— Rozmawiasz z cesarzami, jakbyś znał ich wielu, młody człowieku.
Uśmiechnąłem się tylko. Nie uznałem za stosowne wyjaśnić mu, że kilkakrotnie widziałem Justyniana, że byłem świadkiem chrztu Teodozjusza II, Konstantyna V, nie narodzonego jeszcze Manuela Komnena i wielu innych, że klęczałem niemal u boku Konstantyna XI w ostatnią noc Bizancjum, że widziałem Leona Izauryjskiego kierującego ikonoklazmem. Nie powiedziałem mu też, że — jako jeden z bardzo wielu mężczyzn różnych stanów — pięć wieków temu miałem przyjemność zatkać, choć na krótko, wiecznie otwartą dziurkę Teodory. Wstydliwie spuściłem wzrok i płoniąc się skromnie powiedziałem:
— Dziękuję, Wasza Miłość.
Bizantyńskie uczty nie mogły obejść się bez muzyki, tańców niewolnic, odrobiny jedzenia i wielkiej ilości wina. Noc dobiegała kresu, świece dopalały się już, obecni notable z trudem utrzymywali równowagę. W zapadającym mroku bez trudu przyszło mi wtopić się w tło wielkich rodów. Komnenów, Fokasów, Sklerosów, Dalassenów, Diogenesów, Botanidesów, Cymiscesów i Dukasów. Prowadziłem dworskie rozmowy, zachwycony własną zręcznością. Obserwowałem nawiązujące się za plecami pijanych mężów nici małżeńskiej zdrady; nici cienkie, delikatne, lecz niewystarczająco delikatne. Pożegnałem cesarza Aleksego, odbierając przy okazji zaproszenie do Blachernai („to zaledwie trzy kroki stąd, przy tej samej ulicy”), udało mi się nawet uniknąć jakoś Eudoksji, która wypiła za wiele i marzyła o szybkim numerku w sąsiednim pokoju (wybrała sobie w końcu niejakiego Bazylego Diogenesa, mającego najmarniej siedemdziesiątkę), odpowiedziałem wymijająco na co najmniej milion pytań dotyczących mojego „kuzyna” Metaxasa, którego wprawdzie znali wszyscy, lecz o którym nikt tak naprawdę nic nie wiedział, l wreszcie — po trzech godzinach — mogłem także porozmawiać z Pulcheria.
Staliśmy w kącie sali balowej; światła dostarczały nam migające świece. Pulcheria była zarumieniona, sprawiała wrażenie ożywionej, nawet podnieconej, pierś jej falowała, nad górną wargą dostrzegłem kropelki potu. Jeszcze nigdy nie stałem wobec tak oszałamiającej piękności.
— No i popatrz — westchnęła. — Leon zasnął. Kocha wino nade wszystko… prawie.
— Musi kochać piękno — odparłem. — Przecież się nim otoczył.
— Pochlebca!
— Nie. Próbuję oddać sprawiedliwość prawdzie.
— Zapewne nieczęsto ci się to udaje. Kim jesteś?
— Nazywam się Markezinis. Pochodzę z Epiru.
— Niewiele mi to mówi. Wolałabym wiedzieć, czego szukasz w Konstantynopolu.
Wziąłem głęboki oddech.
— Tu ma się spełnić me przeznaczenie — powiedziałem. — Tu spotkam kogoś, kogo kocham.
To nią wstrząsnęło. Siedemnastoletnie dziewczęta łatwo łapią się na czule, namiętne słówka, nawet Bizantynki, wcześnie dojrzewające i wychodzące za mąż w wieku dwunastu lat. Mówcie mi Heathcliff.
Pulcheria westchnęła. Skromnie skrzyżowała ramiona na wzgórzach swych piersi. Zadrżała. Może się mylę, ale miałem wrażenie, że nawet zmrużyła oczy.
— To niemożliwe — uprzedziła.
— Nie ma nic niemożliwego!
— Mój mąż…
— Śpi twardo. Tej nocy… i pod tym dachem…
— Nie, nie.
— Walczysz z przeznaczeniem, Pulcherio.
— Grzesiu!
— Łączy nas tajemna moc… moc rozciągająca się przez stulecia…
— Tak, Grzesiu?
Spokojnie, spokojnie, praprapra… wnuczku. Uważaj, co mówisz. Chlapanie jęzorem o pochodzeniu z przyszłości to najgłupsze ze wszystkich przestępstw czasowych.
— Tracimy czas. Przeznaczeniu nie sposób się oprzeć — powiedziałem tylko.
— Tak, och, tak! Grzesiu!
— Tej nocy.
— Tej nocy.
— Pod tym dachem.
