Mimo panujących ciemności i licznych zakrętów, Edward prowadził bardzo szybko. Jego milczenie było nie do zniesienia.
– No, powiedz coś – zażądałam, kiedy w końcu wyjechaliśmy na szosę.
– A co mam niby powiedzieć? – spytał zdystansowanym tonem.
Niemalże bałam się tego jego odrętwienia.
– Powiedz, że mi wybaczasz.
Coś w jego twarzy nareszcie drgnęło. Chyba go rozzłościłam.
– Że wybaczam? Co?
– Gdybym tylko było ostrożniejsza, bawilibyśmy się teraz świetnie na moim przyjęciu urodzinowym.
– Bello, zacięłaś się papierem! To nie to samo, co zabójstwo z premedytacją.
– Co nie zmienia faktu, że wina była po mojej stronie.
– Po twojej stronie? – W Edwardzie coś pękło. – Gdybyś zacięła się w palec u Mike'a Newtona, przy Jessice, Angeli i innych swoich normalnych znajomych, to co by się stało, jak myślisz? W najgorszym razie okazałoby się może, że nie mają w domu plastrów! A gdybyś potknęła się i sama wpadła na stos szklanych talerzy – podkreślam, sama, a niepopchnięta przez swojego chłopaka – co najwyżej poplamiłabyś siedzenia w aucie, gdy wieźliby cię, do szpitala! Mike Newton mógłby w dodatku trzymać cię za rękę, kiedy zakładaliby ci szwy, i nie musiałby przy tym powstrzymywać się z całych sił, żeby cię nie zabić! Więc błagam, o nic się nie obwiniaj, Bello. Gdy to robisz, czuję do siebie tylko jeszcze większy wstręt.
– Dlaczego, u licha, akurat Mike Newton miałby trzymać mnie za rękę?! – spytałam rozdrażniona.
– Bo uważam, że dla swojego dobra to z nim powinnaś być, a nie ze mną!
– Wolałabym umrzeć, niż zostać dziewczyną Mike'a Newtona! – wykrzyknęłam. – Wolałabym umrzeć, niż zadawać się z kimkolwiek oprócz ciebie!
– No, już nie przesadzaj.
– A ty w takim razie nie wygaduj bzdur.
Nie odszczeknął się. Wpatrywał się tępo w jezdnię.
Zaczęłam zastanawiać się, jak uratować ten nieszczęsny wieczór, ale kiedy zajechaliśmy pod dom, nadal nic nie przychodziło mi do głowy.
Edward zgasił silnik, ale dłonie trzymał wciąż zaciśnięte na kierownicy.
– Może zostaniesz jeszcze trochę? – zasugerowałam.
– Powinienem wracać do domu.
Ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzyłam, było to, żeby zadręczał się pół nocy.
– Dziś są moje urodziny – powiedziałam błagalnie.
– O czym kazałaś nam zapomnieć – przypomniał. – Zdecyduj się wreszcie. Albo świętujemy, albo udajemy, że to dzień, jak co dzień.
Zabrzmiało to już niemal jak przekomarzanie się. Uff…
– Postanowiłam, że jednak chcę obchodzić te urodziny – oświadczyłam. – Do zobaczenia w moim pokoju! – dodałam na odchodne.
Wyskoczyłam z furgonetki i zabrałam się do zbierania prezentów zdrową ręką. Edward zmarszczył czoło.
– Nie musisz ich przyjmować.
– Ale mogę – odparłam przekornie. Gdy tylko to powiedziałam, pomyślałam sobie, że może Edward właśnie celowo mnie podpuścił.
– Przecież Carlisle i Esme wydali pieniądze, żeby kupić swój.
– Jakoś to przeżyję.
Przycisnęłam pakunki do piersi i nogą zatrzasnęłam za sobą drzwiczki. Edward w ułamku sekundy znalazł się przy mnie.
– Daj mi je, niech się na coś przydam. – Zabrał mi prezenty. – Będę czekał na górze.
Uśmiechnęłam się.
– Dzięki.
– Wszystkiego najlepszego.
Pocałował mnie przelotnie.
Wspięłam się na palce, żeby przedłużyć pocałunek, ale Edward się odsunął. Posławszy mi swój firmowy łobuzerski uśmiech, zniknął w okalających dom ciemnościach.
Mecz jeszcze trwał. Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi wejściowe, moich uszu dobiegł glos komentatora sportowego przekrzykującego rozszalały tłum kibiców.
– Bell, to ty? – odezwał się Charlie.
