– Każdej nocy, zasypiając, będę myślał o tobie – powiedział. Aleksa ledwie mogła sobie poradzić z dokuczliwym cierpieniem.
– Do widzenia, Damien – odparła cicho, po¬wstrzymując łzy. Całym sercem pragnęła, by spra¬wy przybrały inny obrót.
Lecz samo pragnienie to za mało, by je zmienić.
Spoglądała na oddalający się powóz ze świadomo¬ścią, że nic nie odwiedzie jej od tego, co musi zro¬bić. Skinąwszy głową Monty'emu, wróciła na górę, by spakować niedużą płócienną torbę i przygoto¬wać się do wyprawy.
Rayne'a nie było w Anglii. Nie mogła poprosić go o pomoc, ale chyba domyślała się, co on by zro¬bił. Podczas służby w kawalerii miał bliskiego przy¬jaciela, Jeremy'ego Stricklanda. Niegdysiejszy puł¬kownik Strickland dzisiaj był już generałem. Utrzymywał stały kontakt z Rayne'em, a ostatnio słyszała, że stacjonuje w sztabie w Londynie.
Do miasta było osiemdziesiąt mil, więc mniej niż dwa dni podróży, jaka czeka Damiena. Postanowi¬ła, że pojedzie dyliżansem pocztowym. Ponieważ zatrzymywał się co dziesięć mil, żeby zmienić ko¬nie, będzie w stanie pokonać tę samą drogę szyb¬ciej niż w dwadzieścia cztery godziny. Spotka się z generałem, poprosi go o pomoc, a potem wróci do zamku Falon przed oczekiwanym powrotem Damiena.
– Co też pani wyprawia? – W otwartych drzwiach stanęła Sarah, trzymając na rękach uło¬żoną równo stertę czystej bielizny pościelowej.
– Właśnie otrzymałam wiadomość – skłamała Aleksa, powtarzając wymyśloną przez siebie historyj¬kę. Wepchnęła podwiązki i pończochy do torby obok granatowej dziennej sukni z dopasowaną pelisą. – Lady lane zachorowała. Muszę jechać do Londynu.
– To dlaczego nic mi pani nie powiedziała? Zaraz spakuję swoje rzeczy.
Aleksa chciała ją powstrzymać, ale pomyślała, że lepiej będzie tego nie robić. PodJ;óżując w towa¬rzystwie służącej, znacznie mniej będzie się rzuca¬ta w oczy. Wymyśli jakieś wyjaśnienie dla Sary, kie¬dy dotrą na miejsce. N a chwilę obecną będzie mniej problemów z Montym.
– Pojedziemy dyliżansem – zawołała za nią.
– Tak będzie najszybciej, a lady Jane może nas bardzo potrzebować.
* * *
Wyczerpanie. Nie było innego słowa na to, co czuła. Nie pomogło nawet kilka godzin snu, jakie Aleksa złapała w modnym hotelu Grillon na Albe¬marle, gdzie wynajęła mały apartament.
Ubrała się w szarą dzienną suknię z satynowymi śliwkowymi lamówkami, zostawiła Sarę w pokoju, sama zaś zeszła na dół, gdzie za niewielką opłatą mężczyzna siedzący w recepcji zorganizował dla niej powóz. Wybrała ten właśnie hotel, gdyż Da¬mi en często zatrzymywał się w Clarendonie, a cho¬ciaż wystrój był tam bardziej praktyczny niż ele¬gancki, to miejsce cieszyło się zasłużenie dobrą opinią
Oparła się o kanapę w powozie. Była wyczerpa¬na i obolała po długiej podróży po wyboistych go¬ścińcach, po których dyliżans pędził jak szalony, a dodatkowo miała mętlik w głowie. Lecz mimo zmęczenia widok Londynu jak zwykle przykuł jej uwagę. Uwielbiała surową świeżość oceanu, rybac¬ką wioskę Falon-by-the-Sea, mieszkańców zamku, lecz ruchliwe, pulsujące życiem miasto w jakiś spo¬sób zawsze ją pobudzało. Dodawało jej odwagi, gdy tak bardzo jej potrzebowała, nadziei, gdy ta ją opuszczała, siły, gdy czuła, że jest zupełnie wyczer¬pana.
Tłumy spieszących się ludzi, handlarze na Stran¬dzie, kawiarnie; drukarnie, stragany z książkami, miejski folklor wokół Covent Garden. Uwielbiała te brukowane ulice, chłopców sprzedających gaze¬ty po pensie, kominiarzy, szmaciarzy, widoki, dźwięki, a nawet ohydne zapachy.
To wszystko dodawało jej otuchy, umacniało w podjętym postanowieniu. To byli jej rodacy, ko¬chała ich. Anglia to jej ojczyzna i ona pozostanie jej wierna.
