To. czarowne stwierdzenie, które rekomendować można zarówno ze względu na rzeczowość, jak oryginalność, przywołało natychmiast Katarzynie na pamięć miłe wspomnienie wszystkich znanych jej heroin. Pomyślała, że przyjaciółka nigdy jeszcze nie wyglądała tak uroczo jak teraz, w chwili gdy wypowiadała tę wspaniałą sentencją.
– Pewna jestem, że dadzą swoją zgodę – powtarzała w kółko. – Pewna jestem, że będą tobą zachwyceni.
– Jeśli o mnie idzie – powiedziała Izabella – pragnienia mam skromniutkie, wystarczy mi lilipuci dochodzik w naturze. Tam gdzie w grę wchodzi wielkie uczucie, nawet ubóstwo jest majątkiem. Gardzę wspaniałościami, za żadne skarby świata nie zamieszkałabym w Londynie. Malutki domek w ustronnej wiosce to szczyt moich marzeń! Są w okolicach Richmond takie prześlicznie małe wille!
– Richmond! – zakrzyknęła Katarzyna. – Musicie się osiedlić gdzieś koło Fullerton! Musicie mieszkać blisko nas!
– Och, doprawdy, byłabym strasznie nieszczęśliwa, gdybyśmy mieszkali daleko. Wystarczy mi, żebym tylko była gdzieś blisko ciebie. Ale daremna ta rozmowa! Nie pozwolę sobie nawet myśleć o tym wszystkim, póki nie przyjdzie odpowiedź od twojego ojca. Twój brat powiada, że jeśli wyśle ją dzisiaj wieczór do Salisbury, to możemy ją dostać jutro. Jutro! Och, wiem dobrze, że nie starczy mi odwagi, by otworzyć ten list. Och, nie wiem, czy ja to przeżyję!
Po tym stwierdzeniu pogrążyła się w zadumie, a kiedy ponownie otworzyła usta, zaczęła rozważać, jaka też powinna być jej suknia ślubna.
Kres ich naradzie położył niecierpliwy kochanek we własnej osobie, który przyszedł wydać pożegnalne westchnienie przed wyjazdem do Wiltshire. Katarzyna chciała mu powinszować, ale nie wiedziała, co powiedzieć, więc tylko patrzyła na niego wymownie. Z oczu jej jednak posypało się tak rzęsiście osiem części mowy, że James złożył je bez najmniejszego trudu. Niedługo się żegnał, niecierpliwie wyglądając tego, co chciał załatwić w domu, a żegnałby się jeszcze krócej, gdyby go nie powstrzymywały namiętne błagania ukochanej, by natychmiast ruszał. Żarliwe jej prośby, by odjeżdżał, dwukrotnie zawracały go niemal od drzwi.
– Doprawdy, muszę już pana wypędzać! Niechże pan tylko pomyśli, jaka daleka droga przed panem! Nie mogę dłużej znieść tego pańskiego zwlekania. Na litość boską, niechże pan już nie mitręży czasu! Idźże już, idź! Żądam, abyś odszedł!
Obie przyjaciółki, których serca były teraz złączone silniej niż kiedykolwiek, nie rozstawały się cały dzień. Godziny płynęły im na rojeniu planów siostrzanego szczęścia. Dopuściły do tych narad panią Thorpe z synem, którzy o wszystkim wiedzieli i, zdałoby się, czekali tylko na zgodę pana Morlanda, by uznać zaręczyny Izabelli za najszczęśliwsze wydarzenie rodzinne. Ich znaczące spojrzenia i tajemnicze półsłówka oraz niedomówienia i wymiana spojrzeń obu przyjaciółek dopełniły miary ciekawości rozpierającej dwie nie uprzywilejowane młodsze siostry. Katarzyna, w prostocie swoich uczuć, nie mogła się dopatrzeć w tej dziwacznej powściągliwości ani dobroci serca, ani konsekwencji postępowania i na pewno wypomniałaby Izabelli ten brak dobroci, gdyby nie fakt, że brak konsekwencji był sprzymierzeńcem obu panienek. Szybko bowiem uspokoiły ją swoim bystrym „ja tam swoje wiem”, i wieczór upłynął na czymś w rodzaju potyczki, gdzie orężem był dowcip, na czymś w rodzaju próby rodzinnej zręczności – jedna strona kryła rzekomy sekret, druga przypuszczalne rozwiązanie zagadki, a obie wykazywały równy spryt.