– Cześć. – Zajrzałam do saloniku, ranną rękę przycisnąwszy do boku, żeby ukryć opatrunek. Piekło w niej i ciągnęło – widocznie znieczulenie przestawało działać. Skrzywiłam się delikatnie.
– Jak było?
Charlie leżał na kanapie z bosymi stopami na przeciwległym oparciu.
– Alice przeszła samą siebie: kwiaty, tort, świece, prezenty – wszystko jak trzeba.
– Co dostałaś?
– Radio samochodowe z odtwarzaczem CD. I Bóg wie co jeszcze.
– Fiu, fiu.
– Wiem, wykosztowali się. Pójdę już do siebie.
– Do zobaczenia rano. – Hej.
Pomachałam mu odruchowo.
– Ej, co ci się stało w rękę? Zarumieniłam się i zaklęłam pod nosem.
Potknęłam się. To nic takiego.
– Bello. – Charlie pokręcił tylko głową.
– Dobranoc, tato.
Popędziłam na górę. W łazience trzymałam piżamę na takie okazje jak ta – schludny top i cienkie bawełniane spodnie do kompletu, zamiast dziurawego dresu. Włożyłam je, jak najszybciej się dało, krzywiąc się, gdy naciągałam szwy. Obmyłam twarz jedną ręką, ekspresowo umyłam zęby i w podskokach pognałam do pokoju.
Edward siedział już na środku mojego łóżka, obracając w palcach jedną ze srebrnych paczuszek.
– Cześć – powiedział smutno. A więc nadal się zamartwiał.
Podeszłam do łóżka i usadowiłam się na kolanach nocnego gościa.
– Cześć. – Oparłam się plecami o jego klatkę piersiową. – Mogę już otwierać?
– Co już otwierać?
– Skąd ten nagły przypływ entuzjazmu? – zdziwił się.
– Rozbudziłeś moją ciekawość.
Pierwszą podniosłam paczuszkę zawierającą prezent od Carlisle'a i Esme.
– Pozwól, że cię wyręczę. – Edward zdarł ozdobny srebrny papier jednym zgrabnym ruchem, po czym oddał mi pudełko. Było białe.
– Jesteś pewien, że mogę sama unieść pokrywkę? – zażartowałam. Puścił moją uwagę mimo uszu.
W środku był podłużny kawałek grubego papieru całkowicie pokryty drobnym drukiem. Zanim doczytałam się, o co chodzi, minęła minuta.
Trzymałam w ręku voucher na dwa dowolne bilety lotnicze, wystawiony na mnie i na Edwarda. Nie spodziewałam się, że z któregokolwiek z prezentów tak szczerze się ucieszę.
– Możemy polecieć do Jacksonville?
– Takie było założenie.
– Ale fajnie! Renee padnie, jak jej o tym powiem! Tyle, że tam jest słonecznie. Nie masz nic przeciwko siedzeniu cały dzień w domu, prawda?
– Jakoś to wytrzymam. Hej, gdybym wiedział, że potrafisz tak przyzwoicie zareagować na prezent, zmusiłbym cię do otworzenia go w obecności Carlisle'a i Esme. Myślałem, że zaczniesz zrzędzić.
– Nadal uważam, że przesadzili z hojnością, ale z drugiej strony masz pojechać ze mną! Super!
Edward parsknął śmiechem.
– Żałuję, że nie kupiłem ci czegoś wystrzałowego. Nie zdawałem sobie sprawy, że czasami zachowujesz się rozsądnie.
Odłożywszy voucher na bok, sięgnęłam po kwadratową paczuszkę, którą próbowali mi już z Alice wręczyć na parkingu. Teraz naprawdę ciekawiło mnie, co jest w środku. Edward wyjął mi ją z rąk i ponownie wyręczył mnie w odpakowywaniu. Spod srebrnego papieru wyłoniło się przeźroczyste pudełko na CD z pozbawioną napisów płytą.
– Co to? – spytałam zaskoczona.
Nie odpowiedział, tylko włożył płytę do odtwarzacza stojącego na nocnym stoliku i nacisnął „play”. Przez chwilę nic się nie działo. A potem rozległy się pierwsze tony.
Z wrażenia zamarłam. Wiedziałam, że Edward czeka na mój komentarz, ale zabrakło mi słów. W oczach stanęły mi łzy – otarłam je szybko, żeby nie spłynęły po policzkach.
– Boli cię? – zaniepokoił się.
– Nie, to nie szwy. To ta muzyka. Nawet nie marzyłam, że załatwisz dla mnie coś takiego. To najwspanialszy prezent, jaki mogłeś mi dać.
Читать дальше