– Atmosfera w lagunach sprzyja zdenerwowaniu. Za trzy dni, kiedy wyjedziemy, zapewne wszyscy poczujemy się lepiej – dodał.
Sądził, że Hardman wie o ich rychłym wyjeździe, ale porucznik spojrzał na niego badawczo i odłożył zeszyt. Bodkin odchrząknął i zaczął nagle mówić o niebezpieczeństwach, jakie niosą z sobą przeciągi z przewodu wentylacyjnego. Przez kilka chwil Kerans i Hardman przyglądali się sobie nieruchomo, a potem porucznik kiwnął tylko głową i wrócił do lektury, sprawdzając co chwila czas, wskazywany przez obydwa budziki.
Zły na siebie, Kerans podszedł do okna, odwracając się plecami do Bodkina i Hardmana. Zrozumiał, że celowo powiedział porucznikowi o wyjeździe, w nieświadomej nadziei, że wiadomość wywoła u niego taką właśnie reakcję. Doskonale wiedział, dlaczego Bodkin zataił tę nowinę przed swoim pacjentem. A teraz on, Kerans, ostrzegł niewątpliwie Hardmana, mówiąc mu wprost, że bez względu na to, jakie porucznik stawia sobie cele i z jakimi wewnętrznymi rozterkami chciałby dojść do ładu, powinien to zrobić w ciągu najbliższych trzech dni.
Zirytowany, Kerans spojrzał na stojące na stoliku urządzenie budzące, niezadowolony, że coraz bardziej traci kontrolę nad swoim postępowaniem. Najpierw bezsensowna kradzież busoli, a teraz, ten akt bezinteresownego sabotażu. Choć Kerans miał wiele rozmaitych wad, w przeszłości wierzył zawsze, że równoważy je przynajmniej jedna wyjątkowa cnota- całkowita, obiektywna świadomość motywacji, stojącej za jego postępowaniem. Jeśli nawet w niektórych sytuacjach życiowych reagował ze znacznym opóźnieniem, to nie tyle z niezdecydowania, ile z głębokiej niechęci do działania tam, gdzie całkowita samoświadomość była niemożliwa – jak na przykład w przypadku romansu z Beatrice Dahl, rozdzieranego mnóstwem sprzecznych uczuć i balansującego codziennie na linie, splecionej z tysięcy najrozmaitszych obaw i zahamowań.
Podejmując niewczesną próbę odzyskania pewności siebie, Kerans odezwał się do Hardmana: – Niech pan nie zapomni o budzikach, poruczniku. Na pana miejscu nastawiłbym je tak, żeby dzwoniły bez przerwy.
W szpitalu nie mieli już nic do roboty, zeszli zatem na nabrzeże i wsiedli na katamaran. Kerans był zbyt zmęczony, żeby zapalić silnik, ciągnął więc powoli łódź, wykorzystując cumę łączącą bazę i stację badawczą. Bodkin siedział na dziobie, trzymając gramofon na kolanach niczym teczkę. Pomrugiwał w jasnym słońcu, które roziskrzyło pomarszczoną powierzchnię leniwej, zielonkawej wody. Jego pulchna twarz, zwieńczona potarganą, siwą strzechą włosów, wyrażała zdenerwowanie i zadumę. Przyglądał się otaczającemu ich pierścieniowi na wpół zatopionych budynków, jak znudzony kupiec, którego po raz tysięczny obwożą łodzią po porcie. Kiedy zbliżali się do stacji badawczej, w górze rozległ się warkot helikoptera, podchodzącego właśnie do lądowania. Ciężar maszyny przechylił kadłub bazy, a cuma przez chwilę znalazła się pod wodą, po czym napięła się znów i wystrzeliła na powierzchnię, sprawiając Keransowi i Bodkinowi krótki prysznic. Bodkin zaklął pod nosem, ale obaj wyschli dosłownie w kilka sekund. Choć było już dobrze po czwartej, słońce wypełniało całe niebo, zmieniając je jakby w jeden olbrzymi palnik acetylenowy i nie pozwalając im unosić wzroku ponad linię wody. Co jakiś czas na szklanych ścianach pobliskich budynków pojawiały się niezliczone odbicia słońca, sunącego po zwierciadlanej powierzchni w ogromnych płaszczach ognia, niby płonące, wyłupiaste oczy gigantycznych owadów.