I zrobi to, po co tu przyjechała.
Przebijając się przez gąszcz faetonów, powozów i jednokonnych gigów, kareta jechała powoli zatło¬czonymi ulicami West Endu". by wreszcie dotrzeć do celu, którym był budynek Gwardii Konnej w pałacu Whitehall.
N asunąwszy na głowę kaptur, Aleksa wysiadła z pojazdu i pospieszyła w kierunku proporcjonal¬nej budowli pod zegarową wieżą. Przed frontonem stali gwardziści w czerwonych pelerynach z poły¬skującymi mosiężnymi guzikami, a pióra na ich hełmach szeleściły w powiewach porannej bryzy.
Minęła ich i weszła do środką, czując rosnące zdenerwowanie z powodu tego, co za chwilę miała uczynić.
BożeJ pomóż mi! Nie chciała myśleć oDamienie.
Po tym wszystkim, co zrobił, nie była mu nic win¬na. Jednak jego urodziwa twarz wciąż pojawiała się niczym duch w zakamarkach jej wyobraźni. Gdyby miała najmniejszą wątpliwość, pojawiłaby się jakakolwiek szansa, że się myli, nie byłoby jej tutaj. Gdyby istniał jakikolwiek inny sposób, by go powstrzymać…
Aleksa wiedziała, że takiego sposobu nie ma. Odetchnęła głęboko, by dodać sobie odwagi, przeszła po szarej marmurowej podłodze na drugą stronę, w kierunku żołnierza siedzącego za szero¬kim biurkiem.
– Przepraszam… – Młodzieniec podniósł głowę.
– Czy mógłby mi pan pomóc? – Miał orzechowe oczy i miły uśmiech. Nie mógł mieć więcej niż dwa¬dzieścia trzy lata.
– Tak, słucham?
– Przyjechałam, żeby się spotkać z generałem Stricklandem. Nazywam się Aleksa Garrick. – W ogóle nie czuła się lady Falon. Zresztą Jeremy Strickland nie znał jej nowego nazwiska.
– Przykro mi, ale generała nie ma w Londynie.
– A… kiedy wróci?
– Obawiam się, że nie wiem, panienko.
– To bardzo ważna sprawa. Czy może mi pan powiedzieć, dokąd się udał?
– Tego mi nie wolno.
– Ale ja przyjechałam z bardzo daleka. Generał jest przyjacielem mojego brata, pułkownika Garric¬ka. Jestem pewna, że gdyby wiedział, że tu jestem…
– Nie mogę pani powiedzieć, gdzie przebywa ge¬nerał, ale mogę ujawnić, że znajduje się za granicą.
– Za granicą! – Zwracała na siebie uwagę, ale by¬ła zbyt zmęczona, żeby się tym przejmować. Jakaś kobieta po drugiej stronie pomieszczenia popatrzy¬ła w jej stronę, zaś oficer, z którym rozmawiała, wło¬żył do oka lorgnon i obrzucił Aleksę długim spoj¬rzeniem. – Przepraszam. Ja tylko myślałam… – Za¬częła się odwracać, lecz ktoś zagrodził jej drogę.
– Może ja mógłbym pani w czymś pomóc, pan¬no… Garrick, o ile dobrze usłyszałem?
– Tak powiedziałam, ale…
– Pułkownik Douglas Bewicke, Siódma Brygada Dragonów, do usług.
Pokręciła głową.
– Przepraszam, ale pan nie może mi pomóc.
– Widzę, że jest pani czymś zaaferowana. Może przejdziemy do mojego gabinetu, gdzie będziemy mogli porozmawiać na osobności? – Uśmiechnął się zachęcająco. Był drobnej budowy, wydawał się niższy od większości żołnierzy, miał jasnobrązowe włosy, ciemne oczy i dość rumianą cerę.
– Sama nie wiem… powiedział pan… dragonów? Uśmiechnął się.
– Ja także znam pani brata. Jak się miewa pułkownik Garrick?
– Niestety, również przebywa za granicą. Uniósł jasnobrązową brew.
– W tej sytuacji tym bardziej n'alegam, by przyjꬳa pani moją pomoc. Pani brat byłby bardzo nieza¬dowolony, gdybyśmy wypuścili panią, nie udzieliw¬szy wszelkiej możliwej pomocy.
Douglas Bewicke zaprowadził ją do swojego gabi¬netu, gdzie posadził w obitym czerwoną skórą fote¬lu, jednym z dwóch stojących przed jego biurkiem.
Widział, że jest piękna, że ma śliczną buzię i szczu¬płą, chociaż bardzo kobiecą figurę. Wcale nie był za¬skoczony. Uroda, podobnie jak arogancja i pienią¬dze, były typowe dla rodziny Garricków. Podszedł do bocznego stolika i nalał jej kieliszek brandy.
Читать дальше