Spojrzała na niego, zastanawiając się, czy gnę¬biące ją wyrzuty sumienia są widoczne w jej oczach.
– Tamtej ostatniej nocy w zamku… nie chciałam niczego złego. Chciałam cię tylko powstrzymać, żebyś nie przekazał Francuzom dokumentów. By¬łam przerażona, obawiałam się, co mogły zawie¬rać. Nie myślałam jasno. Byłam zła, czułam się zra¬niona, zagubiona. – I strasznie zakochana. – Kiedy zobaczyłam cię na plaży… gdy zrozumiałam, że możesz zginąć… – Urwała i kolejne łzy wylały się z jej oczu.
Pocałował ją w czoło.
– Zrobiłaś to, co uznałaś za słuszne. W pewien sposób nawet byłem z ciebie dumny.
– Och, Damien. – Wtuliła się w jego ramiona.
Głowę miała pełną wirujących myśli, faktów, które przed chwilą wyjawił. Wszystko to miało jakiś sens, lecz z drugiej strony człowiek posiadający takie umiejętności jak Damien na pewno potrafił być bardzo przekonujący.
– Czy teraz mi wierzysz? – Przyłożył policzek do jej twarzy, pocierając ją jednodniowym zarostem.
– Wierzę ci. – Bardzo tego pragnęła, wręcz de¬speracko. Niby dlaczego nie powinna? Przecież te¬raz nie miał już powodów, aby kłamać.
Przytulił ją jeszcze mocniej.
– Dostarczę cię bezpiecznie do domu. Obiecuję. Ale ty musisz mi obiecae, że już nigdy nie zrobisz żadnego głupstwa.
Zastanowiła się, po czym odchyliła głowk, aby spojrzeć mu w oczy.
– Ja widziałam, co było w tych papierach, Da¬mien. Musimy po nie wrócić!
– Jezu Chryste!
– Wiesz, co to było? Plany okrętów zasilanych maszynami na parę. Cała flota. Masz pojęcie, co to oznacza, jakie to ważne?
Byłyby to najważniejsze dokumenty, jakie uda¬łoby mu się zdobyć w czasie piętnastu lat szpie¬gowskiej służby.
– Mam pojęcie.
– W zeszłym roku w Londynie widziałam powóz poruszany maszyną parową. Jechał po szynach w drewnianym pawilonie.
– Pamiętam. Nazywał się Złap-mnie-jeśli-potra¬fisz. Zbudował go niejaki Trevithick. Czytałem o tym w "Chronicle".
– Ta maszyna może być wykorzystywana także na statkach. Musimy wrócić,i zdobyć te plany.
– My? Wcale nie musimy niczego robić. Nie bę¬dziesz się w nic angażować. Wracasz do domu.
– Nie wrócę bez tych papierów – upierała się, przekrzywiając znacząco głowę. Jej oczy rozbłysły zielonym ogniem.
– Do diabła, Alekso. Nie pozwolę, żebyś się w to angażowała.
– Jak możemy tam wrócić? – spytała, ignorując jego słowa.
– W cale nie musimy wracać.
– Jak to?
Westchnął znużony.
– Bo generał na pewno schował plany w innym miejscu i…
– I co? No, mów dalej, chociaż jeden raz powiedz mi całą prawdę.
– I może jest łatwiejszy sposób ich zdobycia.
– To znaczy?
Spojrzał na rzekę. Po wodzie dryfowała łódka, wywołując małe falki łamiące odbicie księżycowe¬go światła.
– Mogę je zdobyć od człowieka, który je nakreślił.
– Skąd wiesz kto to?
– W narożniku była sygnatura autora.
– Tak, pamiętam. Małe kółko i dwa trójkąty, które wyglądały jak miniaturowe żagle.
– Wiem, czyj to znak.
– Czyj? – spytała podekscytowana.
Do licha, przecież nie chciał, żeby się w to anga¬żowała.
– Niejakiego Salliera. Jest słynnym projektan¬tem okrętów. Jest bardzo prawdopodobne, że ma jeden komplet planów u siebie.
– Na pewno jest tam napisane, kiedy ich kon¬strukcja ma być ukończona. Myślisz, że napisali także miejsce budowy, dzięki czemu będziemy wiedzieli, które to stocznie?
– Bardzo możliwe.
– Więc musimy je zdobyć. Musimy zapobiec ich wodowaniu. Gdyby zbudowali dostatecznie dużo tych okrętów, Napoleon mógłby przekroczyć kanał w dowolnym momencie. Nie będzie zmuszony cze¬kać na wiatr. Wykorzysta zasłonę mgły i wysadzi żołnierzy w dowolnym miejscu, a nam nie uda się go powstrzymać.
