— Spała. Czy coś w tym rodzaju. Skąd mam wiedzieć? Więc otwieram drzwi…
— Trudno w to wszystko uwierzyć — powiedział Auberon.
Lilac patrzyła to na jednego, to na drugiego, złożywszy dłonie na podołku. Uśmiechała się z serdeczną miłością do swojego ojca i z szelmowskim błyskiem w oku do Auberona. Mężczyźni zamilkli, wpatrzeni w dziewczynkę. George podszedł bliżej. Jego twarz miała wyraz niepokoju, ale i radosnego zachwytu, jak gdyby Lilac była pisklęciem, które sam wysiedział.
— Mleko — powiedział, strzelając palcami. — Może napijesz się mleka? Dzieci lubią mleko, prawda?
— Ja nie lubię — odparła Lilac i roześmiała się, widząc jego zafrasowaną minę. — Nie lubię.
Ale George wyjmował już z lodówki słoiczek galaretki i kankę z kozim mlekiem.
— No jasne — powiedział. — Mleko.
— Lilac, dokąd mamy się udać? — spytał Auberon.
— Na spotkanie — odparła. — Na zebranie parlamentu.
— Ale dokąd? Dlaczego? Co…
— Ojej, Auberon — zniecierpliwiła się. — Oni ci wszystko wytłumaczą, jak przyjdziesz. Masz tylko przyjść.
— Oni?
Dziewczynka wzniosła oczy z udanym zdumieniem.
— No daj spokój — powiedziała. — Musicie się pospieszyć, żeby zdążyć na czas, to wszystko…
— Nikt teraz nigdzie nie pójdzie — oświadczył George, wkładając w dłoń Lilac kubek. Spojrzała na naczynie z zaciekawieniem i odstawiła je.
— Wróciłaś, to wspaniale. Jesteś tutaj, nic ci nie grozi i nie ruszymy się stąd.
— Ale musicie przyjść — nalegała Lilac, ciągnąc go za rękaw. — Musicie, bo w przeciwnym razie…
— Co w przeciwnym razie? — spytał George.
— To się dobrze nie skończy — dokończyła miękko. — To znaczy Opowieść — dodała jeszcze łagodniej.
— Oho — powiedział George. — Oho, Opowieść. No dobrze. — Stał przed nią, założywszy ręce. Kiwał sceptycznie głową, ale nie potrafił znaleźć żadnej odpowiedzi.
Auberon patrzył na ojca i córkę, myśląc: „Więc to jeszcze nie koniec”. Ta myśl przyszła mu do głowy, gdy tylko przekroczył próg starej kuchni. A raczej nie była to jedynie myśl, lecz pewność. Pewność, od której włosy zjeżyły mu się na głowie i odniósł dziwne wrażenie, że obraz skacze mu przed oczami. Mimo to był w stanie dostrzegać wszystko o wiele wyraźniej niż przedtem. Jeszcze nie wszystko skończone. Mieszkał bardzo długo w małym pokoju, w składanej sypialni, i poznał każdy skrawek tego miejsca tak dobrze, jak znał samego siebie. I doszedł do wniosku, że wszystko w porządku, że można tu jakoś żyć: miał krzesło przy kominku, miał łóżko i okno z widokiem. Nawet jeśli źle się czuł w tych warunkach, to jednak jego życie miało jakiś sens. A teraz poczuł się tak, jakby po opuszczeniu szafy nie znalazł łóżka z pocerowanym prześcieradłem i starą kołdrą, ale statek pod pełnymi żaglami, podnoszący kotwicę, wietrzny świt i aleję z wysokimi drzewami, której koniec niknął gdzieś na horyzoncie.
Przeraziła go ta wizja. Miał już za sobą przygody. Podążał już odległymi ścieżkami i porzucił je, ponieważ były ku temu ważne powody. Wstał i poczłapał w gumiakach do okna. Niewydojone kozy zawodziły.
— Nie — powiedział. — Nigdzie nie pójdę, Lilac.
— Ale nawet nie znasz powodów — zaprotestowała dziewczynka.
— Nie obchodzi mnie to.
— Wojna! Pokój! — zawołała.
— Nie obchodzi mnie to — powtarzał z uporem.
Nie tęskniłby za światem, który prawdopodobnie musiałby porzucić, wyruszając w drogę. A może nawet by tęsknił. Jednak wszystko było lepsze niż wstępowanie po raz drugi do morza namiętności, i to teraz, kiedy szczęśliwie dobił do brzegu. Nigdy.
— Auberon — powiedziała miękko Lilac. — Sylvie tam będzie.
