— Potem — kontynuował — ciężar kulek, które wpadają do miseczek ramion po tej stronie, przesuwa je na tę stronę i ramiona odginają się, miseczki się odwracają i kulka wypada. — Odwrócił koło ręką, żeby to zademonstrować. — Wraca do siatki i wpada do miseczki ramienia, które właśnie się rozwarło po tej stronie i to znowu ściąga ramiona na dół. I tak to działa bez końca. — Ramię wyrzuciło kulkę, kulka wpadła do miseczki, ramię się rozwarło, klak, klak, klak, koło się obraca. Ramię spada w dół. Koniec cyklu.
— Zdumiewające — powiedziała łagodnie Alice.
Smoky wpatrywał się ponuro w nieruchome koło, założywszy ręce na plecach.
— To najgłupsza rzecz, jaką w życiu widziałem — oznajmił.
— Och.
— Ten facet Cloud musiał być najgłupszym wynalazcą, jaki kiedykolwiek… — Nie wiedział, jak dokończyć to zdanie, i pochylił głowę. — To nigdy nie działało, Alice. Ten mechanizm niczego by nie poruszył. Nigdy nie będzie działać.
Przeszła ostrożnie pomiędzy narzędziami i naoliwionymi częściami maszynerii i wzięła go pod ramię.
— Smoky — powiedziała. — Wszyscy już czekają na dole. Ariel Hawksquill przyjechała.
Spojrzał na nią i zaśmiał się ze smutkiem, przejęty swą całkowitą, absurdalną porażką. Nagle skrzywił się i szybko położył dłoń na klatce piersiowej.
— Powinieneś był coś zjeść — stwierdziła Alice.
— Czuję się lepiej, kiedy nic nie jem. Tak sądzę.
— No chodź — ponagliła go Alice. — Na pewno to rozgryziesz. Możesz zapytać Ariel. — Pocałowała go w czoło i wyszła pierwsza przez małe drzwi. Odetchnęła z ulgą, gdy zaczęła schodzić.
— Alice — zagadnął ją Smoky — czy to już to? Dziś wieczorem?
— Czy to już co?
— To już to, prawda?
Nic nie odpowiedziała, gdy szli przez hol i schodzili na drugie piętro. Trzymała Smoky’ego pod ramię i zastanawiała się, co powinna powiedzieć, ale w końcu (ponieważ nie było już sensu mnożyć zagadek, i tak wiedział zbyt dużo, tak jak i ona) odparła tylko:
— Chyba tak. Już wkrótce.
Dłoń, którą Smoky przyciskał do piersi pod mostkiem, zaczęła mrowić. Powiedział tylko „ojej” i przystanął.
Znajdowali się u szczytu schodów. Smoky widział już słabe światło lamp i słyszał niewyraźne głosy. Nagle wszystko ucichło, a jego głowę wypełnił narastający szum. Wkrótce. Jeśli to już wkrótce, to znaczy, że przegrał. Został daleko w tyle, miał do wykonania pracę, której nawet jeszcze dobrze nie przemyślał, a co dopiero mówić o rozpoczęciu. Przegrał.
Czuł, jakby w jego piersi otwierała się ogromna dziura, większa niż on sam. Ból pulsował na jej obrzeżu i Smoky wiedział, że za chwilę rozprzestrzeni się i wypełni całą tę dziurę. Ale w tej chwili w jego sercu nie było nic oprócz strasznego przeczucia i rodzącego się objawienia. Walczyły między sobą o lepsze miejsce w jego pustym sercu. Przeczucie było czarne, ale objawienie będzie jasne. Stanął jak skamieniały, ponieważ nie mógł złapać tchu, i starał się przezwyciężyć panikę. W dziurze brakowało powietrza do oddychania. Czuł, że toczy się bitwa między przeczuciem a objawieniem, i wsłuchiwał się w głośny szum w uszach. Miał wrażenie, że to głos, który mówi: „A widzisz, teraz rozumiesz, nie prosiłeś o to i nie spodziewałeś się, że olśnienie przyjdzie tutaj, na tych ciemnych schodach”. Nagle głos umilkł. Jego serce szarpnęło się jeszcze dziko dwa razy, po czym zaczęło bić równo i gwałtownie, jak gdyby z furią, a znajomy, przynoszący ulgę ból wypełnił piersi. Bitwa była skończona. Mógł oddychać i przezwyciężyć cierpienie.
— Ojej — powiedziała Alice. — Tym razem bolało. — Zobaczył, że trzyma rękę na własnej piersi, a w jej oczach maluje się współczucie. Czuł uścisk jej dłoni na lewym ramieniu.