Stacja badawcza, dwupoziomowy kadłub o średnicy blisko pięćdziesięciu stóp, miała wyporność dwudziestu ton. Na dolnym pokładzie znajdowało się laboratorium, na górnym zaś kajuty obu biologów, kabina nawigacyjna i gabinety. Niewielka nadbudówka mieściła rejestry notowań temperatury i wilgotności, urządzenia do pomiaru wysokości opadów atmosferycznych i liczniki promieniotwórczości. Kępy suchych trzcin i czerwonych wodorostów przyczepiły się do ścianek wysmarowanego smołą pontonu. Słońce skurczyło i wypaliło rośliny, zanim zdołały dosięgnąć relingu wokół laboratorium, natomiast gęsta, pokryta rozmaitymi odpadkami warstwa gronorostów i wodorostów z rodzaju Spirogyra trzepotała miękko o wąskie nabrzeże, a potem osuwała się powoli w głębinę niczym wielka, namoknięta tratwa.
Wkroczyli w chłodną przestrzeń laboratorium i zasiedli przy biurkach, pod półkolem utworzonym przez wyblakłe już rozkłady zajęć, sięgające za podwyższeniem aż do sufitu – ponad szafkami pełnymi probówek i stołami laboratoryjnymi, zastawionymi sprzętem, wyglądały jak zapylone malowidło ścienne. Programy zajęć z lewej strony, powstałe w pierwszym roku pracy, pełne były szczegółowych komentarzy i starannie rozrysowanych bryzgów strzałek, ale programy po prawej stronie stawały się stopniowo coraz chudsze, a na kilku ostatnich widniało już zaledwie kilka nabazgranych ołówkiem pętli, zamykających wszystkie korytarze ekologiczne, może z wyjątkiem jednego czy dwóch. Większość kartonowych tablic zerwała się z pinezek i tekturowe płachty zwisały teraz w powietrzu niby niszcząca się blacha kadłuba porzuconego statku, zacumowanego przy swoim ostatnim nabrzeżu i pokrytego jakimś gnomicznym, bezsensownym graffiti.
Kerans wodził palcami po zakurzonej tarczy dużego kompasu, leżącego na biurku, i czekał, aż Bodkin wyjaśni mu cel swoich dziwnych eksperymentów z Hardmanem. Ale Bodkin usadowił się wygodnie, ukryty za stertą katalogów i pudełek na fiszki, a potem podniósł pokrywę gramofonu i zdjął z talerza płytę, obracając jaw palcach w zamyśleniu.
– Przepraszam, że wyrwała mi się wiadomość o naszym wyjeździe – zaczął Kerans. – Nie wiedziałem, że nie powiedziałeś o tym Hardmanowi.
Bodkin wzruszył ramionami, jakby chciał mu dać do zrozumienia, że to nieważne.
– Sytuacja jest złożona, Robercie. Postąpiłem kilka kroków naprzód w kierunku jej rozwikłania i nie chciałem dodawać do niej jeszcze jednego węzła.
– Ale dlaczego mu o tym nie powiedzieć? – naciskał Kerans w niewyraźnej nadziei, że zdoła uwolnić się od lekkiego poczucia winy. – Przecież perspektywa wyjazdu mogłaby go chyba wyrwać z tego letargu?
Bodkin zsunął okulary na czubek nosa i przyjrzał się figlarnie Keransowi.
– Zdaje się, że na tobie ta wiadomość nie wywarła większego wrażenia. O ile się nie mylę, wyglądasz raczej na przygnębionego. Dlaczego reakcja Hardmana miałaby być inna?
Kerans uśmiechnął się.
– Otóż to, Alan. Nie chcę się wtrącać, bo w końcu w pewnym sensie to ja oddałem ci Hardmana pod opiekę, ale czym wy się właściwie bawicie? Po co ci ten elektryczny piecyk i budziki?
Bodkin wsunął płytę na swoje miejsce na stojaku pełnym miniaturowych krążków, stojącym za jego plecami na półce. Spojrzał na Keransa i przez kilka chwil przyglądał mu się łagodnym, ale badawczym spojrzeniem, jak przedtem Hardmanowi, i wtedy Kerans zdał sobie sprawę, że stosunki między nimi, dotąd kolegami, darzącymi się wzajemnym zaufaniem, zmieniły się nagle w związek obserwatora i przedmiotu obserwacji. Po chwili Bodkin przeniósł wzrok na programy zajęć i wykresy, a Kerans mimo woli zachichotał. “Do diabła z nim – powiedział sobie – wpisał mnie tam pewnie razem z algami i owadami wodnymi, i tylko patrzeć, jak zacznie mi odtwarzać swoje płyty".
Bodkin wstał i wskazał trzy rzędy stołów laboratoryjnych, zastawionych wiwariami i słojami pełnymi okazów rozmaitych zwierząt i roślin. Do kapturków zapachowych przyczepione były kartki wyrwane z notesu.
– Co byś powiedział, Robercie, gdybyś miał podsumować jednym wnioskiem trzy minione lata naszej pracy?
Читать дальше