NASZ WIEK: Timothy: 22 od zeszłego miesiąca; Ja: 21½; Oliver: 21 w styczniu; Eli 20½.
Timothy — Wodnik
Ja — Skorpion
Oliver — Koziorożec
Eli — Panna.
Wolę prowadzić sam, niż dać się wozić. Siedziałem już za kierownicą po dziesięć i dwanaście godzin bez przerwy. Tak jak to widzę, jestem bezpieczniejszy, gdy prowadzę sam, niż gdy prowadzi ktoś inny, ponieważ nikt nie jest aż tak zainteresowany przedłużeniem mojego życia jak ja. Myślę, że niektórzy kierowcy sami kuszą śmierć — dla emocji lub, jakby powiedział Ned, dla wrażeń estetycznych. Do diabła z tym. Dla mnie w całym wszechświecie nie ma niczego świętszego od życia Olivera Marshalla i chcę mieć jak najszerszą kontrolę nad sytuacjami, w których decyduje się życie i śmierć. Więc mam zamiar prowadzić niemal przez cały czas. W ciągu całej naszej dotychczasowej podróży prowadziłem tylko ja, chociaż to samochód Timothy’ego. Timothy jest mym przeciwieństwem — zamiast prowadzić woli, żeby go wozić. Przypuszczam, że to manifestacja świadomości klasowej. Eli nie wie, jak prowadzić samochód, więc zostaję tylko ja i Ned. Ned i ja, przez całą drogę do Arizony; i Timothy od czasu do czasu siadający za kierownicą. Mówiąc szczerze przeraża mnie sama myśl o tym, by powierzyć życie Nedowi. Przypuśćmy, że mogę zostać tu, gdzie jestem, z nogą na gazie, prowadząc bez przerwy dzień i noc? Jutro po południu moglibyśmy być w Chicago, jutro w nocy w St. Louis, pojutrze Arizona. I początek polowania na ten Dom Czaszek Eliego. Mam ochotę zgłosić się na ochotnika do nieśmiertelności. Jestem gotów, jestem w pełni przygotowany psychologicznie, wierzę Eliemu dosłownie i bez zastrzeżeń. Boże, wierzę! Chcę wierzyć! Otwiera się przede mną cała przyszłość. Zobaczę gwiazdy. Będę mknął od świata do świata. Kapitan Future z Kansas. A ci bonzowie chcą się najpierw zatrzymać w Nowym Jorku i spędzić wesołą noc w mieście, w barach dla samotnych! Wieczność czeka, a oni nie mogą odmówić sobie słodyczy! Chciałbym im powiedzieć, jakimi według mnie są prowincjałami. Ale muszę być cierpliwy. Nie chcę, żeby pomyśleli, że dostaję małpiego rozumu na punkcie Arizony i czaszek. Pierwsza Alejo, oto jesteśmy!
Poszliśmy w jedno takie miejsce na Sześćdziesiątej Siódmej; otworzyli je na Boże Narodzenie. Ktoś z uniwersyteckiego bractwa Timothy’ego był już tam i stwierdził, że branie jest fajne, więc Timothy nalegał, żeby to sobie obejrzeć. Poszliśmy mu na rękę. To coś nazywało się „Hałaśliwe Rancho”, co wyjaśnia wszystko w sześciu krótkich sylabach. Wystrój z początku epoki wolnego pieprzenia, klienci głównie z podmiejskich szkół, głównie futboliści; wypadało ich mniej więcej trzech na dziewczynę. Wysoki poziom dźwięku, szaleńcze śmiechy. Wkroczyliśmy w szyku, ale nasza formacja rozpadła się zaraz po sforsowaniu drzwi. Timothy, cały chętny, zaszarżował w kierunku baru jak byk w rui; jego potężne ciało zwolniło dopiero przy piątym kroku, kiedy zorientował się, że sądząc z otoczenia to nie to, czego szukał. Oliver, pod pewnymi względami najbardziej z nas grymaśny, nawet nie pofatygował się wejść do środka. Wyczuł z miejsca, że lokal jest nieodpowiedni, i ustawił się zaraz za drzwiami czekając, kiedy wyjdziemy. Ja doszedłem do połowy sali, huk poraził mnie jak cios, szarpiąc wszystkimi nerwami, obróciłem się na pięcie i wycofałem w oazę względnej ciszy — niszę szatni. Ned skierował się wprost do toalety. Byłem wystarczająco naiwny, by sądzić, że po prostu musi się jak najszybciej wysikać. W chwilę później dołączył do mnie Timothy trzymając w ręku kufel piwa i powiedział:
— Wynośmy się stąd w cholerę. Gdzie Ned?
— W sraczu — poinformowałem go.
— Jasna cholera!