— O tak — przyznał, gdy odzyskał głos. — Bardzo.
— Przeszło?
— Prawie. — Ból przepłynął przez lewe ramię, zwężając się w wąską niteczkę biegnącą do palca, na którym nosi się obrączkę. Jednak miał takie uczucie, jakby nie było już na nim obrączki, jakby długo noszony krążek został zdarty siłą, co spowodowało uszkodzenie nerwów i ścięgien.
— Idź sobie — powiedział i ból opuścił palec. — Już dobrze, już dobrze.
— Na pewno? — spytała Alice.
— Przeszło.
Zaczął schodzić w stronę świateł salonu. Alice podtrzymywała go, lecz nie czuł się osłabiony. Nie był nawet chory. Wyczytał w starych księgach doktora Fisha i doktora Drinkwatera, że to, na co się uskarżał, to nie była nawet choroba, ale tylko pewna dolegliwość związana z wiekiem, na którą cierpią nawet ludzie cieszący się dobrym zdrowiem. Dolegliwość, z którą można żyć. Więc dlaczego odbierał to jak objawienie, które nigdy nie przychodzi i którego potem się nie pamięta? „O tak — powiedział stary Fish — przeczucie śmierci to bardzo pospolite wrażenie przy angina pectoris, nie ma się czym martwić”. Ale czy rzeczywiście było to przeczucie śmierci? Czy właśnie tym byłoby objawienie, gdyby kiedyś przyszło?
— To bolesne — rzekła Alice.
— Tak — potwierdził Smoky, śmiejąc się czy raczej sapiąc. — Chyba bym wolał, żeby mi to nie dokuczało. Tak.
— Może to już ostatni raz — powiedziała Alice. Myślała o atakach tak, jakby chodziło o kichanie: jedno potężne kichnięcie może oczyścić system.
— Na pewno nie — odparł spokojnie Smoky. — Myślę, że nie życzymy sobie ostatniego razu.
Zeszli po schodach, trzymając się pod ramię, i wkroczyli do salonu, gdzie czekali na nich goście.
— Już jesteśmy — oznajmiła Alice. — Smoky też.
— Cześć, cześć — powiedział.
Sophie podniosła wzrok znad stolika, a jego córki znad robótki na drutach. Dostrzegł na ich twarzach odbicie swojego bólu. Nadal czuł mrowienie w palcu, ale był ocalony. Długo noszona obrączka znajdowała się jeszcze na swoim miejscu. Dolegliwość, ale przypominająca objawienie. Czy im również sprawia to taki ból jak mnie? — pomyślał po raz pierwszy.
— Zatem zaczynamy — powiedziała Sophie. Spojrzała po twarzach, które otaczały ją kołem: rodziny Drinkwaterów i Barnable’ów, Flowersów, Stone’ów i Woodsów, jej kuzynowie, sąsiedzi, powinowaci. Światło miedzianej lampy stojącej na stoliku sprawiało, że reszta pokoju była niewidoczna dla jej oczu. Czuła się tak, jakby siedziała przy ognisku i patrzyła na zwierzęta przyczajone w ciemności, które miały dzięki jej zaklęciom zyskać świadomość i cel istnienia.
— Miałam gościa — oznajmiła.
Ale jak mogliście oczekiwać, że będziecie podążać tą ścieżką myśli samotnie? Jak mogliście oczekiwać, że zmierzycie księżyc? Nie, moi państwo, nie spodziewajcie się, że ta ścieżka jest krótka. Musicie mieć serca lwów, by nią podążać, nie jest krótka, a jej morza są głębokie. Będziecie szli nią długo w zdumieniu, to uśmiechając się, to płacząc.
Farid al-Din Attar, Parliament of the Birds
Zwołanie wszystkich krewnych i znajomych było łatwiejsze, niż Sophie sądziła, chociaż miała trudności z podjęciem ostatecznej decyzji. Tak samo trudne okazało się przedstawienie im tego, co wiedziała, wymagało to bowiem przełamania niemal odwiecznego milczenia, trwającego od tak dawna, że mieszkańcy Edgewood nie pamiętali już nawet, iż zostali do niego zobowiązani przysięgą. Milczenie broniło dostępu do serca wielu historii. Zanim je przełamano, upłynęły ostatnie miesiące zimy. W tym czasie wieści docierały do zasypanych śniegiem farm i odizolowanych domostw, do stolicy i do Miasta. I w końcu ustalono taką datę, która odpowiadała wszystkim.
Читать дальше