Kania poza służbą patrolową nie miał nic innego do roboty i swój wolny czas poświęcił na edukację papugi pana oberlejtnanta. Codziennie godzinami przesiadywał u Baldiniego, wylegiwał się na kanapie, grał z Włochem w karty albo w szachy, czytał książki, a głównie interesował się papugą. Ułożył cały repertuar różnych zdań, które przyswajał jej metodycznie i wytrwale tak długo, aż zaczęła je powtarzać. Aby zyskać sobie jej przychylność, karmił ją obficie pieprzem i papuga dostawała histerii.
Kiedy tylko stanął przed klatką, zaczynała natychmiast drzeć się i skakać, wołając:
– Pieprzu… pieprzu!
– Masz pieprz… żryj!
– Masz pieprz… żryj… Precz z Austrią! Niech żyją Włochy!
– Pan generał jest idiota!… Ara, Papageichen… precz z Niemcami!
Po kilka razy na dzień wysłuchiwał Baldini tej recytacji i z uznaniem kiwał głową.
– Mądra bestia z naszej papużki… Śmiało można ją postawić przed sąd wojenny za zdradę główną. Będę ja zbierał po mordzie, kiedy oberlejtnant powróci ze szpitala! Jeszcze mnie gotów zastrzelić.
– Cała rzecz w tym, żeby była jakaś inspekcja, zanim powróci – wyjaśniał Kania – a jeżeli wróci przed inspekcją, to papuga ucieknie. Będziesz miał stu świadków, którzy przysięgną, że widzieli, jak ją wykradał podczas twojej nieobecności któryś z żołnierzy ze stacji odżywczej. Moja w tym głowa.
Po zjedzeniu kolacji u Baldiniego w atmosferze klubowej Kania szedł do koszar, gdzie ku wielkiemu żalowi towarzyszy mało teraz przesiadywał, zbierał swój patrol i udawał się na stację wypić kilka szklanek wina za zdrowie nie widzącej poza nim świata bufetowej. Potem, w wesołym nastroju, maszerował na czele dobranej szóstki na żniwo.
Nie było w roku 1918 gorliwszego patrolu garnizonowego od patrolu pana frajtra Kani.
Jeżeli w sławetnym Sátoralja Ujhély pragnął prosperować jakiś łazik i odpocząć trochę po trudach wojennych, spokój jego bywał zakłócony już po dwóch dniach. Właścicielki wszystkich jawnych i tajnych domów publicznych nauczyły się nie dowierzać pogodnej minie, z jaką Kania wkraczał z karabinkiem na przedramieniu do salonu, i wiedziały, co się pod tym miłym uśmiechem kryje.
– Guten Abend, madame. (Dobry wieczór, pani.) Ruch w interesie, jak widzę, niezgorszy.
– E, jaki tam ruch. Dziewczyny tyją z nudów.
– Tyją, powiada paniusia? No, pójdę zobaczyć, ile im na wadze przybyło. Za mało ruchu zażywają, powinna pani prowadzić jakąś gimnastykę. Zaraz wrócę.
– A może pan przedtem wypije szklaneczkę – proponowała właścicielka z kwaśno-słodkim uśmiechem.
Miała wiele powodów do tego, żeby uniknąć składania wizyt w pojedynczych pokojach.
– To zawsze można. Hej, chłopcy! Szanowna pani prosi was, żebyście wypili za jej zdrowie lampeczkę,
Chłopcy wchodzili do salonu i żłopali jak smoki. Właścicielka uśmiechała się i wyłamywała palce pod kontuarem, kiedy widziała pragnienie i apetyt rozbójniczego patrolu. Kania zabawiał ją rozmową i jednocześnie bystro patrzył na wszystkie strony.
– Sympatyczny chłopak – zaczynał mówić obserwując jakiegoś pijanego feldfebla, siedzącego przy stoliku w rozpiętym mundurze.
Madame szła za jego spojrzeniem i wzdychała. Kania, bawiąc się rzemieniem karabinu, odwrócony bokiem do bufetu, patrzył uporczywie na upatrzoną ofiarę i mówił dalej uśmiechnięty:
– Wie pani, jak spotykam kiedy takiego rozkosznego faceta, który się tak ładnie umie bawić, cholera mnie bierze na samą myśl, że jakiś świński żandarm albo policjant wojskowy, albo nawet, dajmy na to, byle parszywy patrol garnizonowy z jakiej nędznej kompanii wartowniczej może mu w każdej chwili zabawę zamącić głupim zapytaniem o termin ważności dokumentu podróży.
Rozglądał się po tłoczących się po sali wojskowych z taką serdecznością, jakby im chciał wzrokiem powiedzieć:
– Bawcież się, drodzy koledzy i towarzysze broni, życie jest krótkie. Niech wam idzie na zdrowie.
