wtedy moje siły i wolny czas. Najbardziej jednak przypłaciłem ten awans swoimi nerwami. Nad sobą miałem samego prorektora, który osobiście sprawdzał stan czystości w całym gmachu, a był pod tym względem bardzo skrupulatny. Ja również starałem się jak najlepiej wykonywać powierzone sobie obowiązki i mogę z dumą powiedzieć, że za mojej kadencji wiele pod tym względem zmieniło się na lepsze. Mój problem tkwił jednak w tym, iż ze sprzątania rozliczałem kolegów zazwyczaj starszych od siebie – bo to właśnie oni byli superiorami pokoików. Niektórzy z nich w ogóle nie przyjmowali do wiadomości moich uwag i zastrzeżeń, a jeden z diakonów – w odpowiedzi na nie – o mało mnie nie pobił. Miałem prawo zarządzić powtórne sprzątanie w wypadku rażących uchybień. Moi poprzednicy nigdy z niego nie korzystali, ale ja postanowiłem nie dawać za wygraną. Początkowo byłem ignorowany albo obrzucany obelgami, jednak groźba oparcia sprawy o wicerektora zawsze skutkowała. W ten sposób nauczyłem porządku i pokory niektórych moich starszych kolegów. Nie zabiegałem przy tym o względy przełożonych, zwłaszcza prorektora, ale przyznam, że miło mnie połechtało uznanie z jego strony. Rzeczywiście, w czasie gdy sprawowałem swoją funkcję, seminarium lśniło czystością.
Читать дальшеИнтервал:
Закладка:
Похожие книги на «Byłem Księdzem»
Представляем Вашему вниманию похожие книги на «Byłem Księdzem» списком для выбора. Мы отобрали схожую по названию и смыслу литературу в надежде предоставить читателям больше вариантов отыскать новые, интересные, ещё непрочитанные произведения.
Обсуждение, отзывы о книге «Byłem Księdzem» и просто собственные мнения читателей. Оставьте ваши комментарии, напишите, что Вы думаете о произведении, его смысле или главных героях. Укажите что конкретно понравилось, а что нет, и почему Вы так считаете.
