Tak naprawdę to nie ma już nikogo, kto mógłby pomóc.
Nawet sarna sobie nie mogła pomóc.
Damien zszedł po schodach w swoim petit hotel przy rue St. Philippe.
Dom zbudowany przed okresem rewolucyjnego terroru przez arystokratów, którzy bali się utraty głów pod ostrzem gilotyny, był ciężką, kamienną budowlą z wysokimi oknami i balkonami z kutego żelaza. Budynek był elegancki, chociaż sprawiał wrażenie raczej fortecy niż domu mieszkalnego. Kamienica o grubych murach skrywała tunele i se¬kretne przejścia, dając żyjącym w strachu arystokra¬tycznym mieszkańcom możliwość szybkiej ucieczki lub ukrycia się, gdyby zaistniała taka potrzeba. Da¬wał również możliwość śledzenia jego mieszkań¬ców, co najprawdopodobniej było powodem, dla którego ten właśnie dom przeznaczono na kwaterę Damiena na czas gdy przebywał we Francji.
Falon przeszedł przez. hol w kierunku drzwi.
Pierre Lindet, jego ochmistrz, stał przy wejściu, trzymając kapelusz, rękawiczki, pelerynę z satyno¬wą podszewką i lśniącą hebanową laskę ze złotą gałką
Ubrany był w strój wyjściowy, gdyż wybierał się do opery. Miał spotkać się z Lafonem, Moreau, architektern Cellerierem, burmistrzem Frochotem, a także księżną d' Abrantes, żoną gubernatora Pa¬ryża. Po spektaklu wszyscy byli oczekiwani na przy¬jęciu w Hótel de Ville.
Kiedyś być może spędziłby taki wieczór dość mi¬to. Przed ślubem… przed poznaniem Aleksy. Te¬raz każda taka chwila napełniała go przerażeniem.
Pańskie okrycie, monsieur. – Pierre podał mu pelerynę. Damien narzucił ją na ramiona, zapiął ozdobną klamrę, po czym założył rękawiczki i wziął laskę
Rozumiem, że mój powóz już czeka przed domem.
– Oui, monsieur.
– A gdzie Claude-Louis?
Nie widziałem go, monsieur. Wyszedł jakiś czas temu i jeszcze nie wrócił.
Damien bezwiednie pokiwał głową
– Czy coś jeszcze, monsieur?
Nie, to wszystko. Claude-Louis nie musi na mnie czekać. Powiedz mu, żeby kładł się spać.
Mężczyzna bezszelestnie usunął się z drogi i Da¬mien ponownie ruszył ku drzwiom. Jednak czyjś cienki głosik i tupot małych stóp osadziły go na miejscu. Spojrzał w stronę korytarza i zobaczył, jak mały Jean-Paul Arnaux biegnie ku niemu, przebierając szybko nogami, chociaż skręco¬na kostka utrudniała mu zadanie.
– Monsieur! Monsieur!
Damien podniósł małego do góry.
Bonsoir, mon petit, kiedy wróciłeś do domu? Ciemnowłosy, ciemnooki chłopiec był na wsi w odwiedzinach u jednego z licznych kuzynów.
Wróciłem dzisiaj, monsieur. Potem mama za¬brała mnie na targ. Chciałem się przywitać, zanim pójdę spać. – Jean-Paul miał dopiero siedem lat, jednak zawsze sprawiał wrażenie starszego. Być może to wypadek sprzed trzech lat przyczynił się do tego, że stał się dojrzalszy niż inne dzieci w tym wieku.
Damien mocno przytulił malca, czując ucisk w piersi na myśl o dziecku, jakie mógł mieć z Aleksą. – Cieszę się, że cię widzę. Bez ciebie było tu sta¬nowczo zbyt cicho.
W holu pojawiła się jego u.śmiechnięta matka.
– Zabiorę go, monsieur. – Zona Claude' a, Marie Claire, wzięła chłopca i przytuliła do swojego obfi¬tego biustu. – Mam nadzieję, że nie sprawiał kło¬potu.
– Jean-Paul nigdy nie sprawia kłopotu – odparł Damien nieco chropowatym głosem, gdyż na wi¬dok tej szczęśliwej rodziny poczuł, że coś chwyta go za gardło..
– Bonsoir, monsieur. – Chłopiec pomachał ręką ponad ramieniem matki.
– Bonne nuit, mon petit – zawołał za nim Da¬mien. To dziecko było jego drugą słabością. Chciał zachować dystans, ale chłopiec mu na to nie po¬zwalał. Przywiązał się do niego, a chociaż ich spo¬tkania były rzadkie i zwykle krótkie, chłopiec nie¬zmiennie wzbudzał w Damienie ciepłe uczucia, jak się wydaje, z całkowitą wzajemnością.
