Zatrzymała się przed nią, ponieważ zauważyła, że niektóre szare ptaki mają metalowe obrączki na nogach.
– To gołębie pocztowe, prawda?
Wyraz twarzy Damiena uległ nieznacznej zmianie.
– Przez jakiś czas bardzo mnie intrygowały. Ale teraz hodujemy je jako pożywienie.
– A może wypuścimy je…
– A może wrócimy już do środka? Robi się późno, a przed kolacją chciałem jeszcze zrobić parę rzeczy.
Zerknęła na niego ciekawie.
– No dobrze… ale pod jednym warunkiem.
– Mianowicie?
– Ze opowiesz mi o swojej matce. – Był to temat, którego oboje unikali, jednak Aleksa chciała wie¬dzieć, dlaczego tych dwoje żyje w takiej niezgo¬dzie. Musiała znać prawdę, zarówno ze względu na Damiena, jak i na siebie.
– Innym razem – odparł stanowczo i poprowa¬dził ją w kierunku domu.
Aleksa zatrzymała go koło wejścia do ogrodu, który nie był nawet w dziesiątej części tak duży jak w Stoneleigh, lecz za to znakomicie utrzymany.
– Nie sądzisz, że mam prawo wiedzieć? Teraz je¬stem twoją żoną. Twoja matka i siostra także są moją rodziną.
Westchnął ze znużeniem.
– O Rachael Falon Melford nie bardzo lubię rozmawiać.
Uśmiechnęła się.
– Dobrze o tym wiem, ale kiedyś musisz mi o niej opowiedzieć. Co się między wami wydarzy¬ło? Na pewno nie była taka surowa, gdy byłeś ma¬łym chłopcem.
Ostatni ślad ciepła znikł z jego twarzy.
– Szczerze powiedziawszy, była dokładnie taka sama jak teraz. – Spojrzał gdzieś daleko, obserwu¬jąc ostatnie złociste promienie zachodzącego słoń¬ca. – Chociaż wtedy pewnie lepiej to ukrywała. Jednak dla mojego ojca nie miało to znaczenia. Z przyczyn, których nigdy nie zrozumiem, ojciec zawsze ją kochał.
– Nie zawsze możemy wybrać tych, których ko¬chamy.
Popatrzył na nią dziwnie.
– Może i nie… W każdym razie umarł, gdy skoń¬czyłem dziewięć lat. Matka miała wtedy dwadzie¬ścia siedem. Była samolubna i zepsuta, nie miała zbyt wiele czasu dla swojego dziecka. Myślała wy¬łącznie o swojej straconej młodości. Była strasznie rozpieszczona, jednak wiedziała, że jej własne dziecko zawsze będzie na pierwszym miejscu.
– Musiała być niezwykle piękna. Pokiwał głową.
– Wręcz przepiękna. Niestety, miała tego świa¬domość. W dniu pogrzebu ojca wyjechała do Lon¬dynu i od tamtej pory rzadko ją widywałem. Nie miało dla niej znaczenia, że w domu zostawia sa¬mego dziewięcioletniego syna, który właśnie stra¬cił ojca i może potrzebować matczynej pociechy.
– Och, Damien. – Położyła dłoń na jego przed¬ramieniu i natychmiast wyczuła, jaki jest spięty.
– Od tamtej pory wszystko było z górki. Więk¬szość czasu spędzała w mieście, gdzie wydawała pie¬niądze mojego ojca. Zamek mocno podupadł. Gdy tylko minął stosowny czas, poślubiła lorda Town¬senda.
– Ale chyba potem sytuacja uległa poprawie. Uśmiechnął się ponuro.
– Ja i Townsend byliśmy jak ogień i woda. Nie akceptowałem go za to, że cieszył się względami mojej matki, on zaś mnie nie lubił, bo go drażni¬łem. Gdy miałem trzynaście lat, zostałem wysłany do Francji razem z babką. Chciała zapytać, co się wydarzyło później, lecz wi¬dząc jego minę, zrezygnowała. Powiedział już wszyst¬ko, co zamierzał. Może dokończy kiedy indziej.
– Przykro mi, Damien. Chciałabym, aby istniał jakiś sposób, który pozwoliłby to zmienić.
– Nie powiedziałem ci tego wszystkiego, żebyś się nade mną litowała. Po prostu doszedłem do wniosku, że powinnaś wiedzieć. – Scisnął ją za ramię trochę mocniej, niż należało. – A teraz pora wracać.
