– Co to za szczęście, że nasz las jest duży – powiedziała. – Gdyby do tej szosy było bliżej, w ogóle bym tego nie zniosła. Czy ktoś widział bobry?
– Tu ich nie ma – powiedziała sarenka Klementyna. – Przespacerowałam się trochę i nie widziałam ich nigdzie blisko.
– Są w lesie, nad tamtą drugą częścią rzeczki – oznajmił jelonek Kikuś. – Byłem tam przed chwilą i widziałem, że oglądają brzegi.
– Ciekawe, jak długo będziemy czekać! – westchnął Euzebiusz, największy i najstarszy dzik.
– Spieszy ci się do nich? – zdziwiła się Marianna. – Ja bym wolała, żebyśmy się wcale nie doczekali.
– W gruncie rzeczy ja bym też wolał – odparł Euzebiusz.
– Ale ciekaw jestem trochę tego piknika.
– Nie ma jeszcze wilków – zawiadomił z drzewa dzięcioł.
– Sroka po nie poleciała. Mówiły, że przyjdą trochę później, bo się muszą wyspać. One przeważnie śpią w dzień.
– Uwaga! – zawołał ostrzegawczo Remigiusz. – Są! Jeden jadący szosą samochód bardzo zwolnił, zjechał na łąkę i podjechał do samego jeziorka. Zatrzymał się blisko brzegu i zaczęli wychodzić z niego ludzie, dwie osoby większe i dwie mniejsze. Wszystkie zwierzęta, nie wiadomo jakim sposobem, od razu wiedziały, że te mniejsze są ludzkimi dziećmi.
Klementyna niespokojnie wezwała do siebie swoją córeczkę, Perełkę, i kazała jej odsunąć się w głąb lasu. Euzebiusz uczynił krok ku łące.
– Zaczynamy? – spytał z ożywieniem.
– Jeżeli chcesz, żeby coś po sobie zostawili, radziłbym ci poczekać – odparł Remigiusz. – Popatrzmy, co będą robić.
Ludzie zaczęli od razu wyciągać z samochodu różne rzeczy. Jedna osoba rozstawiła jakąś dziwną konstrukcję. Zwierzęta nie wiedziały, że jest to turystyczny stolik, i przyglądały się ze zdumieniem i zaciekawieniem.
– Będą jedli – zawiadomił Remigiusz z uciechą. – Nie zaczynają palić ognia, więc wszystko mają gotowe. Jeżeli wyjmują takie coś, zawsze im to służy do jedzenia.
Osoba wyciągnęła także i rozstawiła turystyczne krzesła, a potem wielką torbę, z której zaczęła wydobywać paczki i pudełka. Remigiusz o wszystkim kolejno informował, widywał bowiem takich ludzi na wycieczce mnóstwo razy.
– Jeżeli będą tylko jedli, proponuję, żeby im dać spokój – powiedział. – Paskudztwa z tego nie będzie, najwyżej trochę śmieci. Wypłaszamy wyłącznie takich, którzy spróbują myć to swoje pudło.
– Eeeeee… – powiedział Euzebiusz z wyraźnym rozczarowaniem.
Ludzie nadal kręcili się wokół samochodu i ciągle z niego coś wywlekali. Niektóre rzeczy rzucali na trawę, inne układali na stoliku. Wszystkie zwierzęta patrzyły na to z ogromnym zainteresowaniem, nawet Marianna przestała kichać.
Największy człowiek wyciągnął wreszcie wiaderko, podszedł do jeziorka, nabrał wody i wylał ją na dach samochodu. Remigiusz zerwał się na równe nogi.
– Zaczyna się! – krzyknął zduszonym głosem. – Uwaga! Do roboty! Dzięcioły pierwsze!
Siedem dzięciołów poderwało się równocześnie, furknęło i wszystkie opadły na dach samochodu. Ludzie nagle znieruchomieli i patrzyli na to w osłupieniu. Największy człowiek trzymał w ręku pełne wiaderko, bo właśnie znów nabrał wody. Dzięcioły przystąpiły do pracy.
Dzięcioły mają bardzo twarde i silne dzioby. Kują nimi drewno tak szybko, że brzmi to jak terkotanie. Wszystkie razem zaczęły kuć dach samochodu, chociaż było im bardzo niewygodnie, bo nie miały się czego trzymać. Uderzenia były przez to nieco słabsze, ale w zupełności wystarczyły, żeby poprzebijać cienką blachę. Okropny, brzęczący, metaliczny terkot brzmiał przez chwilę nad łąką, aż echo odbiło go w lesie.