— Pod tym dachem — powtórzyła Pulcheria.
— Wkrótce.
— Kiedy wyjdą ostatni goście. Kiedy położymy Leona do łóżka. Ukryję cię w bezpiecznym pokoju… przyjdę do ciebie…
— Wiedziałaś, że to nastąpi — stwierdziłem. — Wiedziałaś o tym tego dnia, kiedy spotkaliśmy się w sklepie.
— Tak. Wiedziałam. Wystarczyło jedno spojrzenie. Czyżbyś zaczarował mnie, czyżby twoja magia…
— Nie, Pulcherio. Połączyła nas magia, którą dysponujemy oboje. Magia przyciągnęła nas ku sobie, magia ukształtowała ten moment w czasie, magia tkała nici przyszłości, magia ruszyła z posad królestwo samego Chronosa…
— Tak dziwnie mówisz, Grzesiu. I tak pięknie. Z pewnością jesteś poetą!
— Być może.
— Za dwie godziny będziesz mój.
— A ty będziesz moja.
— Na zawsze!
Zadrżałem. Patrol wisiał nade mną jak miecz Damoklesa.
— Na zawsze, Pulcherio — powiedziałem.
Pulcheria porozmawiała ze służbą. Powiedziała, że pewien młody człowiek z Epiru wypił zbyt wiele i chciałby położyć się w którymś z gościnnych pokoi. Z powodzeniem udałem pijanego. Metaxas znalazł się nagle przy mym boku. Życzył mi wszystkiego najlepszego. Przy świetle świecy odbyłem pielgrzymkę przez labirynt pałacu Dukasów, docierając wreszcie do niewielkiej, zwykłej sypialni, położonej gdzieś przy jego krańcu. Jedynym znajdującym się tu meblem było niskie łóżko, za jedyną dekorację służyła mozaika podłogi. Jedno niewielkie okno wpuszczało do środka promień księżycowego światła. Służący przyniósł mi miskę wody, życzył dobrej nocy i odszedł.
Czekałem miliard lat.
Z dala dobiegały mnie odgłosy zabawy. Pulcherii nie było.
To tylko żart, powtarzałem sobie. Zakpiono ze mnie. Młoda, lecz nad wiek wyrafinowana pani domu postanowiła poigrać sobie z ubogim kuzynem z Epiru. Pozostawi mnie, bym do rana siedział tu wyłamując sobie palce, a wtedy przyśle służącego, który wskaże mi drzwi. A może za kilka godzin w mym pokoju pojawi się niewolnica, mająca udawać Pulcherię? Albo bezzębna starucha, a goście będą nas obserwować przez znajdujące się w ścianie otwory. Albo…
Po raz tysięczny rozważałem, czy nie powinienem po prostu uciec. W końcu wystarczyło dotknąć timera, by skoczyć z prądem do 1204 roku, do mych śpiących kamieni u szyi: Conrada Sauerabenda, Palmyry Gostaman, państwa Haggins…
Więc mam się stąd wynieść? Teraz? Kiedy wszystko poszło tak szybko i tak łatwo? Co powie Metaxas, gdy dowie się, że stchórzyłem i…
Nagle przypomniałem sobie Sama, mego guru, pytającego: „Gdyby ktoś dał ci szansę spełnienia pragnienia twego serca, sięgnąłbyś po nią?”.
Pulcheria była pragnieniem mego serca. Co do tego nie miałem najmniejszych wątpliwości.
Przypomniałem sobie jeszcze, jak Sam, mój guru, mówił: „Jesteś nałogowym pechowcem. Nałogowi pechowcy zawsze wybierają najgorsze wyjście”.
Dobra, wiej, praprapra… wnuczku. Wynoś się z teraz, nim skorzystasz z ofiary ciemnego, wonnego łona swej antycznej antenatki.
Wspomniałem też Emily, dziewczynę z salonu genspirali, dziewczynę obdarzoną darem proroczym, krzyczącą piskliwie: „Strzeż się! Strzeż się miłości w Bizancjum. Strzeż się, strzeż!”.
A ja się zakochałem. W Bizancjum.
Wstałem. Przemierzyłem pokój po raz tysięczny. Przystanąłem przy drzwiach, wsłuchując się w daleki śmiech, w niemal niesłyszalne dźwięki pieśni. Rozebrałem się, porządnie składając każdą cześć garderoby i układając z nich schludny stosik obok łóżka. Stałem nagi, jeśli nie liczyć timera, i zastanawiałem się, czy przypadkiem jego też nie powinienem usunąć. Co powie Pulcheria widząc na mym ciele czerwonobrązowy pas? Jak mam wyjaśnić jej jego obecność?
Читать дальше