Damien westchnął, zastanawiając się, kiedy oko¬liczności ulegną zmianie, Ieończąc ich zażyłą przy¬jaźń.
Ta perspektywa wydała mu się nader smutna.
Wspomniawszy czasy, gdy na niczym mu nie zale¬żało, poprawił kołnierz peleryny, lecz nie zdążył otworzyć drzwi, gdy do środka wpadł Claude-Lo¬uis, który szybko ściągnął bobrową czapkę, aż ciemne włosy opadły mu na czoło. Chwycił Damie¬na za ramiOna.
– Bogu dzięki, że zdążyłem – wysapał.
– O co chodzi? Co się stało?
Claude- Louis rozejrzał się dokoła, po czym wskazał gabinet i ruszył szybkim krokiem w tamtą stronę. Damien pospieszył za nim.
– Nie ma czasu, żebym cię przygotował na tę wia¬domość, więc powiem od razu. Twoja żona żyje!
Damien podskoczył, jakby dostał pociskiem. Po¬czuł narastające odrętwienie w piersi, przez chwilę zapomniał oddychać.,
– Powtórz, żebym był pewien, że dobrze cię zro¬zumiałem. – Z pewnością się przesłyszał, lecz, Bo¬że, jakże pragnął, żeby to była prawda.
– Madame Falon żyje. Jest uwięziona tutaj, w Pa¬ryzu.
– Jeśli się mylisz – powiedział cicho Damien – to przysięgam, że nigdy ci tego nie wybaczę.
– Nie mylę się, przynajmniej tak sądzę. Oczywi¬ście jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać.
– Gdzie ona jest? – Serce Damiena dudniło w iście zawrotnym tempie, nie mógł opanować drżenia rąk.
– Właśnie dlatego musimy się spieszyć. Jest przetrzymywana w Le Monde du Plaisir, lupanarze nad Sekwaną.
Damien na chwilę zaniemówił.
– Skąd masz pewność, że to Aleksa? Czego się dowiedziałeś?
– Pierwsze pogłoski o tym pojawiły się jakieś trzy dni temu. Pewien marynarz z doków, który był z dziewczyną pracującą w Le Monde, powiedział, że jest tam jakaś Angielka, piękniejsza od Afrodyty. Twierdził, że jest nowa w Le Monde, że została sprzedana jako kurtyzana przez dwóch napoleoń¬skich żołnierzy.
– To jeszcze nie dowodzi, że mówił o Aleksie.
– Tak samo pomyślałem i dlatego nic ci nie mówiłem. Porozmawiałem z kilkoma znajomymi, popro¬siłem o pomoc w zamian za wyświadczone im kiedyś przysługi. Dowiedziałem się, że dziewczyna była ranna, a Celeste Dumaine osobiście pielęgnowała ją i postawiła na nogi. Podobno jest przetrzymywa¬na wbrew swojej woli, zaś wieczorem pierwszego sierpnia, to znaczy dzisiaj, odbędzie się licytacja i dziewczyna pójdzie z tym, kto da najwięcej.
Damien syknął przez zaciśnięte zęby.
– Nom de Dieu. – Spojrzał w kierunku drzwi, lecz po chwili przeniósł wzrok z powrotem na przy¬jaciela. – Jednak wciąż nie możemy być pewni, że to ona. – W tym momencie wszelkie wątpliwości nie miały już znaczenia: wiedział, że tam pójdzie. Cały oddział francuskiego wojska nie byłby w sta¬nie go powstrzymać.
– Miejsce jest pod silną strażą. Jeśli to twoja żo¬na, będą ci potrzebne dokumenty albo Lafon i co najmniej pół tuzina uzbrojonych ludzi.
Damien pokręcił głową.
– Licytacja mogła już się zacząć. Nie mamy cza¬su na to.
– Co więc zamierzasz?
Bez słowa odwrócił się i przeszedł przez gabinet.
Z szuflady biurka wyciągnął pistolet, sprawdził, czy jest nabity, po czym wsunął go do kieszeni pe¬leryny. Następnie odsunął wiszący na ścianie ob¬raz, za którym znajdował się sejf, przez chwilę ma¬nipulował pokrętłem szyfrowego zamka, wreszcie wyciągnął ciężki woreczek pełen monet.
Uśmiechnął się szelmowsko kącikiem ust.
– Jeśli to moja żona, cena będzie bardzo wysoka.
A ja nie zamierzam pozwolić się przelicytować.
Claude-Louis poklepał przyjaciela po ramieniu.
– Wezmę pistolet i pojadę z tobą.
Читать дальше