— Możecie zostać tak długo, jak tylko chcecie — powiedział Drinkwater.
Powiedział to już wcześniej w restauracji Sherry, dokąd zabrał ich po zakończonym nijak wykładzie, zaprosił ich nieśmiało, ale stanowczo. Powtórzył to w nędznym i cuchnącym holu hotelowym, z którego ich odbierał, i na Grand Central Station pod wielkim, mrugającym Zodiakiem, który (doktor Bramble nie mógł tego nie zauważyć) namalowany był w niewłaściwej kolejności na niebieskim suficie. I jeszcze raz w pociągu, kiedy kiwnęła głową, drzemiąc pod jedwabnym pączkiem róży, który przytaknął także ze swego kolejowego kielicha.
Ale jak długo zechce zostać?
— To bardzo miło z twojej strony — rzekła.
— Będziesz mieszkać w wielu domach — powiedziała jej kiedyś pani Underhill. — Będziesz wędrować i mieszkać w wielu domach.
Słysząc to, zalała się łzami. Płakała też później, w pociągach i na statkach, i w poczekalniach, nie mając pojęcia, co to znaczy „wiele domów” i jak długo miała mieszkać w każdym z nich. Z pewnością był to bezmiar czasu, bo od chwili, gdy opuścili plebanię w Cheshire sześć miesięcy temu, mieszkali tylko w hotelach i wynajętych mieszkaniach i wyglądało na to, że nic się nie zmieni. Jak długo?
Jak podczas musztry przemaszerowali po porządnej, kamiennej ścieżce, skręcili w prawo, weszli na następną. Drinkwater odchrząknął na znak, że przerywa ciszę, która wokół nich zapadła.
— Tak bardzo mnie ciekawią te, no wiesz, twoje doświadczenia — odezwał się.
Uniósł w górę dłoń.
— Nie mam zamiaru się wtrącać albo cię denerwować, jeśli nie chcesz o nich mówić. Po prostu bardzo mnie to interesuje.
Nie odezwała się ani słowem. Mogła mu tylko powiedzieć, że doświadczenia te należą już do przeszłości. Przez moment zabiło jej serce, a on to chyba wyczuł, bo ścisnął jej rękę, bardzo delikatnie.
— Inne światy — rozmarzył się. — Światy w obrębie światów.
Zaprowadził ją do jednej z ławek ustawionych przy ostrzyżonym żywopłocie. Fronton domu tuż za nim, w płowożółtym kolorze, osobliwy w słońcu późnego popołudnia, wydawał jej się surowy, lecz uśmiechnięty, jak twarz Erazma na frontyspisie, którą dostrzegła przez ramię ojca.
— Cóż — stwierdziła. — Te rozważania o światach w obrębie światów i to wszystko to tylko pomysły mego ojca. Nie wiem.
— Ale ty tam byłaś?
— Tak twierdzi mój ojciec. — Skrzyżowała nogi i splecionymi palcami zakryła starą, nie dającą się usunąć, brązową plamę na muślinowej sukience. — Nigdy się tego nie spodziewałam. Powiedziałam mu tylko o… tym wszystkim, co mi się przydarzyło. Miałam nadzieję, że podniosę go na duchu. Trzeba było mu powiedzieć, że te wszystkie kłopoty są częścią Opowieści.
— Opowieści?
Nagle obudziła się w niej czujność.
— To znaczy, ja się nigdy tego nie spodziewałam. Że opuszczę dom. Że opuszczę…
Ich, tak chyba szepnęła, ale od wieczoru w Towarzystwie Teozoficznym — ostatnia kropla, która przelała czarę! — nie mówiła już o nich. Wystarczyło, że ich straciła.
— Panno Bramble — zaczął — nie miałem zamiaru być natrętem, wypytywać o tę… opowieść.
Ale to nie była prawda. Był oczarowany. Musi się dowiedzieć; musi poznać jej serce.
— Nikt ci tu nie będzie przeszkadzał. Możesz odpocząć.
Wskazał ręką na libańskie cedry, które zasadził na zadbanym trawniku. Pląsający w nich wiatr trajkotał jak dziecko: nieśmiała zapowiedź silnego, poważnego głosu, którym miały przemawiać, gdy dorosną.
— Tutaj jest bezpiecznie. Dlatego zbudowałem to miejsce.
A ona rzeczywiście poczuła, wbrew wszelkim formalnym ograniczeniom, pewien spokój. Jeśli straszliwym błędem było poinformowanie o nich ojca, jeśli to rozpaliło, a nie uspokoiło jego umysł i tylko dlatego wyruszyli oboje w drogę niczym para wędrownych kaznodziejów lub cygan z tańczącym niedźwiedziem, aby zarobić na życie, zabawiając szalonych i opętanych w posępnych salach wykładowych i salonikach (licząc potem dochody, o Boże!), to wypoczynek i zapomnienie były najlepszym rozwiązaniem. Lepszym, niż mogli oczekiwać. Tylko…
Wstała, niespokojna, niepogodzona, i ruszyła promienistą ścieżką w stronę skrzydła łuków, które wystawało z rogu budynku.