Nigdy, nigdy, nigdy.
— Sylvie? — powtórzył George.
— Sylvie — przytaknęła Lilac.
Ponieważ żaden z nich nie odezwał się, dodała:
— Prosiła mnie, żebym ci powiedziała…
— Nieprawda! — wykrzyknął Auberon, zwracając się w jej stronę. — Nieprawda. To kłamstwo! Nie wiem, dlaczego chcesz nas nabrać, nie wiem dlaczego i po co tu przyszłaś, ale powiesz wszystko! Wszystko, tylko nie prawdę! Tak jak oni, bo dla was to nie ma znaczenia. O tak, jesteś zła jak oni, taka zła jak ta Lilac, którą George wysadził w powietrze, ta fałszywa. Nie różnisz się niczym od tamtej.
— O rany — powiedział George, wznosząc oczy ku niebu. — Wspaniale.
— Wysadziłeś ją w powietrze? — Lilac spojrzała uważnie na George’a.
— To nie była moja wina — wyjaśnił George, gromiąc Auberona spojrzeniem.
— Więc dlatego zniknęła — powiedziała z rozmysłem Lilac, po czym roześmiała się. — Byli wściekli, kiedy popioły spadły na ziemię. To było okropnie stare, miało paręset lat. I nie mieli nic innego, tylko to im zostało. — Zeskoczyła ze stołu na podłogę, a jej niebieska spódniczka trochę się przy tym uniosła. — Muszę już iść — oznajmiła, zerkając na drzwi.
— Nie — powiedział Auberon. — Zaczekaj.
— Iść! O nie — zaprotestował George, chwytając ją za ramię.
— Jest tyle do zrobienia — powiedziała Lilac. — A tutaj już wszystko gotowe, więc… Ach, zapomniałam. Droga prowadzi przez las, więc lepiej będzie, jeśli znajdziecie jakiegoś przewodnika. Kogoś, kto zna lasy, kto wam pomoże trafić. Przynieście monetę dla przewoźnika i ubierzcie się ciepło. Jest wiele bram, ale przez jedne dochodzi się szybciej niż przez inne. Nie zwlekajcie zbyt długo, bo spóźnicie się na przyjęcie! — Była już przy drzwiach, lecz cofnęła się jeszcze, żeby uścisnąć George’a. Wspinając się na palce, otoczyła jego szyję szczupłymi, złocistymi ramionkami, pocałowała jego chude policzki i stanęła z powrotem na podłodze. — Będzie niezła zabawa — powiedziała.
Rzuciła im jeszcze ostatnie spojrzenie, uśmiechając się z niewinną złośliwością, i już jej nie było. Słyszeli plaskanie jej bosych stóp na starym linoleum w korytarzu, ale nie słyszeli odgłosu otwierania i zamykania drzwi wyjściowych.
George zdjął z wieszaka kombinezon i płaszcz, włożył je, po czym wzuł buty. Podszedł do drzwi, ale gdy już był przy nich, zapomniał, co chciał zrobić i dlaczego się spieszy. Rozejrzał się po kuchni, ale nic sobie nie przypomniał, więc podszedł do stołu i usiadł.
Auberon zajął krzesło naprzeciwko niego i przez długą chwilę siedzieli w milczeniu, wbijając spojrzenie w blat stołu, ale nic nie widząc. Światło nadające sens zdarzeniom zgasło i kuchnia znowu miała swój zwykły wygląd: pomieszczenie, w którym przygotowuje się owsiankę, pije kozie mleko i w którym dwóch starych kawalerów siedzi przy stole w gumowych butach, podczas gdy robota czeka.
Mieli wyruszyć w drogę.
— No dobra — George pierwszy przerwał milczenie. — Co? — Podniósł głowę, ale Auberon nic nie mówił.
— Nic.
— Powiedziała — zaczął George, ale nie potrafił dokładnie powtórzyć, co Lilac powiedziała. Nie mógł zapomnieć jej słów, ale nie mógł też ich sobie przypomnieć (co z kozami? co ze śniegiem na ulicy? co z jego sercem?).
— Sylvie — rzekł Auberon.
— Przewodnik — powiedział George, strzelając palcami. — W korytarzu rozległy się czyjeś kroki. — Przewodnik — powtórzył George. — Powiedziała, że musimy znaleźć przewodnika.
Obaj odwrócili się i spojrzeli na drzwi, które właśnie się otworzyły.
Do środka wszedł Fred Savage w gumiakach na nogach. Miał zamiar zjeść śniadanie.
— Przewodnik? — powiedział. — Ktoś gdzieś idzie?
Читать дальше