Spojrzał na nią twardo. – Wiem.
Na ścieżce pojawili się jacyś ludzie, więc Damien odwrócił się i poprowadził Aleksę z powrotem do karety. Milczeli. Kiedy zobaczyli konie,:zatrzy¬mała się i stanęła twarź'ą do niego.
– Czy mówiłeś szczerze? – spytała cicho, nic spuszczając z niego wzroku. – Wtedy wcześniej…, gdy jechaliśmy karetą.
– Tak. Człowiek taki jak ja niełatwo wypowiada takie słowa. Kocham cię, Alekso. Chyba od dawna cię kocham.
Chciała odpowiedzieć, że ona też go kocha, lecz przypomniała sobie, jak zobaczyła go w gabinecie generała, kiedy był zimny, okrutny, bezwzględny. Od uderzenia wciąż bolał ją policzek, od wylanych łez piekły oczy, i słowa uwięzły jej w gardle. Da¬mien nachylił się i pocałował ją, czule i delikatnie, wywołując kolejną burzę emocji, ucisk w bijącym z bólem sercu.
Bez słów dotarli do powozu i Damien pomógł jej wsiąść.
– Będę szczęśliwa, gdy znajdziemy się w domu – powiedziała, wciąż niepewna swoich odczuć.
– Tak – zgodził się z zakłopotaną miną.
Wciąż nie wiedziała, co on naprawdę myśli.
Miała tylko nadzieję, że domem, o którym wspo¬minał, jest Anglia.
Gdybyś tylko mogła zajrzeć w moje serce. Te sło¬wa nie dawały jej spokoju, nękały ją podobnie jak cierpienie, które widziała na jego twarzy. Tej nocy Damien nie przyszedł do jej sypialni, za co była mu wdzięczna. Zbyt wiele się wydarzyło. Targały nią emocje, obawy, niepewność.
Damien musiał to wyczuć, bo pozwolił jej spać znacznie dłużej, niż powinna. Gdy Aleksa w końcu ubrała się i zeszła na dół, stwierdziła, że Damien już gdzieś wyszedł.
– Jest w powozowni – powiedział Claude-Louis.
– Pomaga mojemu synowi karmić ptaki.
Elegancki, jasnowłosy służący Damiena stał przy oknie z widokiem na ogród. Wcześniej Damien powiedział jej, że przed rewolucją rodzina Arnaux należała do arystokracji. Wrodzony wdzięk i inteli¬gencja Claude' a-Louisa świadczyły o tym, że rzeczy¬wiście w jego żyłach płynie błękitna krew.
– Mój mąż i twój syn chyba się przyjaźnią?
– Dziwi to panią?
– Odrobinę
– Pani mąż to twardy człowiek, ale tylko na zewnątrz. Nawet on sam tego nie rozumie.
– Nie było mu dane zaznać prawdziwego beztro¬skiego dzieciństwa. Może to jest przyczyna. Ludzie oczekują od niego, żeby był kimś więcej, niż jest w rzeczywistości.
– A może naprawdę jest kimś więcej, niż myśli. Zastanawiała się nad tym, gdy kierowała się na tyły domu. Jej mąż miał wiele twarzy. Między innymi dlatego wydał jej się tak intrygujący, tak bardzo ją pociągał.
Z tego też powodu bała się tak bez reszty oddać mu swoJe serce.
Wyszła przez drzwi werandy do ogrodu i dalej ruszyła ścieżką w kierunku powozowni. Panował w niej chłód, pachniało starym drewnem, farbą i smarem do osi. Na poddaszu w jednym rogu sie¬działy gołębie, co chwilę któryś z nich z trzepotem skrzydeł wzlatywał w powietrze, zataczał koło i wracał do gniazda, żeby poprawić sobie pióra i dalej gruchać.
Aleksa poszła w stronę małego pomieszczenia na zapleczu, z którego dobiegały głosy. W pewnym momencie mały Jean-Paul wybiegł na jej spotka¬me.
– Bonjour, madame Falon – uśmiechnął się ra¬dośnie. – Mieliśmy nadzieję, że pani przyjdzie.
– Naprawdę? – Przeniosła wzrok z małego ciem¬nowłosego chłopca na swojego wysokiego, przy¬stojnego męża.
– Tak – powiedział Damien – właśnie taką mie¬liśmy nadzieję. – Spoglądał na nią tajemniczo, jak¬by starał się odgadnąć jej myśli.
– Kiedyś zastanawiałam się, czy lubisz dzieci – rzekła cicho. – Teraz widzę, że tak.
Читать дальше