Usłyszała jego głos:
— Zbudowałem to dla ciebie. W pewnym sensie.
Przeszła pod łukami i obeszła róg domu, aż nagle z prostej, kolumnowej otoczki skrzydła rozłożył się przed nią ukwiecony list miłosny, jaskrawy klombami kwiatów, zdobiony misternymi dekoracjami z drewna. To było całkowicie odmienne miejsce; jakby poważna twarz Erazma chichotała w oddali. Wybuchnęła śmiechem, śmiała się po raz pierwszy od czasu, gdy na zawsze zamknęła furtkę do swego angielskiego ogrodu.
Podbiegł do niej natychmiast, uśmiechając się na widok jej zdumienia. Przesunął słomkowy kapelusz na tył głowy i żywo gestykulując, rozpoczął opowieść o tym domu, o sobie; różnorodne nastroje przetaczały się po jego wielkiej twarzy.
— Nie jest zwyczajny, o nie — parsknął śmiechem. — Żadna rzecz nie jest w nim zwyczajna. Na przykład tutaj: to miał być ogród warzywny, widzisz, każdy posadziłby tu warzywa, ale ja wypełniłem go kwiatami. Kucharz nie będzie bawił się ogrodnictwem, a ogrodnik świetnie radzi sobie z kwiatami, twierdząc, że nie utrzymałby przy życiu nawet pomidora…
Bambusową laseczką wskazał na śliczną pompownię.
— Taka sama — oznajmił — jaką mieli w ogrodzie moi rodzice, bardzo pożyteczna.
Teraz skierował laskę na esowate łuki werandy, po których wspinały się szerokie liście winogron.
— Malwy — poinformował i pociągnął ją w stronę kwiatów, na których urzędowały trzmiele. — Niektórzy uważają, że malwy to chwasty. Ale nie ja.
— Uwaga na głowy! — dobiegł ich z góry głos z silnym irlandzkim akcentem.
Służąca na piętrze otworzyła szeroko okno i wytrzepała w słońcu ścierkę do kurzu.
— To wspaniała dziewczyna — powiedział Drinkwater, wskazując na nią kciukiem. — Wspaniała dziewczyna…
Spojrzał na Violet, znów pogrążoną w marzeniach, a ona na niego. Drobiny kurzu opadały w słońcu niczym złoty deszcz na Danae.
— Przypuszczam… — odezwał się poważnie, wymachując bambusową laseczką za plecami. — Przypuszczam, że uważasz mnie za starego.
— To znaczy, uważasz, że tak jest.
— Nie jestem. Nie jestem stary.
— Ale przypuszczasz, oczekujesz…
— To znaczy, myślę, że…
— Powinieneś powiedzieć: „Sądzę” — wtrąciła, tupiąc małą nóżką i podnosząc motyla z goździka. — Amerykanie zawsze mówią „Sądzę”, prawda? — Sądzę, że czas przyprowadzić krowy z pastwiska — rzuciła wieśniackim basem. — Sądzę, że nie będzie nowych podatków bez uzgodnienia. Och, sam wiesz.
Pochyliła się, by powdychać woń kwiatów, on pochylił się również. Słońce prażyło jej gołe ramiona, a na widok takich tortur ogrodowe owady rozpoczęły symfonię bzyków i brzęczenia.
— Tak — zaczął, a ona wyczuła w jego głosie jakąś śmiałość. — Zatem sądzę. Sądzę, że cię kocham, Violet. Sądzę, że chcę, abyś tu została na zawsze. Sądzę…
Uciekła od niego kamienną, ogrodową ścieżką, wiedząc, że zaraz weźmie ją w ramiona. Pobiegła za następny róg budynku. Pozwolił jej uciec. „Nie pozwól mi odejść” — pomyślała.
Co takiego się wydarzyło? Zwolniła kroku i znalazła się w mrocznej alejce. Była już poza cieniem domostwa. Pochyły trawnik dochodził w dole do cichutkiego strumyka, na którego drugim brzegu wyrastało strome wzgórze, sosnowe i ostre jak kołczan pełen strzał. Zatrzymała się między cisami; pojęcia nie miała, w którą stronę skręcić. Stojący obok dom był szary jak cisy, tak samo ponury. Pękate, kamienne kolumny, przygniatające swą siłą, podpierały gzymsy, całkowicie bezużyteczne i zamaskowane. Co powinna uczynić?
Читать дальше