Stanęli obok siebie w miejscu, skąd Alvin wspiął się na górę.
— Widzisz coś? — zapytał Bajarz.
— Nie ma ścieżki — oświadczył Ta-Kumsaw.
— Przecież wczoraj ją zobaczyłeś.
— Wczoraj była.
— Więc może inną drogą — poradził Bajarz. — Waszą drogą na szczyt.
— Inna droga nie doprowadzi nas do tego samego miejsca.
— Daj spokój, Ta-Kumsawie. Kopiec jest duży, ale nie aż tak, żeby w ciągu godziny nie znaleźć tam Alvina.
Ta-Kumsaw spojrzał na Bajarza pogardliwie. Starzec przemówił z mniejszą pewnością:
— To znaczy, że musisz pójść tą samą ścieżką, żeby dojść w to samo miejsce?
— Skąd mogę wiedzieć? — odpowiedział Ta-Kumsaw. — Nigdy jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś wszedł na Kopiec, a ktoś inny ruszył za nim tą samą ścieżką.
— Nigdy nie wchodzicie tam dwójkami albo trójkami?
— To miejsce, gdzie kraina przemawia do wszystkich stworzeń, które tu żyją. Mowa krainy to trawa i drzewa; jej ornamenty to zwierzęta i ptaki.
Bajarz zauważył, że jeśli tylko Ta-Kumsaw miał ochotę, mówił po angielsku jak Biały. Nie: jak wykształcony Biały. Ornamenty. Gdzie w kraju Hio mógł poznać takie słowo?
— W takim razie jak wejdziemy?
Twarz Ta-Kumsawa nie zdradzała żadnych uczuć.
— Moim zdaniem, musimy tam wejść jakkolwiek. Wiemy, którą drogą wyruszył. Pójdźmy nią, czy ją widzimy, czy nie.
Ta-Kumsaw milczał.
— Będziesz tu tak stał, kiedy on umiera?
W odpowiedzi Ta-Kumsaw postąpił o krok i stanął twarzą w twarz — nie, pierś w pierś — z Bajarzem. Ścisnął go za rękę, objął ramieniem, przyciągnął do siebie. Splątały się ich nogi. Przez moment Bajarz próbował sobie wyobrazić, jak by wyglądali w oczach kogoś, kto by ich teraz zobaczył… czy poznałby, która noga do kogo należy? Rytm bicia serca Czerwonego głośniej rozbrzmiewał w ciele Bajarza niż jego własny, niewyczuwalny puls.
— Nie jesteśmy dwojgiem ludzi — szepnął Ta-Kumsaw. — Nie ma Białych i Czerwonych, nie ma krwi między nami. Jesteśmy człowiekiem o dwóch duszach, czerwonej i białej. Jednym człowiekiem.
— Zgoda — mruknął Bajarz. — Niech będzie, jak mówisz.
Ta-Kumsaw odwrócił się, wciąż ściskając starca. Zetknęły się ich głowy, uszy zwarły tak mocno, że Bajarz słyszał puls Ta-Kumsawa niczym uderzenia fal oceanu. Lecz teraz, kiedy ich ciała tak były złączone, jakby biło w nich jedno serce, zobaczył wyraźnie ścieżkę wiodącą na szczyt Kopca.
— Czy ty…? — zaczął Ta-Kumsaw.
— Widzę ją — przerwał mu Bajarz.
— Idź blisko mnie. Teraz jesteśmy jak Alvin: biała i czerwona dusza w jednym ciele.
Był to niewygodny, wręcz śmieszny system wspinaczki. Jednak kiedy tylko jakiś niepewny krok rozdzielał ich choćby odrobinę, ścieżka natychmiast wydawała się trudniejsza, ukryta za jakimś pnączem, krzewem, zwisającym konarem. Dlatego Bajarz przyciskał się do Ta-Kumsawa równie mocno, jak Czerwony do niego. Razem dotarli w końcu na szczyt.
Bajarz przekonał się ze zdumieniem, że zamiast pojedynczego Kopca widzi ich osiem i ośmiokątną kotlinę między nimi. Co ważniejsze, Ta-Kumsaw również był zaskoczony, niepewny. Nie ściskał tak mocno Bajarza, nie panował już nad sytuacją.
— Dokąd pójdzie w takim miejscu biały człowiek? — zapytał.
— W dół, naturalnie — odpowiedział Bajarz. — Kiedy Biały widzi dolinę, schodzi do niej, żeby zobaczyć, co tam znajdzie.
— Zawsze tak jest? Nie wiecie, gdzie jesteście, gdzie się znaleźliście?
Dopiero wtedy Bajarz zrozumiał, że Ta-Kumsaw stracił tu swój zmysł krainy. Był ślepy niczym Biały.
— Chodźmy — zdecydował Bajarz. — I popatrz… nie musimy już się tak mocno ściskać. To gładkie zbocze, ścieżka nie jest nam potrzebna.