Następny dzień Katarzyna spędziła również ze swoją przyjaciółką usiłując podtrzymać ją na duchu podczas ciężkich godzin dzielących ją od przyjścia poczty. Wysiłek niezbędny, ponieważ w miarę zbliżania się przewidywanej logiką chwili Izabella popadała w coraz większe przygnębienie, a nim list przyszedł, doprowadziła się do prawdziwej rozpaczy. Lecz kiedy otworzono list, gdzie się podziała owa rozpacz? „Bez najmniejszej trudności otrzymałem zgodę moich zacnych rodziców i obietnicę, że uczynią wszystko, co w ich mocy, by przyczynić się do mojego szczęścia.” Tak brzmiały pierwsze trzy linijki listu, i natychmiast zapanowało poczucie radości i bezpieczeństwa. Na twarzy Izabelli zagościł jasny rumieniec, niepokój i troska gdzieś uleciały, wpadła w radość niemal niepohamowaną i sama siebie nazwała bezwstydnie najszczęśliwszą ze wszystkich śmiertelniczek.
Pani Thorpe zalana łzami radości wzięła w ramiona córkę, syna, gościa, wzięłaby chętnie połowę mieszkańców Bath. Serce jej wezbrało czułością. Co chwila słychać było: „kochany John” i „kochana Katarzyna”. „Kochana Anna” i „kochana Maria” musiały natychmiast wziąć udział w rodzinnym szczęściu, a najdroższe dziecko, Izabella, zasłużyła sobie uczciwie na nie mniej jak dwa kochania przed imieniem. John również nic ukrywał swojej radości. Nie tylko obdarzył pana Morlanda ogromnym komplementem stwierdzając, że to wspaniały chłop, ale klął się na wszystko wynosząc jego zalety.
List, z którego wzięła się ich radość, był krótki i niewiele więcej zawierał prócz owego zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Na szczegóły trzeba było czekać do chwili, kiedy James będzie mógł napisać ponownie. Ale na szczegóły Izabella mogła doskonale zaczekać. To, czego chciała, zawierało się w obietnicy pana Morlanda: poręczał honorem, że wszystko im ułatwi, a z czego będą czerpali dochody – czy z przekazanego im majątku ziemskiego, czy odpowiednio ulokowanych kapitałów, które zostaną im darowane – tego w swojej bezinteresowności zupełnie nie była ciekawa. Usłyszała dość, aby być pewną szczodrego i rychłego zapisu i wyobraźnia jej wybiegała już ku wszystkim płynącym stąd radościom. Widziała już, jak za kilka tygodni stanie się przedmiotem zainteresowania i uwielbienia wszystkich nowych znajomych w Ftillerton, przedmiotem zawiści wszystkich drogich starych przyjaciółek w Putney, z ekwipażem do dyspozycji, nowym nazwiskiem na bilecikach wizytowych i olśniewającą kolekcją pierścieni na palcach.
Kiedy upewniono się co do treści listu, John Thorpe, który czekał tylko na jego nadejście z wyjazdem do Londynu, zaczął się szykować do podróży.
– No cóż, panno Katarzyno – zaczął znalazłszy się z nią sam na sam w saloniku – przyszedłem się pożegnać przed wyjazdem.
Katarzyna złożyła mu życzenia szczęśliwej drogi. Zdawało się, że jej nie słyszy, podszedł do okna jakiś nieswój, mrucząc jakąś melodyjkę, pochłonięty własnymi myślami.
– Nie za późno dojedzie pan do Devizes? – zapytała. Nie odpowiedział. Po chwili jednak wybuchnął niemal:
– Słowo daję. ten pomysł z małżeństwem to wcale nie takie głupie. Całkiem rozsądną myśl mieli Bella i pani brat. Cóż pani o tym sądzi? Bo ja powiadam, że to nie-głupi pomysł.
– Myślę, że bardzo dobry.
– Tak i pani uważasz? Szczerze powiedziane, słowo daję! Rad słyszę, że nie jesteś, pani, wrogiem stanu małżeńskiego. A słyszałaś kiedy piosenkę Za weselem wesele? Co to ja chciałem… przyjedzie pani chyba na wesele Belli, co?
– Tak, obiecałam pańskiej siostrze, że jeśli to będzie możliwe, przyjadę.
– No i wtedy, wiesz pani – mówił kręcąc się, z wymuszonym głupawym śmiechem – możemy wtedy sprawdzić, czy nam się uda ta stara piosenka.
– Doprawdy? Ależ ja w ogóle nie śpiewam. A teraz do widzenia. Jem dzisiaj obiad z panną Tilney i muszę już wracać do domu.
– Ale gdzie się pani tak diabelnie spieszy! Kto wie, kiedy znowu będziemy razem? To nie znaczy, żebym nie miał wrócić najdalej za dwa tygodnie, chociaż mi się te dwa tygodnie będą diabelnie dłużyć.
Читать дальше