Człowiek z wiaderkiem krzyknął strasznie, rzucił naczynie i runął w kierunku swego samochodu. Dzięcioły spodziewały się tego. W mgnieniu oka poderwały się i furknęły do lasu.
– No proszę! – powiedział dumnie Remigiusz. – Nie mówiłem?
– To nie ty mówiłeś, to Karuś – zwrócił mu delikatnie uwagę Pafnucy.
– Rzeczywiście – powiedziała równocześnie Marianna z wielkim zadowoleniem. – Tę rzecz z wodą już zgubili.
– Ale wrzeszczą okropnie – stwierdziła z niesmakiem Klementyna i odsunęła się odrobinę za drzewa.
Ludzie na łące miotali się jak szaleńcy. Dzieci popędziły kawałek za dzięciołami, ale zostały od razu zawrócone. Wszyscy biegali wokół samochodu, macali dach, wspinali się na palce i usiłowali go obejrzeć. O żadnym myciu oczywiście nie mogło już być mowy, bo przez dziurki woda wlałaby się im do środka.
– Ejże, to świetny pomysł! – powiedział borsuk, zdumiony sukcesem.
– Jeśli mają zwiewać, trzeba ich postraszyć – przypomniał Remigiusz. – Pafnucy, no…!
– A my? – spytał niecierpliwie Euzebiusz.
– Wy za chwilę – zarządził Remigiusz. – Zobaczymy, co powiedzą na Pafnucego.
Pafnucego to wszystko trochę rozbawiło, bo ludzie zachowywali się bardzo śmiesznie. Sam był ciekaw, co powiedzą na niego. Niewiele myśląc, wybiegł z lasu i pojawił się na łące.
Nikt w tym całym zamieszaniu nie zauważył, że szczur wodny podpłynął, wylazł na brzeg i, kryjąc się w gęstej trawie, zaczął się zbliżać do samochodu. Po drodze znalazł coś, co zostało rzucone, i z dużym pośpiechem przystąpił do obgryzania tego. Nikt mu w tym nie przeszkadzał. Ludzie przestali wreszcie macać dach, rozejrzeli się i zaczęli podnosić porozrzucane przedmioty. Szczur wodny znikł błyskawicznie. Jeden człowiek trafił na obgryziony przez niego przedmiot, podniósł go i znów strasznie krzyknął, ponieważ cały narożnik gumowego dywanika samochodowego pod nogi przestał istnieć i zostały z niego tylko nierówne strzępy.
Zgrupowani nad wodą ludzie oglądali dywanik i wcale nie widzieli Pafnucego. Pafnucy podszedł bliżej. Nie miał cierpliwości czekać, aż się wreszcie rozejrzą porządnie, i postanowił zwrócić na siebie ich uwagę. Podniósł się na tylne nogi i ryknął potężnie.
To, co nastąpiło potem, omal nie spłoszyło wszystkich zwierząt, ukrytych w lesie. Z wrzaskiem panicznego przerażenia ludzie runęli do samochodu, przewracając po drodze stolik i krzesła i gubiąc wszystko, co trzymali w rękach. Wepchnęli się do środka głowami do przodu, pozatrzaskiwali drzwi, samochód gwałtownie ruszył prosto do wody, zatrzymał się i równie gwałtownie ruszył do tyłu. Znów się zatrzymał, wykręcił i w wielkim pędzie wyjechał na szosę, podskakując gwałtownie na różnych nierównościach.
Dopiero kiedy znikł z oczu, zwierzęta przestały być skamieniałe. Pierwszy wyskoczył na łąkę Remigiusz.
– Pafnucy, wracaj! – zawołał, pękając ze śmiechu. – Co za świetne przedstawienie! Schowaj się, niech cię inni nie widzą!
Zaraz za nim wypadło z lasu całe stado dzików, które, przepychając się wzajemnie, w szalonym pośpiechu zaczęły próbować wszystkiego, co zostało po ludziach. Pafnucy, okropnie zaskoczony wrażeniem, jakie wywołał, opadł na cztery łapy i wycofał się z tego zamieszania. Marianna w lesie aż popiskiwała z zachwytu.
– Cóż to za świetny sposób! – wykrzykiwała. – Żadnego paskudzenia! Sam Pafnucy wystarczył! W życiu bym nie przypuszczała, że ci ludzie są tacy głupi!
– Niewygodnie – powiedział dzięcioł. – Nie ma o co zaczepić pazurów. Ale robota łatwa.
– Głupio trochę dziobać coś, w czym nie ma nic do jedzenia – rzekł jego krewniak.
– Za to jakie to użyteczne! – wykrzyknęła Marianna. – Proszę was, poświęćcie się! Nikt nie zrobi tego równie dobrze!
Читать дальше