– Nie lubię dzieci, przynajmniej nie wszystkie. Jean-Paul jest… wyjątkowy.
Uśmiechnęła się. Sama też nie lubiła jednakowo. wszystkich dzieci. Ale zapałała sympatią do Jean¬-Paula i chciałaby mieć własne dziecko. Zwłaszcza z Damienem.
– Tak, jest wyjątkowy. – Nachyliła się nad malcem. – Damien ma szczęście, że jesteś jego przyjacielem.
– Ah, non, madame. To ja mam szczęście. Gdyby nie monsieur Damien, nie byłoby mnie tutaj.
Zerknęła na męża, który tylko wzruszył ramio¬namI.
– Spotkaliśmy się w dniu wypadku. Gdybym był szybszy, być może Jean-Paul nie zostałby ranny.
Znowu przeniosła uwagę na chłopca, czując nie¬przyjemne łomotanie serca. Od dawna zastanawia¬ła się, co było przyczyną kontuzji Jeana-Paula, lecz nigdy nie pomyślała, że mogło to mieć jakikolwiek związek zDamienem.
– Czy tak było, Jean-Paul? Damien był obecny, gdy miałeś wypadek?
Kiwnął głową.
– To był dzień, kiedy maszerowali żołnierze, by¬ło ich tak dużo, że trudno zliczyć. Pięknie wygląda¬li w kolorowych mundurach z medalami i błyszczą¬cymi guzikami. Były też konie i wozy, tak liczne, że końca nie było widać. Patrzyliśmy na przemarsz razem z mamą. Gdy obok przejeżdżała armata, koń czegoś się przestraszył. Mama krzyknęła. Pa¬miętam twarz pana Dawiena, kiedy biegł w' moim kierunku… Więcej nie pamiętam… tylko że bola¬ła mnie noga i bardzo płakałem.
– Wóz uderzył Jeana-Paula? – spytała Damiena.
Na samą myśl serce w niej zamarło.
Pokręcił głową.
– Laweta armatnia ciągnięta przez konie. Ktoś strzelił z pistoletu i zwierzęta się spłoszyły. Kiedy skręciły, laweta przewróciła się i działo spadło na ziemię razem z kilkoma kulami armatnimi. Uda¬ło mi się uratować Jean-Paula przed uderzeniem działa, lecz jeden z pocisków zmiażdżył mu stopę.
– To musiało być okropne!
Chłopiec wzruszył ramionami tak samo jak wcześniej jej mąż.
– Trochę bolało, ale teraz już prawie nic nie pa¬miętam.
– Tak właśnie poznałem Claude'a-Louisa – wtrącił Damien. – Był mi wdzięczny, że pomogłem jego synowi. Z czasęm zostaliśmy bliskimi przyjaciółmi, a w końcu on i Marie Claire zaczęli dla mnie pracować.
– Monsieur Damien uratował mi życie – stwier¬dził poważnie chłopiec.
– A więc mamy ze sobą coś wspólnego – uśmiechnęła się do niego. – Kiedyś mnie także uratował życie.
Damien spojrzał na nią czule.
– Ale też ja sam naraziłem cię na niebezpieczeń¬stwo. No dobrze, może sypniemy Charlemagne garść ziarna i pójdziemy do parku na lody? Założę się, że madame Falon polubi je tak samo jak Jean-Paul.
W jego spojrzeniu było ciepło, które rozpaliło w jej wnętrzu jakiś płomień.
– Qui, monsieur – powiedziała. – Bardzo chętnie.
* * *
Pozostawała tylko jedna niedokończona sprawa.
Jules S1. Owen. Cokolwiek zaszło między nią i Da¬mienem, Aleksa chciała zaryzykować. Chciała być lojalna wobec St. Owena i nie zamierzała zrobić niczego, co mogłoby go narazić na jakieś niebez¬pieczeństwo.
Tak więc gdy Jean-Paul wbiegł do jej pokoju z małą pogniecioną kartką zwilgotniałą w jego zaci¬śniętej rączce, odczytała ją z lekkim niepokojem.
– Skąd to masz? – spytała.
– Od jasnowłosego pana, który stał przed domem. Powiedział, że nie mogę tego oddać nikomu, tylko pani.
Uśmiechnęła się, lecz jej serce od razu przyspie¬szyło.
– Dobrze zrobiłeś. Dziękuję ci. – Wygładziła mu niesforny. kosmyk gęstych, czarnych włosów. – A teraz idź się pobawić i podziękuj mamie, że przysłała mi do pokoju herbatę.
Czuła się trochę nieswojo. Zbyt wiele miała na głowie. Zbyt wielka była też stawka i tyle pytań, na które brakowało odpowiedzi.