Timothy powędrował do kibelka na poszukiwania. W chwilę później wyłonił się z rozzłoszczonym Nedem; Nedem, któremu towarzyszyła przeszło dwumetrowa kopia Olivera; młody Apollo z przepasanymi lawendową opaską lokami sięgającymi ramion. Szybki chłopak z tego naszego Neda. Pięć sekund na orientację w terenie, z pół minuty na zlokalizowanie łupu i prowizoryczne dobicie targu. Timothy właśnie niszczył jego styl, rujnował marzenia o wykwintnym pieprzonku w jakiejś przytulnej norce w East Village. Oczywiście nie mieliśmy teraz czasu, na zaspokajanie kaprysów Neda. Timothy powiedział coś krótko do zdobyczy Neda, Ned powiedział coś gorzkiego Timothy’emu, Apollo oddalił się niechętnie, a myśmy się stamtąd wynieśli. Kawałek drogi tą samą ulicą na być może lepsze pastwisko, do „Plastykowej Jaskini”; w zeszłym roku Timothy był tam kilka razy z Oliverem. Futurystyczny wystrój, wokoło falujące płachty grubego, błyszczącego, szarego plastyku, kelnerzy owinięci w krzykliwe, fantastycznonaukowe kostiumy, co jakiś czas bluzgają migające światła, mniej więcej co dziesięć minut z pięćdziesięciu kolumn bije ogłuszający łomot hard rocka. Więcej w tym dyskoteki niż baru dla samotnych, ale lokal pełni obydwie role. Bardzo cenią go motylki z Columbii i Barnard, używają dziewczyny z Hunter, uczennicom daje się do zrozumienia, że są tu niepożądane. Dla mnie było to środowisko obce. Brak mi wyczucia współczesnego szyku, wolę przesiadywać w kawiarniach, ciągnąć capuccino i dyskutować o rzeczach wielkich. Nie odwalam numerów w dyskotekach dla samotnych. Rilke zamiast rocka, Plotyn zamiast plastyku. „Człowieku, spadłeś tu wprost z 1957 roku” — powiedział mi raz Timothy. Timothy, z tą swoją republikańską fryzurką jak szczotka!
Plan na wieczór zakładał znalezienie miejsca do spania, to znaczy poderwanie dziewczyn z mieszkaniem mogących pomieścić czterech gości płci męskiej. Miał się o to zatroszczyć Timothy, a gdyby połów mu się nie udał, zawsze jeszcze mogliśmy spuścić ze smyczy Olivera. To był ich świat.
Ja czułbym się bardziej na miejscu na uroczystej mszy w kościele świętego Patryka. Dla mnie był to Zanzibar, a dla Neda, przypuszczam, Timbuktu; choć ze swymi zdolnościami kameleona Ned od razu dopasował się do okoliczności. Powstrzymany w swych naturalnych skłonnościach przez Timothy’ego zdecydował się teraz wywiesić flagę hetero i na swój zwykły, przewrotny sposób wybrał najpotworniejszą dziewczynę w zasięgu wzroku, grubasa z tłustą twarzą w pryszczach i wielkimi, obwisłymi piersiami pod znoszonym czerwonym swetrem. Kusił ją teraz z elektryzującą skutecznością, najprawdopodobniej objawiając się dziewczynie jako pedałkowaty Raskolnikow, szukający właśnie w niej ocalenia przed pełnym cierpień życiem zboczeńca. Mruczał jej do ucha, a ona bez przerwy oblizywała wargi, czerwieniała, przewracała oczami i bawiła się krucyfiksem — tak! krucyfiksem! — wiszącym między jej słoniowymi cycami. Jakaś Sally McNally po katolickiej szkole, co pewnie niedawno pozbyła się błonki, i jakie z tym miała kłopoty, a teraz dzięki wszystkim świętym ktoś rzeczywiście próbuje ją poderwać! Ned niewątpliwie odstawiał stary numer niedoszłego księdza, załamanego jezuity, roztaczając aurę dekadencji i katolickiego, romantycznego angst. Czy poszedłby na całość? Tak. Jako poeta w poszukiwaniu doświadczenia często zbaczał w brudne zaułki zaludnione przez przeciwną płeć podrywając zawsze nieszczęsne resztki, odpadki rodzaju żeńskiego — dziewczynę z jedną ręką, dziewczynę z połową szczęki, czaplę dwukrotnie wyższą od niego itd., itp. Jego własny pomysł na czarny humor. Tak naprawdę miał więcej dziewczyn niż ja, chociaż jest homoseksualistą; tyle że jego dziewczyny nie zdobyły dobrego miejsca w konkurencji, chyba że przyznawano by nagrody od końca. Twierdził, że akt nie sprawia mu przyjemności, że czerpie ją z samego okrutnego pościgu za ofiarą. Widzicie, mówił, nie pozwolicie mi dziś na Alcybiadesa, więc wybrałem Ksantypę. Kpił z całego normalnego świata swą pogonią za kalekimi i niechcianymi.
Читать дальше