Przekroczyli strumień i znaleźli Alvina na łące. Nisko wokół nich opadały mgły. Nie był ranny, ale choć czoło miał zimne, drżał jak w gorączce. Oddychał płytko i szybko. Ta-Kumsaw miał rację: umierał.
Bajarz dotknął go, pogłaskał, potrząsnął nim, żeby jakoś przebudzić. Alvin nie dawał znaku, że ich dostrzega. Ta-Kumsaw w niczym nie pomagał. Siedział obok, trzymał chłopca za rękę i jęczał tak cicho, że Bajarz wątpił, czy w ogóle jest tego świadom.
Jednak on sam nie należał do ludzi, którzy poddają się rozpaczy… jeśli właśnie rozpacz odczuwał w tej chwili Ta-Kumsaw. Rozejrzał się. W pobliżu rosło drzewo okryte wiosennymi liśćmi o barwie tak intensywnie żółtozielonej, że wydawały się wykute z cienkich płatków złota. Na drzewie wisiał jeden owoc, jasny… nie, biały. I nagle, gdy tylko go zobaczył, Bajarz poczuł zapach mocny i słodki, tak silny, że niemal mógł go smakować.
Działał bez namysłu. Podszedł do drzewa, zerwał owoc, wrócił do leżącego na ziemi Alvina… Takie dziecko… Podsunął mu owoc pod nos, by zapach podziałał jak sole trzeźwiące. Chłopiec głęboko, gwałtownie wciągnął powietrze. Otworzył oczy i rozsunął wargi, a z ust wyrwał mu się jęk prawie identyczny z zawodzeniem Ta-Kumsawa… prawie identyczny ze skowytem kopniętego psa.
— Ugryź — polecił Bajarz.
Ta-Kumsaw chwycił jedną ręką dolną szczękę Alvina, drugą górną, wsunął palce między zęby i z trudem otworzył mu usta. Bajarz wsunął owoc, Ta-Kumsaw zwarł chłopcu szczęki. Skórka owocu pękła, przejrzysty płyn spłynął do gardła, pociekł po policzku na trawę. Wolno, z wysiłkiem, Alvin zaczął przeżuwać. Łzy kapały mu z oczu. Nagle wyciągnął ręce, złapał Bajarza za szyję, a Ta-Kumsawa za włosy i usiadł. Przyciągnął ich do siebie tak blisko, że oddychali nawzajem swymi oddechami. I płakał, aż ich twarze stały się mokre od łez. A że Bajarz i Ta-Kumsaw także szlochali, żaden z nich nie wiedział, czyje łzy lśnią na skórze pozostałych.
Alvin mówił niewiele, ale wystarczyło. Powiedział, co się stało tego dnia nad Chybotliwym Kanoe, o krwi na rzece, o tysiącu ocalałych, przechodzących po gładkiej i twardej wodzie; o krwi na rękach Białych, a w szczególności na rękach jednego człowieka.
— To za mało — rzekł Ta-Kumsaw.
Bajarz nie próbował się spierać. Nie Białemu tłumaczyć wodzowi, że zabójcy jego ludu zostali ukarani odpowiednio do swego przestępstwa. Poza tym Bajarz nie był pewien, czy sam jest o tym przekonany.
Alvin opowiedział im, jak spędził wieczór i noc, ściągając Measure'a z samej granicy śmierci. Jak spędził ranek, przyjmując w siebie niezmierzoną agonię dziewięciu tysięcy śmierci krzyczących w duszy Proroka — dziewięć tysięcy razy ten jeden czarny wrzask, który przed laty doprowadził go do obłędu. Co było trudniejsze: uzdrowienie Measure'a czy uzdrowienie Lolli-Wossiky?
— Tak jak mówiłeś — szepnął Alvin Bajarzowi. — Nie potrafię wznosić tego muru szybciej, niż się rozsypuje.
Potem, wyczerpany, ale wreszcie spokojny, Alvin skulił się między nimi. Oddychał wolno i głęboko.
— Teraz wiem, na czym polega jego rana — stwierdził Ta-Kumsaw. — To żal nad jego ludem i ich rękami we krwi.
— Żałuje martwych i żywych także — odparł Bajarz. — O ile znam Alvina, najgłębszą ranę zadała mu myśl, że zawiódł. Że gdyby bardziej się starał, Measure dotarłby na czas i zatrzymał rzeź, zanim padł pierwszy wystrzał.
— Biali ludzie żałują Białych — oświadczył Ta-Kumsaw.
— Okłamuj się, jeśli masz ochotę — burknął Bajarz. — Ale twoje kłamstwa mnie nie oszukają.
— Ale czerwoni ludzie nie czują żalu — mówił dalej Ta-Kumsaw. — W zapłacie za krew dziś przelaną Czerwoni zaleją ziemię krwią Białych.
Читать дальше