– I powiedz jej, że właśnie tego potrzebowałam. Jean-Paul skinął głową i wyszedł na korytarz, po¬włócząc nogą. Chwilę patrzyła za nim, ogarnięta nu¬tą żalu. Chłopiec był jednak dzielnym dzieckiem, in¬teligentnym i bystrym. Miała pewność, że cokolwiek wydarzy się w jego życiu, Jean-Paul sobie poradzi.
Usiadłszy, powtórnie przebiegła wzrokiem wia¬domość.
Pani mąż ma spotkanie z generałem Moreau jutro o godzinie drugiej, żeby omówić swoje kolejne zada¬nie. A więc Sto Owen miał swoich własnych infor~ matorów w rządowych sferach! Boże, na jakim oni świecie żyli? Spotkajmy się w Cale de Valois w Pa¬ris Royale o wpół do trzeciej.
Jak zwykle, Damien nic jej nie powiedział o swo im spotkaniu. Oczekiwał, żeby mu zaufała, lecz kiedy sam się nauczy mieć zaufanie do niej?
Po południu następnego dnia ubrała się na wyj¬ście z domu, tak jak napisał Jules. Stojąc w wielkim salonie, zobaczyła, jak idzie do drzwi w swoim mundurze z mosiężnymi guzikami.
– Widzę, że wychodzisz – powiedziała obojętnie, chociaż czuła ból, że wciąż jej nie ufa.
– Mam spotkanie z generałem Moreau.
– Dlaczego wcześniej mi nie powiedziałeś?
– Bo to nie jest ważne. – Wyraz jego twarzy uległ delikatnej zmianie. Spojrzał na nią ostrzegawczo. – A gdyby nawet było, to nie twoja sprawa. – Zro¬zumiała, że ktoś może ic4 obserwować. Mimowol¬nie zmusiła go do powrotu do roli hardego męża. – Odprowadź mnie do karety – rozkazał. – Musi¬my coś uzgodnić. – Podniósł swój kapelusz z pióro¬puszem, wsunął go sobie pod pachę i otworzył ciężkie, drewniane drzwi.
– Jak sobie życzysz – powiedziała słabym gło¬sem.
Gdy wyszli na zewnątrz, stanął i odwrócił się.
– Wybacz, musiałem to zrobić. Teraz będą ob¬serwować nas jeszcze uważniej.
– Wiem. Nie powinnam była cię naciskać.
– Nie wiem dokładnie, czego chce generał. Powiem ci wszystko po powrocie.
– Bądź ostrożny.
Pocałował ją mocno, ale krótko.
– Niedługo wrócę.
Miała nadzieję, że to "niedługo" wystarczy jej na dojazd do Cafe de Valois. Jules sprawiał wraże¬nie bardzo kompetentnego człowieka. Na pewno dokładnie przemyślał cały plan. Stojąc na szero¬kim ganku, patrzyła za odjeżdżającym mężem. Po¬czuła niemiłe ukłucie na widok jego perfekcyjnie skrojonego munduru grenadiera, w który prezentował się niezwykle elegancko. Potem szybko wró¬. ciła do domu po torebkę i parasolkę przeciwsło¬neczną
Upewniła się, że nikt nie widzi, jak wychodzi, że dokoła nie dzieje się nic podejrzanego. Zatrzyma¬ła dorożkę na rogu ulicy i pojechała do małej ka¬wiarni w jednej z arkad Pal ais Royale.
Gdy przybyła, Jules już na nią czekał.
– Miło panią widzieć. – St. Owen był ubrany w kosztowny ciemnobrązowy frak. Zaprowadził ją do jednego z pawilonów w ogrodzie i zamówił po filiżance kawy. Przyniesiono ją razem z dzba¬nuszkiem gorącego mleka. – Niepokoiłem się o panią.
– Pan się niepokoił? – Nachyliła się lekko. – Czy coś się stało? Czy…
Pokręcił głową, wyciągając smukłą dłoń do jej posiniaczonego policzka.
– Były plotki, spekulacje, dlaczego pani wraz z mężem opuściła pałac w takim pośpiechu. Po¬dobno panią pobił.
Westchnęła.
– To długa historia. I bardzo odbiega od tego, co ludzie myślą.
– Więc wszystko w porządku? Ile powinna mu powiedzieć?
– Tak, nic mi nie jest. Przyjechałam, żeby powie¬dzieć, że jednak nie wyjadę z Paryża razem z panem.
– Nom de Dieu, dlaczego?
– Mój mąż się wszystkim zajmie. Dopilnuje, żebym znalazła się w domu.
– Alekso…
– Taka jest prawda. Wyjaśniłabym, gdybym miała pewność, że pan to zrozumie. Obawiam się, że to mogłoby go narazić na niebezpieczeństwo.
Читать дальше