Przez resztę wieczoru był w posępnym nastroju, lecz nocą kochał się z nią tak samo namiętnie jak zwykle. Rano wydawał się jakiś inny, jakby rozmo¬wa o przeszłości pomogła mu nieco zaleczyć rany. Jednak wciąż nie była pewna jego uczuć wobec siebie, wyczuwała jakąś tajemnicę związaną z cz꬜cią jego osobowości, którą cały czas skrzętnie ukrywał.
Nazajutrz wstali wcześnie i udali się do małej wioski rybackiej Falon-by-the-Sea. Uliczki były wyłożone kocimi łbami, wzdłuż nich stały niewiel¬kie chatki. Damien wyjaśnił jej, że drewniane szop¬ki, w których przechowywano sieci, pochodzą jesz¬cze z szesnastego wieku.
– Budowano wąskie i wysokie budynki, żeby ob¬niżyć koszt dzierżawy ziemi – tłumaczył, gdy prze¬chodzili główną uliczką biegnącą równolegle do oceanu. Na plaży żony rybaków sprzedawały świeże dorsze, flądry, kraby i homary.
– Darnien, popatrz! – Kiedy szli po piasku, wska¬zała palcem duże, ciemne plamy w dalszej części plaży. – Czy te jaskinie nie prowadzą na klify?
– Tak właśnie jest – rzekła potężna kobieta z wy¬datną szczęką. Posiwiałe włosy miała wsunięte pod jasnoczerwoną chustę. Stała za straganem z rybami, których otwarte paszcze i mętne oczy spoglądały na nią oskarżycielsko. – Pełno ich na całym wybrzeżu. Kiedyś to był raj dla szmugle¬rów. A gadają, że nadal tak jest.
Najwyraźniej wciąż dochodziło tu do przemytu i to na dużą skalę. W czasie wojny francuskie pro¬duktY były bardzo cenione, chociaż większość ary¬stokracji używała ich jedynie w zaciszu domowego ogniska.
– Czy w pobliżu Falon są jaskinie? – Aleksa spy¬tała Damiena, nagle tknięta myślą, że być może stąd właśnie wzięły się plotki na jego temat.
– Nic mi o tym nie wiadomo. – Jego oblicze ule¬gło pewnej zmianie, jeszcze bardziej pociemniało, więc Aleksa porzuciła temat. Dzień był naprawdę piękny, szkoda byłoby psuć nastrój, wywołując ja¬kieś nieuzasadnione podejrzenia.
– Które ryby wyglądają na najświeższe? – spyta¬ła, uśmiechając się szeroko. – Chętnie zjadłabym jakąś na kolację.
Damien odpowiedział uśmiechem.
– Przygotowania do kolacji trwają już od jakie¬goś czasu. Andre szykuje coś specjalnego. Rybka musi zaczekać.
Nie miała nic przeciwko temu. Kiedy Damien uśmiechał się w taki sposób, nie obchodziło jej nic więcej, jak tylko utrzymanie go w tak dobrym na¬stroju.
W sprawie kolacji oczywiście miał rację, co mu¬siała przyznać po pewnym czasię., Wystawne posił¬ki monsieur Bouteliera przeszły zupełnie niezau¬ważone, gdy w zamku przebywały matka i siostra Damiena. Teraz delektowała się przepysznymi da¬niami, a dodatkową radością przepełniał ją fakt, że przygotowywano te wspaniałości specjalnie dla mej.
Zjedli razem coq au vin oraz ris de veau aux chanterelles – znak0mitą potrawkę z kury, podawa¬ną z delikatną trzustką cielęcą i leśnymi grzybami, popili zaś butelką przedniego czerwonego wina. Potem poszli ścieżką ciągnącą się nad brzegiem. Tym razem, gdy dotarli do granitowej skalnej pół¬ki, Damien zdjął swój gruby płaszcz i rozłożył go między głazami. Położyli się na nim, a on zaczął ją całować, aż ogarnięta drżeniem chwyciła go moc¬no za ramiona. Wtedy podwinął jej spódnicę, roz¬piął sobie spodnie i wziął ją, nie zdejmując ubra¬ma.
To było skandaliczne, grzeszne, lecz jakże pod¬niecające!
– Zimno ci, naj droższa? – spytał, całując ją w po¬liczek, gdy wsunęła się jeszcze mocniej w jego ob¬jęcia. – Chyba powinniśmy już wracać.
– Jeszcze nie… proszę. – Oparła głowę na ra¬mieniu męża, zaś on przesunął palcem po jej po¬liczku. – Uwielbiam słuchać szumu morza… jak fale uderzają o brzeg. To brzmi tak, jakby ocean żył, jakby biło jego serce.
Podparł się na łokciu.
– Bo on naprawdę żyje… przynajmniej dla mnie.
To jeden z powodów, dla których uwielbiam to miejSce.
Читать дальше