– Niech pani, na przykład – mówił do madame – popatrzy na tego chłoptysia przy czwartym stoliku na lewo od fortepianu.
Czy jest na świecie bydlę, które by miało sumienie w tej chwili podejść do niego i ni z tego, ni z owego zapytać go o dokument z prawdziwą, nie podrabianą pieczątką?
Gawędził tak z właścicielką i uśmiechał się do każdego, kto na niego spojrzał, co robiło takie wrażenie, jakby ten sympatyczny frajter specjalnie po to przyszedł, żeby im zapewnić wesołą swobodną zabawę.
Biada jednak temu nieszczęśnikowi, który nieznacznie odwołany na stronę przez właścicielkę lupanaru wzdrygał się przed wręczeniem narzuconego okupu, nie chcąc dać wiary, że ten sympatyczny frajter to najgorszy diabeł z garnizonu. Kania podchodził do jego stolika i przysiadał się swobodnie z karabinkiem między kolanami.
– Wesołej zabawy, kolego – mówił uprzejmie.
– Dziękuję. Służbę masz tu jaką?
– E, jaka tam służba. Wychodzi człowiek przewietrzyć się trochę na patrolu i zajrzy po drodze popatrzeć, jak się żołnierzyki zabawiają…
– Zapalisz?
– Mogę – brał papierosa i przyjacielsko mówił dalej: – Służbę ma tu człowiek lekką. Nie ma kogo ani zaaresztować, ani do żandarmerii odprowadzić; nudno, bracie. U nas jest taki Feldgericht, uważasz, że nasze miasto omija każdy łazik, co się w te okolice zabłąka z jakim lewym dokumentem podróży albo rozkazem jazdy.
– Tak tu jest ostro? – pytał zbity trochę z pantałyku łazik.
– Różne tu, bracie, wyroki bywały. Stoi za miastem kilka słupków z tabliczkami – mówił Kania paląc niedbale papierosa. – Jeżeli chodzi o mnie, jestem przeciwnikiem rozstrzeliwania ludzi o byle co, ale wojna, bracie, to nie majówka. – Słuchającemu dezerterowi robiło się gorąco.
– Tak, tak, kolego… w całym Sátoralja Ujhély nie znajdziesz nikogo, kogo by można podejrzewać o jakąś nielegalną rzecz. Jeżeli tu sobie jaki czasem wskoczy przez słabą znajomość połączeń kolejowych, wieje stąd tak, że mało butów nie zgubi, kiedy się dowie, jakie tu wyroki bywały za dezercję. Paskudnych tu audytorów mają, a już żandarmi tutejsi to świnie, nie ludzie. Żadnego sumienia taki nie ma i rodzonego brata zaprowadzi pod sąd, jeżeli sobie, na przykład, przedłuży o dwa dni urlop! Ogromnie nie lubię im kogoś przyprowadzić, bo potem spać nie mogę.
Spotniały nagłe łazik, po takiej rozmowie, dyskretnie pod stołem dzielił się z Kanią zapasem gotówki i brał nogi za pas.
Kania znał wszystkie podejrzane lokale, w których można było spotkać dezerterów albo markierantów różnego autoramentu, i wszyscy mu się opłacali.
Dzień swego urodzenia przeklinał podoficer, rdzenny Austriak, który dokumenty miał wprawdzie w porządku, ale zetknął się z patrolem na ulicy w nieprzepisowym umundurowaniu lub z nie zapiętym guzikiem.
Kania był w takim wypadku nieubłagany i taszczył winowajcę do komendy garnizonu z całą paradą, w otoczeniu sześciu błyszczących bagnetów.
– Wściekliście się, bałwański frajtrze? W czwartym roku wojny będziecie mi zwracali uwagę na nie zapięty guzik? Co to za zwariowane miasto? Ludzie giną tysiącami, a ten idiota z guzikiem.
– W myśl przepisów, panie feldfebel, trzeba guziki zapinać. A nasz komendant garnizonu jest bardzo drobiazgowy i patrole mają przestrzegać przepisów, więc przestrzegam, panie feldfebel. Gdyby pan pułkownik zwariował i kazał mi wybijać każdemu spotkanemu panu feldfeblowi dwa trzonowe zęby, na rano przyniósłbym do komendy garnizonu pełen koszyk zębów. Taki jestem służbista… A co się tyczy guzika, to nie jest to takie proste i głupie, panie feldfebel. Tego lekceważyć nie można. Z mojej praktyki wiem, co to znaczy przewinienie. Znałem kilku takich panów feldfebli, którzy za guzik ganiali człowieka laufszrytem do zemdlenia i kazali po ocuceniu robić sto razy padnij w błocie. To nie bagatelka!
Читать дальше